Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Badać Biblie każdy może …- czyli rozważania w kontekście schizmatyków  (Przeczytany 869 razy)

Offline Lebioda


Słowo ewolucja w kontekście populacji Świadków Jehowy, jest szeroko pojętym słowem zdrożnym. Będąc jeszcze bardzo zaangażowanym w „Dzieło Pańskie”, byłem zapytany przez mojego przełożonego brata z okręgu odnośnie jednego ze zborów w którym został zmieniony nadzorca. Chciałem zabłysnąć moją elokwencją, więc wyraziłem się mniej więcej tak: - „dzięki temu nadzorcy, w ciągu pół roku cały zbór już za ewoluował pierwszym wzrostem”. Było to w okresie gdy zbory otrzymały do studium broszurę „Ewolucja Przeciw Nowemu Światu”. Tak jakoś mi się to wyrwało, ale jaką reprymendę otrzymałem, zostało mi to dziś w pamięci. Cokolwiek na temat tego obrazoburczego słowa by nie myśleć, nie daje się niczym inny zastąpić, bo prapoczątki Organizacji rozwijały się ewolucyjnie przy współudziale schizmatyckich postaci. Mówiąc wprost, cały przyszły ruch „Badacki” w swoim prapoczątku powstał z pojedynczych odstępczych ludzkich jednostek. Każdy z tych osobników, który miał swój współudział w tworzeniu tego nowego nurtu, z którego wyewoluowała Organizacja we współczesnym tego słowa znaczeniu, najpierw został odstępcą od swojej pierwotnej wspólnoty. Przejmowanie odstępców innych wyznań, jest widzialnym błogosławieństwem bożym. Odstępcy od Organizacji bożej, są natomiast widzialnym dowodem tego, jak Jehowa oczyszcza bożą Organizację od podrzutków Szatana. Na zapytanie kto jest dobrym odstępcą, a kto jest złym, nie pytajmy sienkiewiczowskiego Kalego, bo tę jego odpowiedź znamy. W miarę moich możliwości, chciałbym w kilku następnych odcinkach zastanowić się jak w czasie ewoluował kierunek odstępczy w Organizacji i w jakim kierunku ta odstępcza ewolucja zmierza.

Dziś pierwszy odcinek:


(…), a zaczęło się od wielkiego odstępstwa

Gdy rankiem 2 października 1914 roku w jadalni przed porannym posiłkiem Charles Taze Russel zaintonował dobrze wszystkim znaną pieśń słowami: – >Już czasów pogan nastał kres, ich królów miną dzień<, nie zdawał sobie sprawy, że tym samym przekazuje mitologiczną „Puszkę Pandory”, którą w odpowiednim czasie czyjeś ręce ją otworzą. W Świat poszła wieść, że już tylko jeden wiek czyli równe sto lat pozostało aby w tym okresie Dzieło Boże zostało dokonane. Od tej pory, rok 1914 w korporacji, którą zarządzał  T. C. Russel do obiegowej nomenklatury wszedł również pod nowym mianem jako „Rok Znamienny”. Ze względu na niespodziewaną śmierć pryncypała, dalsze dzieło do wykonania zostało powierzone następnym prezesom korporacji, które kolejno kontynuowali: Joseph Franklin Rutherford (sędzia), oraz jego następca Nathan Homer Knorr, tudzież następni. Równe sto lat temu po śmierci C. T. Russela, na arenę -od razu mocnym uderzeniem wszedł J. F. Rutherford wyprzedzając epokę Alfreda Hitchcock'a, sam doszedł do przekonania, że strach należy zaczynać od trzęsienia ziemi, a potem groza powinna już tylko narastać. Nie będę opisywał szczegółów jego debiutu przy objęciu stanowiska prezesa, co zapoczątkowało poważny rozdźwięk wewnętrzny, a w końcu zadebiutowało odstępstwem dość poważnej grupy, którym nie było po drodze z nowym prezesem. Szczegółowy opis wydarzeń wg Piotra Andryszczaka: Tu >http://www.piotrandryszczak.pl/jan_lew_wielkie_odstepstwo_czyli.html

Jego dziarskie zapędy, zapewne płynące z podszeptu sfer niebiańskich, tudzież związanych z nadchodzącym milowymi krokami końcem tego systemu rzeczy, pomysłów na robienie sobie „kuku” pochodzących od władzy świeckiej było co niemiara. Można pominąć sromotną klęskę po napisaniu „Dokonana Tajemnica”, w tym aresztowania i wytoczenie sprawy karnej dla członków komitetu redakcyjnego, w tym również samego Rutherforda zaliczając to do rutynowych wydarzeń spowodowanych złością samego Szatana. Podziały wewnętrzne w korporacji przechodziły pionowo i poziomo. Nastąpiły poważne pęknięcia wewnętrzne, do których to wydarzeń w późniejszych latach wracano, aby zinterpretować to jako wielkie zwycięstwo Jehowy nad Szatanem, którego koniec jest bliski i zupełnie realny. Pierwsze odstępstwo w tym ruchu stało się faktem.

Jeszcze w latach powojennych jedna ze Strażnic drążyła ten temat, aby podnosić nas na duchu w wierze i wytrwaniu. Wtedy po raz pierwszy doszła mnie wiadomość, że w San Diego w Kalifornii jest już przygotowany dom dla pierwszych zmartwychwstałych starożytnych proroków o tajemniczo brzmiącej nazwie, Beth – Sarim. Na tę wiadomość ciarki przeszły po moich plecach, byłem bowiem przekonany o dalekowzrocznej decyzji, a jeszcze bardziej o bezpośrednim kontakcie naszych wiernych brooklyńskich braci ze sferą niebiańską. Ta wiadomość zdecydowanie zdopingowała mnie aby również mieć bezpośredni udział w tym wielkim dziele zbawiania ludzi, a przeszkody, które wynikały ze stanu prawnego w Polsce wobec Organizacji, potwierdzały tylko moją słuszną decyzje. Niestety, o tym, że tę sromotę z Beth – Sarim, już następca po śmierci Rutherforda, Nathan Homer Knorr, musiał czym prędzej tuszować, dowiedziałem się zbyt późno. Z tym legendarnym „przybytkiem”, N. Knorr jeszcze przez siedem lat musiał się bujać, aby ostatecznie znieść go z brooklynskiej hipoteki. >http://www.katolikos.republika.pl/dt.htm

Następcę po Rutherfordzie, Nathan'a H. Knorr'a, doświadczenia jego poprzednika pomimo wpadki z Beth – Sarim nie zniechęciły. Poprzednik w swoim dorobku pozostawił wiele publikacji. W prawdzie już za czasów mojego nowicjatu wiele z tych wydań było wycofywane, ale takie broszury jak „Religia Zbiera Wicher”, no i wiekopomne dzieło „Miliony obecnie żyjących nigdy nie umrą”, szczególnie ta ostatnia świeciła swój tryumf. Brat Nathan nie mógł być gorszym w tym wyścigu do przysparzania chwały bożej.
Czas po II wojnie światowej, był dość specyficznie przedstawiany, jako okres przerwy dla ludu bożego, aby skrócić mu cierpień. Nie wyrażano się wprost, ale między wierszami należało zrozumieć, iż krótka przerwa podyktowana jest tym, że Jehowa ma jeszcze wiele owiec do wyprowadzenia z tego skazanego na zagładę świata, stąd taka przerwa jest konieczna.

Oczywiście to my mieliśmy to gigantyczne dzieło boże przeprowadzić. Przykłady płynęły z zachowania się naszych wiernych braci z lat pierwszej wojny światowej w latach 1914 – 1918. Szatan w tamtym czasie chciał zgnębić naszych braci, aby zatrzymać i pokrzyżować boży plan dziejów. Tak jak niespodziewanie wyzwolenie tych pierwszych, przyszło od Jehowy, za ich wierną postawę, tak my z ufnością mieliśmy bez kompromisowo służyć nieugięcie i również bezkompromisowo prowadzić to dzieło, aż do końca tego systemu rzeczy.
Jak to „dzieło” wyglądało za kulisami Organizacji podczas tej „ostatniej próby”, miałem już okazje o tym napisać z moich własnych doświadczeń, tudzież perypetii tych, chcących tę Organizację przeprowadzić przez zwycięską bitwę Armagedonu. Oddzielony brat Nathan żelazną kurtyną od swojej wschodnioeuropejskiej trzody, nie wiele znał szczegółów od tej strony, zresztą na własne swoje życzenie, ponieważ wytyczne z Brooklynu były jednoznaczne. Żadnych kompromisowych rozwiązań z władzami. Wszystko co stało się po 1949-tym roku, było traktowane jako dopust boży, który miał przypieczętować klęskę Szatana. Wiele trzeźwiących wiadomości przekazywanych Knorrowi nie trafiało do jego rąk, ponieważ jako dysydenckie nie powinny zaprzątać głowy prezesa. Wiele tragicznych przypadków i wydarzeń, w ówczesnym bloku wschodnim były pochodną z epoki Rutherforda, a N. Knorr ze względu na lobowanie tego pierwszego wcale nie było mu śpieszno to zmienić, a pewnie też był jego fanem.

CDN



Offline Lebioda

Wielkie dzieło Prezesa N. H. Knorra

Nathan Homer Knorr, w tym samym czasie gdy jego bracia w wierze za żelazną kurtyną cierpieli na przesłuchaniach i w więziennych kazamatach, tudzież umierali za bezmyślne wytyczne od niego pochodzące, ten był zajęty wiekopomnym dziełem, które miało umieścić go w panteonie jego poprzedników.

Już w październiku 1946 z inicjatywy N. H. Knorra, został zaanonsowany Komitet do dokonania przekładu biblii (podobno) z języków oryginalnych na język angielski. We wrześniu 1949 roku ukończono tzw. „Przekład Nowego Świata Chrześcijańskich Pism Greckich”. Przekład „Pism Hebrajskich” ukończono w marcu roku 1960. Obydwu przekładów dokonano w w błyskawicznym tempie, co świadczy o „Wielkim Dziele” i zaangażowaniu samego brata N. H. Knorra. „Tam gdzie skarb twój, tam i serce twoje” - ten slogan w tamtym okresie wrósł się w naszą świadomość, że w końcu przestał dla wielu z nas cokolwiek znaczyć po zetknięciu się z rzeczywistością na gruncie, bo na gołym bruku można było rzeczywistość zaklinać na wszystkie możliwe sposoby, ale kamienie położenia swojego nie zmieniały i w głosicieli też się nie przeobrażały. Bratu N. H. Knorrowi ten poryw jego serca, dał mu odpowiednie honorowe miejsce wśród jego poprzedników. Dopowiem już tyko od siebie - oby przyszłe pokolenia nie musiały ze wstydem wycofywać tych wydań biblii jako z dezaktualizowanych ze względu, na już warwickie „Nowe Światło”. Zaangażowane serce Knorra w ten „Wielki Skarb” uniemożliwiło mu wsłuchiwanie się, a konkretnie w czytywanie się w rozpaczliwe i błagalne listy kierowane przez Stanisława i Wiesława Rejdychów, lub Czesława Stojaka, ale nie tylko. Za jego wiedzą lub bez jego współudziału, zaliczeni do dysydentów znaleźli się po za Organizacją, pomimo że to ich podpowiedzi stały się podstawą do rozmów z władzami PRL o możliwości legalizacji. Wyszli przed szereg zamiast w pokorze z posypaną głową popiołem cierpieć, a tego brooklynski „Niewolnik” im nie wybaczył nigdy.

Z Biblią NW czy bez niej, Organizacja traci swoją dynamikę rozwoju czego nie może zauważyć ona sama. Statystyki wzrostu spadają ba, one wskazują wprawdzie powolny, ale wzrost tych odchodzących. Zjawisko -odstępstw, stało się już nieodwracalnym faktem. Jeżeli Organizacja ma jakiś pogląd dotyczący tendencji odstępczych, to raczej te zarejestrowane formalnie, stanowiące podstawę do statystyki. Odstępstwo dla Organizacji przyjęło zupełnie nową jakość, którym to zjawiskiem do niedawna, nie zawracano sobie głowy. Pomimo, że takie zjawisko występowało zawsze, miało to jedynie znaczenie lokalne. W większości pozostawało to w obrębie tylko danego zboru, w wyjątkowych przypadkach jeżeli delikwent był znany poza danym zborem, to jego odejście mogło być znane szerzej, ale tylko w gronie wtajemniczonych. W kartotekach raczej nie przechowywano jego danych. Osobiście w sprawie moich danych osobistych, nie miałbym możliwości w moim były macierzystym zborze czegokolwiek się doszukać.

W tamtej mojej rzeczywistości lat czterdziestych i przełomu lat pięćdziesiątych, a pewnie i sześćdziesiątych, we współczesnym rozumieniu tego słowa, sprawy personalne, tudzież księgowość finansową traktowano per pi razy oko. Tylko osoby z najściślejszego grona miały dostęp do tych danych. Do zborów docierały tylko i wyłącznie potrzeby, które przez tych powinny być uzupełniane.

W takim błogim stanie, Organizacja chciała dotrwać do Armagedonu jako, że zapowiedziany przez trojga prezesów koniec końca wieku, zbliżał się milowymi krokami. Polska Organizacja pod przywództwem ówczesnego Prezesa Wilhelma Scheidera, a i pozostałe Organizacje Europy wschodniej inspirowane przez brooklyńskie CK i osobiście, przez N. H. Knorra, nie były zainteresowane formalnym zalegalizowaniem. - Nam wystarczy jak będziemy tylko „sztych pod ziemią”, tak przynajmniej, w po ufnych rozmowach przekazywano nam aktualny stan naszego położenia w okresie zakazu. Wymogi legalizacji na przełomie lat 80/90 ubiegłego wieku, jak to już miałem możliwość pokazać, nie zmieniły wymogów rejestracji Organizacji (nie licząc klauzuli o kierowniczej roli partii, czego już nie wymagano od nikogo). Na pozostałe kryteria, swoją parafę złożyli przedstawiciele Brooklyńskiego CK. Nadarzyńska  Filia na Kraj musiała przyjąć warunki wymogów GIODO i od tego momentu powstał wstydliwy problem przechowywania danych osobowych odstępczuchów.

CDN


Offline Lebioda

Odstępcze meandrowanie

Odstępcy moich czasów, to zupełnie inny sort ludzi siedzących cicho i potulnie. Z tymi odstępcami, z którymi dane było mi się spotkać, w większości był to odprysk ludzi związanych z demolką z okresu Rutherforda nigdzie nie z zrzeszonych. Ten brak potrzeby bliskości „swoich”, niwelowali trochę świadkowskim „ciepłem”. Do mojego zboru przychodził na studium Strażnicy pewien „zagubiony brat”, ożywiał się dopiero na zakończenie po modlitwie, a że osobiście byłem już w „stadium zwrotnym”, chętnie słuchałem opowiadania o bracie Johnsonie, którego miał w swoim repertuarze. Inni, z którymi utrzymywałem kontakt, panicznie nie cierpieli Strażnicy, dlatego do zboru się nie fatygowali, ale indywidualnie traktowali nas jako zagubionych, ale zawsze jako swoich. W większości byli to osobnicy, którzy zapoznali się z „Russelowskim Ruchem” na emigracji zarobkowej w Niemczech, Francji, Belgii, Holandii, a nawet w Wielkiej Brytanii. Niewielu z nich w dzieciństwie chodziło do szkoły, a w czytaniu i pisaniu byli samoukami, dość łatwo przyswajali sobie języki obce. Wielu z nich na spotkaniach organizowanych przez tamtejsze ośrodki „badackie”dla populacji polonijnej, służyło za tłumaczy. Z tych z ukończoną szkołą podstawową, znałem zaledwie tylko jednego, miał za sobą półtora roku służby jako sługa obwodu. Z Organizacji wyrzucono go na przełomie lipca/sierpnia (?) 1950 roku. Jedynie ze mną utrzymywał kontakt, ostatnie moje z nim spotkanie, miało miejsce latem około1958 roku.  Dla urozmaicenia podam inny przykład.

Jako ciekawostkę dopowiem, czego obecnie na pewno się nie praktykuje, ale po 1950 roku, już po zakazie, większe „legalne” zgromadzenie Św. J., było jedynie możliwe podczas pogrzebu. Na taką możliwość spotkania przyjeżdżano z bardzo daleka, a co było istotne, władze nie mogły (raczej nie wypadało im) interweniować. Może to dzisiaj brzmi trochę makabrycznie, ale w tamtym czasie o ewentualnym pogrzebie informacje były rozsyłane z wyprzedzeniem, aby w razie „potrzeby” na pogrzeb przybyło jak najwięcej uczestników. W myśl znanego powiedzenia, „cel uświęca środki”, nie wybrzydzano odstępczymi zwłokami jeżeli udało się je „pozyskać” i pogrzebać teokratycznie. Pewnie wielu tu wchodzących Świadków oburzy to co powyżej napisałem, ale taka była rzeczywistość. Osobiście też uczestniczyłem w kilku takich pogrzebach, a na jednym wygłaszałem wykład. Nie traktuje tych przypadków jako coś negatywnego, aby teraz po latach „dołożyć” Organizacji, wręcz odwrotnie, chcę tylko uzmysłowić, że tamte podziały jeszcze nie wykopały naprzeciw siebie głębokich fos wypełnionych wodą. Pomimo takich przykładów, w większości odstępcy – żyli i umierali w samotności.

Taki status tych osób, Organizacji bardzo odpowiadał. Tych odrzuconych i zapomnianych można było nawet wykorzystywać do odstraszania przed ewentualnym odstępstwem, dlatego było przyzwolenie aby pozwolić delikwentowi żyć na obrzeżach Organizacji, a dla formalności zaliczyć go do głosicieli nieczynnych, pod warunkiem, że nie sprawiał „kłopotów”. Według mojej obserwacji i oceny sytuacji, na podstawie ujawnionych zasobów IPN, dochodzę do wniosku, że „produkcja” na dużą skalę odstępców rozpoczęła się początkowo zupełnie niewinnie od znamiennego roku 1956. Ten trend powoli narastał. Dostrzegał to Wilhelm Scheider i próbował temu zapobiegać, stąd wynikały jego niby nieracjonalne zachowania. Niestety, narastającej lawiny nie było już sposobu zatrzymać tym bardziej, że ten prapoczątek wykluł się w samym mateczniku zarządzania Organizacją związanych z nazwiskami, o których już wspomniałem.

Ten odśrodkowy rozrzut, z czasem schodził w dolne partie Organizacji, gdzie dotąd wątpiący, ale niezdecydowani, tego wykroku na swój rachunek zrobić nie chcieli. Dopiero dysydenckie nazwiska z górnej półki, dały ten impuls i odwaga zaczęła być coraz tańsza. Ten odśrodkowy rozrzut zrobił istotną wyrwę w dotychczasowym monolicie, ale ciągle jeszcze nie odrywał się od głównego pnia, bowiem tej umiarkowanie postępowej formacji chodziło tylko o odnowę skostniałych struktur starej Organizacji. Inaczej mówiąc chodziło o reformę, a nie odrzucenie pryncypiów. Tymczasem w powietrzu wisiało inne niebezpieczeństwo. Tego niebezpieczeństwa jeszcze nikt nie dostrzegał ze mną włącznie, ponieważ na tym etapie jeszcze w znaczący sposób kibicowałem Organizacji i mocno trzymałem za nią kciuki. To niebezpieczeństwo, paradoksalnie było jeszcze postrzegane jako zwycięstwo. Rodziło się w dosłownym tego słowa znaczeniu pokolenie w „prawdzie urodzonych”. Nikt, ze mną włącznie nie przewidywał, że to pokolenie weźmie na siebie odium buntowników.

Pierwszym symptomem tego zjawiska, była niechęć pójścia do pierdla za służbę wojskową, jeżeli można było ten czas odpracować w kopalniach i dodatkowo jeszcze w miarę przyzwoicie zarobić. To nowe zjawisko przyjęcia takiej oferty przez młodzież świadkowską, nie odpowiadała decydentom z Organizacji, ale zbiegiem czasu, chociaż niechętnie, bez rozgłosu z tego się wycofano.

Były to jeszcze chwile, które mogłem bezpośrednio zaobserwować tę zdecydowanie samodzielną decyzję o własnym czynie i co bardzo ważne – wygraną. To był pionierski wyczyn tamtej młodej populacji. I tak doszliśmy do następnego etapu czyli „obozów pionierskich”. Niewiele jestem wstanie o tym zjawisku powiedzieć, ponieważ te imprezy były już poza moim bezpośrednim zasięgiem. To co jest mi znane na tę okoliczność, to znam tylko z opisów na Forach internetowych. Nie mniej ten etap został pomyślany w celu osiągnięcia pewnej konsolidacji młodzieży z Organizacją, przyniósł skutek zupełnie odwrotny do oczekiwanego. Od tego momentu ta „obozowa” populacja wytyczyła sobie inny kierunek postępowania i inwestycji we własny rozwój. Dowodzą tego opisy własnych historii tych osób na Forum. Powstała nowa populacja odstępców, bardziej uwrażliwiona na występującą wieloraką niespójność wewnętrzną, ale też zdobyta wiedza już spoza zborowego zaścianka. Jeżeli dotychczas występujące odstępstwa związane były w większości pochodzenia eschatologicznego dotyczącego niespójności odczytanych, lub porównywanych z biblią, to od tej chwili następowała śmielsza krytyka samej biblii o charakterze racjonalnym. Ten nurt spowodował, że odstępstwo przybrało już bardziej odważnie kierunek stricte agnostyczny. Od tego momentu rozpoczęło się kopanie głębokiej fosy, która by odgradzała Organizację od tej nowej postępowej odstępczej generacji. Odstępczość stała się toksyczna.

CDN


Offline Lebioda

Organizacja przechodzi do defensywy

W bieżącym roku minęły już trzy lata, gdy skończył się wiek, czyli równe sto lat, w którym to stuleciu miał skończyć się stary system rzeczy. Nie sposób dociec czyje ręce spowodowały, aby zawartość chronionej „Puszki Pandory”, o której wspomniałem na samym początku - wyciekła, a skutki działania tej legendarnej substancji nie sposób nie zauważyć. Organizacja, która zapowiadała rychły koniec wszystkim, którzy nie przyjmą głoszonych przez nią pryncypiów, sama stała się beneficjentem tych, których z doskonałą nienawiścią, ale też z niekłamaną radością przeznaczała, tudzież przeznacza im rolę użyźniacza gleby pod przyszłe plony w bożym królestwie. Wszystkie świadkowskie ofiary, które ginęły i cierpiały w hitlerowskich obozach zagłady w okresie od 1933 roku do końca drugiej wojny światowej za swoją pryncypialną postawę wobec Organizacji, tudzież w kazamatach rządzonych w tzw. krajach demokracji ludowej, swoje wyzwolenie zawdzięczają tylko i wyłącznie ludziom, których Organizacja kazała swoim wyznawcom doskonale nienawidzić. Jakiż to obłąkany umysł jest zdolny wmówić normalnemu człowiekowi taką antyludzką niedorzeczność? A jednak mogła! Bo to przecież nie antyhitlerowska koalicja pokonała hitlerowską machinę wojenną, to nie oddolne ruchy w KDL doprowadziły do upadku totalitarnych rządów, lecz sam Jehowa użył tych już i tak skazanych na zagładę w armagedonie, aby ulżyć w cierpieniu ludowi Bożemu, w celu umożliwienia dalszego głoszenia o chwale tegoż wielkiego Boga!

Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku naocznie pokazały z jaką wielką troską i pomocą Jehowy, Organizacja prawdziwego wielbienia, z radością przystąpiła do wykonania Bożego planu. Tak! Organizacja się rozwijała, w dalszych krajach Europejskich, przy współudziale darmowej siły roboczej powstawały nowe krajowe Oddziały, tudzież nowe Sale Królestwa. Wszystko szło już w dobrym kierunku, gdyby nie to, że czujne oko Szatana Diabła dojrzało słabe miejsca, które ten wykorzystał. To niesforne młodsze pokolenie, zamiast kontynuować dzieło swoich ojców, tak samo jak w starożytnym Izraelu za Antiocha IV Epifanesa, młodzież Żydowska poczęła wchłaniać grecką kulturę, tudzież wiedzę, oraz korzystać z przyjemności sportu, niż tkwić w narzuconej przez rabinów w nudnej powłoce religijnej.

Młode świadkowskie pokolenie, które w tej sztafecie dumnie miało przejąć pałeczkę od wykruszającej się wiekowej populacji, poczęła wyłamywać się spod kurateli zborowej starszyzny. To młode pokolenie nagle poczęło dorównywać swoim kolegom i koleżankom z klasy i ich śladem zaliczać szkołę średnią i studia. Jednym słowem zaliczać wiedzę, której starszyzna Organizacji była niechętna. Resztę zrobił wszechobecny Internet, a po drodze był Raymond Franz z „Kryzysem Sumienia”, Barbara Anderson, potem niechlubna Australia dokonała resztę, no i rozpoczął się nieodwracalny exodus.

Dotychczasowi potulni i zagubieni odstępcy lat wcześniejszych, nie groźni dla Organizacji, zostali zastąpieni dynamicznym i odważnym ruchem odstępczym. Fora Internetowe stały się tubą nagłaśniającą to zjawisko o Organizacji, które dotąd było bardzo ściśle skrywane, lub ostatecznie zamiatane pod przysłowiowy dywan. Jeszcze do niedawna Organizacja Świadków Jehowy, będąca ciągle w natarciu chlubiąca się błogosławionym wzrostem, najnowsze wrocławskie bez precedensowe wydarzenie, a i spodziewane lipcowe w Warszawie, zmusza tę Organizację do zajęcia pozycji obronnej. Ta obrona nie tylko zasłania się przed teraźniejszymi odstępcami, ta obrona skierowana jest już w przyszłość, wprost przed własnymi „kadrowymi pracownikami”, którym w przyszłości „zaświtałby pomysł” pożegnania Organizacji z powodu już kolejnego niedotrzymania przewidzianej daty nadejścia armagedonu, lub innej fanaberii, która niespodziewanie zaświtałaby w głowie delikwenta, a w konsekwencji upomniała się o swoje stracone lata na służbie w Organizacji. Oto jaką deklarację musi złożyć darmowy pracownik, jeżeli chciałby pracować, dla rozwoju i pomyślności Organizacji, a w rzeczywistości, dla ścisłego jej kierownictwa:

> (…) i nie będę oczekiwał żadnej rekompensaty w razie gdybym opuścił Wspólnotę lub gdy Wspólnota zdecyduje, że nie kwalifikuję się już by pełnić służbę we Wspólnocie (…) < Szczegóły można przeczytać Tu: https://swiadkowiejehowywpolsce.org/informacje-prosto-z-kanalu/slubowanie-posluszenstwa-i-ubostwa/msg20779/?PHPSESSID=qung3gtcubnm9cuvicufc61en4#m

Po tej lekturze na pewno nikt nie będzie zazdrościł tym braciom od Ciała Kierowniczego, jeżeli zobaczy na jego nadgarstku markowy złoty zegarek, tudzież na palcach złoto-brylantowe sygnety. Proszę potraktować te precjoza jako osobiste zabezpieczenie w przypadku niespodziewanego znalezienia się w nowojorskim parku na „własnej” ławce, gdy „Wspólnota” stwierdzi już jego dalszą nieprzydatność. Wyobrażam siebie samego w takiej sytuacji, gdybym w odpowiednim czasie nie skorzystał z osobistych przemyśleń i dał „Wspólnocie” satysfakcję zadecydowania o moim losie.

CDN


Offline Lebioda

Odstępcy lepszego i gorszego sortu

Organizacja Św. J. Święcąca swoje tryumfy z początkowego okresu trzech prezesów, już nigdy nie będzie taka sama. Sześć tomów prezesa Russela, tudzież kontrowersyjny siódmy tom „Dokonana Tajemnica” stały się już tylko balastem. Publikacja „Miliony Ludzi Obecnie Żyjących Nigdy Nie Umrą” autorstwa Rutherforda, podzieliła los niechlubnej historii jak ekskluzywna budowla Beth – Sarim. Pewnie ten sam los spadnie na epokowe dzieło Knorra - „przekład biblii NW”. Na zakończenie tych moich przemyśleń, nie omieszkam też kilka kamyków wrzucić do naszego ogródka odstępców. Obawiam się, że ten prze zemnie opisany sukces odstępców, który mozolnie przebijał się przez prawie pełny wiek, może nie wytrzymać próby czasu, symptomy tego zjawiska obserwuję już od pewnego czasu.

Jak sięgam pamięcią jeszcze będąc czynnym w Organizacji, z odstępcami mimo wszystko utrzymywałem pewne kontakty, zresztą nie tylko ja i pomimo, że wtedy nie podzielałem ich stanowiska. Tak samo jak obecnie, przyczyny odstępstwa były różne. W większości głównymi przyczynami, to rozbieżnie rozumiane przyczyny doktrynalne pochodzące z rozłamu Rutherforda, które zapoczątkowały, a raczej ośmieliły do własnych indywidualnych przemyśleń pochodzących z indywidualnego czytania i interpretowania tekstów biblii. I jeszcze jeden walor, taki zwykły międzyludzki. Nikt z obydwu stron nikomu nie groził uśmierceniem w armagedonie

Do ciekawego zjawiska należy dołączyć braci spod fioletowego trójkąta, którym udało się przetrwać niemieckie obozy koncentracyjne. Pomimo tego, że w oficjalnych przekazach w powojennych zborach, przedstawiano tych jako zwycięzców, których Jehowa wyzwolił z gorejącego ogniem pieca, to wielu powróciło „okaleczonych na duchu”. Dla niektórych z tych, może jeszcze dla kogoś kto ten okres przeżył jako pisarz na bloku, opowieść o Szadrachu Meszachu i Abednego, była budująca, to dla innych, którym przyszło obsługiwać te „piece gorejące szczególnego przeznaczenia” w realu - już nie. Bez względu na kolor „plakietki” przytroczonej do pasiaka, każdemu z tych było trudno uwierzyć w moc sprawczą bóstwa od tych trzech Danielowych mędrców. Tylko znany nam „Rocznik Świadków Jehowy 1994” z wielką euforią opisuje ich powroty w roku 1945. Wielu z tych, już do końca swoich dni przeżywało duchową frustracje z bezsilności mocy Boga, któremu oddali samych siebie. Te przypadki nie były odosobnione, przylgnęło do nich odium zmęczonego starego badola, któremu pobyt w obozie mówiąc kolokwialnie nie wyszedł na „zdrowie”. Ich kierunek myślenia odtąd stał się zdecydowanie realistyczny, biblia i strażnica, w prawdzie nie odrzucane, ale oceniane krytycznie, czytane jako uzupełnienie do literatury i czasopism o charakterze popularno-naukowym. W śród tych szczególnie, ale nie tylko, zdarzały się też przypadki wykładni zupełnie świeckiego pojmowania biblii. Jednych i drugich przypadków, o których wyżej, nie zmyślam, ale były to realnie występujące postacie w moim macierzystym zborze. Żyli wprawdzie na obrzeżach Organizacji, nawet w jakiś specyficzny sposób się z nią utożsamiali, ale zawsze dzielił ich pewien „sanitarny” dystans z resztą zborową. Osobisty kontakt z nimi był wybiórczo ograniczony „na ich warunkach”. Należałem do tych przez nich „uprzywilejowanych”. Stąd moja znacząca wiedza o dręczących ich „mankamentach”. Niestety, ich dane osobowe zachowam dla siebie. Pewnie mój późniejszy rozbrat z Organizacją, miał też tam swoje prapoczątki.

Pomimo takiego zróżnicowania, te grupy nie dzieliły wyznawane indywidualne doktryny, ale łączyło ich wspólne „badackie” pochodzenie. Pojęcie „odstępstwo” jako takie, przynajmniej za mojej pamięci jeszcze obiegowo nie funkcjonowało, natomiast funkcjonowało określenie „stary badol”. „Starego badola” przyjmowano jako trochę zagubionego, ale jednak brata, któremu nie wzdragano się z podaniem ręki przy powitaniu, nawet jeżeli ten wyraźnie dystansował się od „badania” Strażnicy. (-) Jestem zmuszony wyjaśnić pewne nie dla wszystkich zrozumiane określenie, którym się tu posiłkuję, mianowicie chodzi o słowo: - „badol”. Nie pochodzi od botanicznego słowa „badyl”, lecz od czasownika „badać”, słowa pochodzącego od rzeczownika „badacz”. Inaczej mówiąc „Badacz Pisma Świętego” sprzed reformy Rutherforda. Ci, którzy nie uznali reformatora Rutherforda, pozostali przy tej starej nazwie, natomiast nowa nazwa to „Świadkowie Jehowy”. Ci ostatni dla odróżnienia ich od siebie, określali tamtych, po prostu „Badacze”. W późniejszym czasie zaistniało w obiegu, półżartobliwe i trochę pieszczotliwe określenie „Badol”. Słowo „odstępca” jako takie, jeszcze nie funkcjonowało w obiegu we współczesnym tego słowa znaczeniu. Jeszcze małe wyjaśnienie do słowa: „studium – studiować”, zaczęło dopiero wchodzić w powszechne używanie, ale potocznie nadal używano słowa „badać” - chodziło się na badanie strażnicy.

„Odstępcy” we współczesnym tego słowa znaczeniu (nomenklatury), jest pojęciem wieloznacznym, ponieważ mieszczą się tu trzy zasadnicze grupy, czyli: -(1) rzeczywiści odstępcy, którzy osobiście formalnie złożyli taką deklarację, -(2) wyrzuceni z Organizacji przez komitet sądowniczy, -(3) oraz wielka rzesza tych, którzy nie odeszli z Organizacji z różnych względów i formalnie są jej członkami, ale osobiście już się z nią nie utożsamiają. Organizacja nie posiada na tych „haka”, a sami zainteresowani żadnego kroku, też nie podejmują. Moim zdaniem warto się jeszcze zastanowić jaka przyczyna ostatecznie zadecydowała, że dotychczasowy, osobnik ( płci obojga ), bez względu na rzeczywisty status „odstępcy” dotąd oddanych całkowicie Organizacji, nagle staje po drugiej stronie barierki.

Znalezienie tych wszystkich przyczyn byłoby świetnym materiałem co najmniej na pracę magisterską, ja chcę odnieść się zaledwie do kilku, które stały się dla mnie asumptem, do wyrażenia niepokoju co do dalszego kierunku w ogólnie pojmowanym ruchu odstępczym. Od razu powiem o co mi biega. Nie chciałbym, aby ten ruch został kiedykolwiek sformalizowany w „oddział centralny”, „terenowy”, tudzież w inne formy „zarządzania” „starszych” i „młodszych”. Byłoby to bardzo źle! Mnie przeraża coś gorszego, że ten ruch ma tendencję do podzielenia się na „lepszych” i „gorszych” odstępców. Nie bez kozery przywołałem tu w prawdzie bardzo okrojony, ale historyczny rys odstępczy, który wyłonił się w okresie trzech głównych prezesów Organizacji. W miarę moich skromnych możliwości, pokazałem jak w mojej pamięci utrwalił się ówczesny wzajemny stosunek tych dwóch grup stojących po dwu różnych stronach barykady. Nie mam zamiaru ustosunkować się do współczesnej stojakowej wspólnoty wychowanej przez Strażnicę, której już nie znam, lub jeszcze nie mam rozeznania, ale na pewno zupełnie odbiegającej od tamtej, jeszcze nie zupełnie skażonej współczesną zborową starszyzną.

Wracam do konkretów wyłaniających się na naszym podwórku. Skąd zaświtała by u mnie obawa o ten odstępczy ruch, gdyby nie wynikało to z oczywistych faktów. Typowym przykładem jest tu ruch wyzwolonych co skończyło się dość niefortunnie. Nie mam zamiaru rozkładać tego wydarzenia na czynniki pierwsze, ani też wytykać kogokolwiek palcem, ale wskazać na sam fakt, czego symptomy można było zauważyć już wcześniej, jeżeli uważnie czytało się posty na Forum. Powyższy przykład przywołuję tylko jako motto do tematu, na którego chcę zwrócić moją obawę. Jak już wcześniej zasygnalizowałem, w tej naszej „Forumowej Piaskownicy”, lub jak kto woli Forumowych Piaskownicach, widać dość wyraźny trend do różnicowania tej odstępczej populacji pod względem tego lepszego i gorszego sortu ze wskazaniem jednak na kierunek kreacjonizmu, jako sort lepszy i jedynie słuszny tym bardziej, że z „premedytacją” przez ten gorszy sort „prześladowany”. Prześladowanie ma być tym wyznacznikiem potwierdzającym jego uznanie przez sferę niebiańską. Obawiam się, co do niektórych (obym się mylił), że fanatyzm prześladowczy staje się ich obsesją. Mam tu na myśli faceta, którego czytelnik się domyśla, a potrzebującego prześladowania jak spragniony na pustyni wody. Jeżeli guza nie może znaleźć tak zwyczajnie na ulicy, to wchodzie brutalnie na odstępcze fora i zadaje pytanie: czy tu biją? Jeżeli stwierdzi, że biją, już cel osiągnął. Jakaż to dla niego strata, że tak późno się urodził, kiedyś o „prześladowanie” było naprawdę łatwiej.

Dość wyraźnie w tej kwestii wypowiada się Forumowicz „Antykierat” stawiając kropkę nad „i” - przytoczę tę wypowiedź w całości bez mojej ingerencji:


> Od dłuższego już czasu obserwuje na  tym forum krucjatę przeciw kreacjonizmowi i jego przedstawicielom. (podkreślenie - moje) Wiara w Boga jako Stworzyciela, Tego który dał początek wszystkiemu przedstawiana jest jako pogląd ludzi niedouczonych. Natomiast gloryfikowane jest bezgraniczne zaufanie do współczesnej nauki jako najbardziej logiczne i wiarogodne. Ja jednak za Dreamerem powtarzam, że nic nie wiecie na temat początków wszechświata i za pomocą waszego boga, czyli ludzkiej nauki nigdy się nie dowiecie. Dlatego też, dopóki nie macie dowodów na powstanie wszechświata bez ingerencji Boga to wyśmiewanie tych, którzy wierzą w Stwórcę tylko dlatego, że nie możecie  współcześnie potwierdzić bezpośrednich kontaktów Boga z ludźmi  opisanych w Biblii jest wyrazem braku logiki, którą tak tutaj adorujecie.
Pozdrawiam więc wszystkich jaśnieoświeconych ludzką nauką i otępionych wiarą w Boga!
Ciemniak wierzący w Boga.
<


Kogo na tym Forum reprezentuje „antykierat”? Zastanawiałem się nad tym nikiem. Kierat to taki stary już nie używany wehikuł rolniczy służący do napędzania prostych maszyn rolniczych. A, że „kierat” poprzedzony jest słowem „anty”, przekonywuję mnie, że Forumowicz zaanonsował się, jako ten, który będzie włączał wsteczny bieg, jeżeli cokolwiek nie będzie po jego myśli. Wprawdzie nie czytałem wszystkich jego ponad 1800 postów na forum, jednakże już tylko z tego jednego wynika, że podjął się misji, ale nie wiem czy „dołożenia” tym, z którymi nie jest mu po drodze, czy tylko „odebrać” co najmniej kilka błogosławionych ciosów na jego głowę. W prawdzie nikt nie ma obowiązku zgadzać się ze wszystkimi w każdej sprawie, to jednak zachowanie pewnej proporcji wyrażania swojej emocji, byłoby pożądane. Forumowicz usilnie chce zauważyć nasilającą się krucjatę przeciw kreacjonizmowi i jego przedstawicielom. Użycie tu słowa „krucjata”, ma podnieść rangę jego emocji, wprost bić na alarm, bo przecież biją nas i naszych i tak się podstawić aby jak najwięcej błogosławionych „ciosów” spadło na nasze głowy. Pewnie Forumowicz nie posiada zielonego pojęcia czym w historii Europy była krucjata i kto przeciw komu ją wywoływał.

Pomimo, że Antykieratowi od razu podnosi się adrenalina, gdy ktoś nie podziela „jego prawdy”, to ja mam poważne obawy co do kierunku w jakim pójdzie współczesna odstępcza populacja. Tę obawę wzniecił we mnie od niedawna bardzo aktywny Forumowicz, też odstępca zresztą, występujący pod nikiem „Andy78”, który na Forum wszedł z dość „śmiałym” postem zatytułowanym >,,Urojenie Ateistyczne” film dedykowany wszystkim (odstępczym) ateistom < Wprawdzie nie mam nic do zarzucenia Forumowiczowi, nawet z wieloma kierunkami jego myślenia jest mi po drodze, a gdyby nawet tak zupełnie nie było, nie jest to żaden powód, do budowania barykady i szukania sprzymierzeńców do jej obsady, dlatego dziwi mnie zaistniały spontaniczny alians „antykierat'a” z odstępcą „Andy78” przeciwko „wspólnym wrogom”, a upragnionym prześladowcom. Jak się okazało, według skali twórcy filmów grozy Alfreda Hitchcocka, „Urojenie Ateistyczne” było tylko trzęsieniem ziemi, a potem było już tylko co raz groźniej. Bratobójcza naparzanka rosła w postępie geometrycznym, ustąpić nie miał nikt zamiaru.

Moje próby schłodzenia rozgrzanej atmosfery, też na nic się zdały, wolałem wyjść z tej gry, ale zrodziło się u mnie czarnowidztwo co do dalszej wizji odstępczego kierunku. Odstępczość będzie rosła, co jest nieuchronne, ale odstępczość ta, będzie ewoluowała w kierunku podziału na lepszy i gorszy odstępczy sort, z ukierunkowaniem na nurt zachowawczy - kreacjonistyczny i na bardziej otwarty nurt - racjonalny. Taka wizja radykalnego podziału absolutnie mnie nie cieszy, ale wprost mnie przeraża. Ja już widzę wykopaną nową fosę dzielącą odstępców między sobą! Zdaję sobie sprawę, iż tego procesu już nikt nie zatrzyma, ostatecznie w tym przekonaniu utwierdził mnie Forumowicz „Andy78” bezprecedensowym wejściem w „Urojenia Ateistyczne”. Nie wnoszę żadnego zastrzeżenia do Forumowicza „Andy78”, ponieważ ten temat „wisiał w powietrzu”, On go tylko uruchomił. Stąd moje przemyślenia, które skłoniły mnie do opisania, zaobserwowanego prze zemnie, jak też udostępnionego mi ogólnego spektrum odstępstw na przestrzeni około stuletniej historii tej Organizacji.

CDN


Offline Abba

  • Pionier
  • Wiadomości: 688
  • Polubień: 2330
  • Przebudzony, przerażony prawdą o WTS
Nie wiem, czy można komentować ten wątek. Bowiem nie widzę innych wpisów. Jeśli nie, nie będę mieć żalu jeśli to co napiszę zniknie.
Podzielam większość z tego co zgrabnie i przyjemnie dla czytania opisałeś. Osobiście należę do wierzących, acz gorączkowo poszukujących; zdecydowanie jednak jestem za szeroko otwartym i odważnym umysłem, a także szacunkiem dla osób prezentujących odmienne spojrzenie. Spojrzenie, które, notabebe, niejednokrotnie również powstaje w wyniku przebytej drogi poszukiwań i doświadczeń.

Mimo iż sam czasem dałem się złapać na haczyk emocjonalnej dysputy (dlatego nie obca mi w duszy spontaniczność osób takich jak przytoczony antykierat), wciąż dojrzewam, widząc  największe szanse na rozwój przede wszystkim w uszanowaniu przekonań innych.

Myślę, że na tle wyraźnej ekspansji świadomości (czego efektem jest rozpoznawanie psychomanipulacji na tle religijnym m.in. w samozwańczo  tak zwanej "Organizacji Jehowy"), sprawę tolerancji czy kierunku myśli osób w tym aspekcie świadomych, można potraktować jako naturalną konsekwencję znalezienia się w dosyć haotycznej, jakby nie patrzeć, przestrzeni intelektualnej. Sądzę także, że Twoje refleksje mają wielką wartość, choćby dlatego że np. dla mnie są bardziej lub mniej zamierzonym, ale zawsze świadectwem troski o chociaż częściowe jej uporządkowanie i jej dalsze losy.  Pozdrawiam
« Ostatnia zmiana: 29 Czerwiec, 2017, 12:32 wysłana przez Abba »


Offline Lebioda



„Badacze” Biblii z najnowszego zaciągu


Twórca ruchu religijnego C. T. Russel, swoim wejściem w sferę wykładni biblii, pewnie nie zdawał sobie sprawy, że wypuścił z butelki przez wieki zakorkowanego złego dżinna. Wprawdzie był jeszcze dobry dżinn, ale C. T. Russel trafił na tego złego. Nazwą tego ugrupowania - „Badacze Pisma Świętego” spowodowało, że każdy kto z tym ruchem się spotkał, nagle poczuł w sobie misję do wykładania zapisanej treści biblii, zwanej też pismem świętym. Sama nazwa tego ugrupowania daje mu jakoby certyfikat ponieważ już z samej nazwy stał się „badaczem”. Skoro jest się badaczem, to ma się prawo, ba obowiązek wykładania, a nawet świadczenia o tym, co się zbadało.

Samorodnych badaczy biblii namnożyło się co niemiara. Każdy z tych, tudzież grono jego wzajemnych adoratorów wie, jak najlepiej zinterpretować każdy werset. Nie byłoby to niczym zdrożnym gdyby chodziło tylko o smak wykonania według własnego pomysłu odpowiedniej nalewki alkoholowej. W tym przypadku nie miałoby większego znaczenia, która nalewka szybciej zwala z nóg, bo po wytrzeźwieniu zawsze można wrócić do normalności. Interpretacja biblii w wykonaniu amatorskim, sprawia poważne spustoszenie w psychice jednostki, a z wytrzeźwieniem przychodzi trudniej, jeżeli w ogóle przychodzi. Naparzanka wywołana wejściem w „Urojenia Ateistyczne”, podniosła (na razie) tylko u wielu ciśnienie tętnicze i nic ponadto. Żaden z adresatów tego „Urojenia ...” nie powrócił z powrotem na łono samorodnych biblijnych badaczy, jak również nie powiększył grona tej grupy wzajemnie się uzupełniających.

Osobiście wyznaję mój własny pogląd, aby nie ingerować w poglądy kogokolwiek, a tym bardziej zaglądać w zakamarki duszy tym, którzy opuścili Organizacje. Z doświadczeń ubiegłych lat różnych zawirowań w russelowskim ruchu, wynika, że każdy taki okres wyzwalał nowych apologetów, nowego kierunku rozumienia biblii. Nie poczuwam się być prorokiem, ale można zauważyć, że w wielu odstępcach pozostał nostalgiczny trend do odtworzenia chociażby namiastki tego co pozostało po WTS-ie, szczególnie u tych odstępców zachowujący kreacjonistyczny pogląd. Ten trend (badania biblii bez ingerencji zewnętrznej) dość wyraźnie zarysowany, postrzega się w części wschodniej Polski, ponieważ tam, te powody odstępstwa dotyczyły głównie „technicznego” funkcjonowania wnętrza Organizacji, a nie dotyczyły eschatologii. Należy również przyjąć, że w tej część Polski „prywatny” nurt „badania” biblii nie jest czymś niezwykłym. Część Polski zachodniej bardziej liberalnej, mniej, lub wcale nie ingeruję w powody odstępstwa. Tu bardziej liczy się skąd przychodzisz, a nie dokąd zmierzasz.

Co dalej z tą odstępczą populacją? Najprawdopodobniej ten podział będzie współistniał ponieważ będzie skazany na siebie tak długo, aż poszczególne jednostki, a może nawet grupy tych jednostek zbudują swój własny „okręt”i pożeglują do własnej wymarzonej „przystani”. Jeżeli tą przystanią będzie liberalnie wyzwolony umysł, będą brać z tego życia na tej planecie to, co jest możliwe i będzie w zasięgu ich własnej możliwości. Natomiast w przystani dla ortodoksów biblijnych, odejście od Organizacji jest tylko wymianą powozu na inny, których na tej przystani jest do wyboru i do koloru. Symptomatyczne jest jednak to, że ortodoksi biblijni po przejściach z Organizacją, najczęściej budują własny pojazd według własnego pomysłu. Nie sposób wymienić tu każdy przypadek, ale w większości z moich obserwacji, lat mojej młodości, przeistaczali się w samotnych żeglarzy. Ich mapą nawigacyjną pozostawała biblia, odczytywana jednak według nabytych umiejętności „strażnicowych” wzorców. Co ciekawe, ten trend zachował się bez poprawek do tej chwili. Po prostu oderwanie się od nabytych przez lata wzorców nie idzie w parze z postępem w czasie, - to nie jest jakaś złota myśl, która błysnęła w tej chwili w mojej głowie, te „wzorce”  zachowały się i tkwią również we mnie i ujawniają się całkowicie po za moją świadomością, ba nawet trapią mnie jeszcze ciągle świadkowskie sny.

Ci samotnie żeglujący „badacze” Biblii (celowo używam tu liczby mnogiej), będą zawsze zgodni między sobą w stosunku do tych, którym biblia doktrynalnie nie leży. - (to też znam z autopsji). Natomiast tam gdzie zaczyna się „braterskie badanie biblii”, tam dysputy nigdy nie kończą się porozumieniem, bo prawda wyznawana przez każdego z osobna, jest zawsze bliższa Bogu niż jego adwersarza. To byłaby pierwsza prawda. Ale ta prawda nie jest jeszcze tak bardzo dokuczliwa. Dramat zaczyna się dopiero w rodzinie, gdy dorasta młodzież. Dotąd zwracaliśmy uwagę tylko na ten problem rodzin bezpośrednio w domach u Świadków J., ale ten problem tkwi wszędzie tam gdzie w rodzinach wyznacznikiem określonego życia, jest bezkrytyczne podporządkowanie biblii, często uzależnione od wyimaginowanego własnego pojęcia głowy rodziny i narzucane domownikom. Po raz pierwszy spotkałem się z tym problemem, gdy moje osobiste posty pojawiły się na Forum. Ku mojemu zdziwieniu, a powiedziałbym, że miłemu zdziwieniu, napisali do mnie wnukowie tych, których bezpośrednio lub pośrednio wymieniłem w moich tekstach.

Ten problem wyraźnie zarysowuje się we wszystkich odstępczych nurtach. Dotyczy jednakowo – Świecki Ruch Misyjny Epifania, Stowarzyszenie Wolnych Badaczy Pisma Świętego, Zrzeszenie Wolnych Badaczy Pisma Świętego, Równolegle temu samemu procesowi podlegają wszelkiej maści niezrzeszonych „badaczy Biblii”. Z tych ostatnich, wcześniejszych stażem, ten proces dotyka równolegle już teraz, natomiast tych współcześnie rozpoczynających swój indywidualny badacki debiut, odłożony jest tylko w czasie gdy dorosną ich pociechy. Nie łudźcie się, że tych waszych synów i córek uda Wam się utrzymać do „badania Biblii” na Wasz wzór i podobieństwo Wasze. Kto z tych zechce razem z Wami zastanawiać się nad losem Abrahama, Jakuba, Mojżesza, tudzież Dawida, Salamona z ich haremami dziewic i budować swoją przyszłość według ich wzorów? Kto z tych zechce przestawiać przecinki w zdaniach przypisanym prorokom tylko dlatego, żeby odpowiadało Waszemu wyznawanemu credo? Biblię warto czytać, a powiem więcej, należy czytać, ale tylko w celu pozyskania wiedzy jak splot wielu wydarzeń historycznych umieścił nas w kulturze judeochrześcijańskiej. Przy innych zawirowaniach, mogliśmy wyznawać Zaratusztrianizm, może trochę odmienny, ale bardzo zbliżony do rodzimego chrystianizmu, a nawet wiele maksym ewangelicznych stamtąd pochodzących. Mielibyśmy inne święte księgi prowadzone do innej, ale też świętości i też bronilibyśmy go własnym życiem. Wystarczyłoby urodzić się w innej części Świata, i nasze wartości byłyby zupełnie przeciwstawne do wzorców Biblii.

Przez okres bycia w Organizacji, każdy z nas przesiąkną indoktrynowaną ideologią do tego stopnia, że nawet teraz gdy nie musi niczego nikomu udowadniać, gdy jednak spotka osobnika o nieco odrębnym przekonaniu, będzie chciał go przewartościować do swoich racji. Z przykrością czytam wszelkie naparzanki na Forach, gdy byli Św. Jehowy skaczą teraz sobie do przysłowiowych gardeł, aby udowodnić, że odstępca-a/ nie może być utożsamiany z odstępcą-b/, ponieważ ich dzieli inny powód  (mur)  opuszczenia Organizacji. Zachodzę w głowę, dlaczego tak musi być?  Otóż pewnie, że musi bo taka nasza słowiańska natura. Nie ważny powód, ale spór musi być. Już Fredro w swojej „Zemście” pokazał Cześnika - Raptusiewicza w sporze o mur z Rejentem - Milczkiem. Mur jak mur, stary – zmurszały, rozwalający się, ale ważny, bo jest o co toczyć spór. Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” też poświęcił rozdział dotyczący starego rozwalającego się zamku, aby wplątać dwa rody Horeszków i Sopliców w spór o swoje prawa do niego. Sporów ci u nas dostatek i pewnie od nich nie uciekniemy, bo tak naprawdę jest nam … z tym dobrze. Czy każdemu z nas? Mnie raczej nie. Obawiam się, że nasza słowiańska dusza będzie te spory w nas wzniecać. Skoro już jesteśmy przy naszej Wielkiej Literaturze, na koniec dołączę jeszcze Wielkiego naszego Poetę Juliusza Słowackiego i pozwolę sobie na parafrazę Jego Hymnu … a, że odstępczych sporów nikt zakończyć nie może, - smutno mi Boże!


Ciągu dalszego, już nie będzie, ale nie wykluczam, jeżeli będzie taka potrzeba


PS

Bądźcie tym czym chcecie być i idźcie tam gdzie czujecie się najlepiej, nigdy nie nawracajcie nikogo na „swoją stronę”, nie czyńcie siebie misjonarzami do nawracania swoich adwersarzy. Z godzin nie musicie się już rozliczać. Ten etap macie już za sobą. Z jednego kierunku przyszliście razem na rozstajne drogi. Teraz bez obawy wyklęcia, wybierzcie sobie wam towarzyszących i drogę, którą chcecie podążać. Pozwólcie innym zrobić to samo. Nie wzdragajcie się podać sobie rękę na pożegnanie, a gdy kiedyś znów się spotkacie, podacie sobie rękę na powitanie. Nie bez kozery pisałem o niegdysiejszych spotkaniach tych od Russela i tych od Rutherforda, tudzież innych, którym różne przypadki życiowe zmieniły ich zrozumienie świata, ale zawsze potrafili podać sobie rękę na powitanie. Jeżeli Organizacja Was odrzuciła, to stańcie na wysokości i nie odwracajcie się wzajemnie od siebie. To będzie świadczyć o Waszym człowieczeństwie, bez względu na to, którą biblię czytacie i czy w ogóle chcecie ją czytać, a wiecznego sporu o pierwszeństwie kury czy jajka i tak nie rozstrzygnięcie.