Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”  (Przeczytany 14525 razy)

Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #15 dnia: 07 Styczeń, 2016, 06:06 »
Publikacja „Wierni Jehowie”, -ciągle żywa
-czyli następne szczegóły dotyczące rozłamu lat 1964/1966


Temat rozłamu lat 1964 – 1966 będzie ciągle tematem frapującym ponieważ nie został nigdy dokładnie i rzetelnie opisany. W prawdzie znamy te wydarzenia z opisu wg publikacji pt. „Wierni Jehowie”, tudzież poszarpane fragmenty w „Roczniku 1994”, ale nic ponadto. Wspomniana publikacja ma wiele luk i niedopowiedzeń, co stawia ją na poziomie mało wiarygodnym. Trudno wymagać od tej publikacji rzetelności, jeżeli z złożenia jej treść miała gloryfikować tylko zwycięzców. Nie jestem w posiadaniu całej publikacji na postawie, której mógłbym wyrobić sobie zdanie co do dociekliwości autora i jego kierunku myślowego, ale w tej materii, wyjątkowo pomógł mi „Roczni 1994”. Ponadto większość materiału pochodzi od innego autora, którym jest Michał Bojanowski, rzeczywisty uczestnik tamtych wydarzeń. Jednym zdaniem, mamy tylko jednostronny opis. Nie posiadamy żadnego materiału opisowego strony, która w tym sporze poniosła klęskę. Nieobiektywny opisowy obraz stawia nas w trudnej sytuacji, ponieważ nie mamy odniesienia z czym moglibyśmy się zmierzyć.


Nie jesteśmy jednak tak zupełnie w sytuacji beznadziejnej, ponieważ jeżeli damy sobie trochę cierpliwości i zdobędziemy się na odrobinę myślenia, przekaz autora lub autorów publikacji „Wierni Jehowie” stanie się bardziej czytelny, a w międzyczasie doszły też pewne fakty, których wtedy autorzy woleli „nie zauważyć”. Interesujący nas (mnie), to rozdział „10 (-ty) Rozłam w latach 1964-66”. Często do niego wracam. Ten rozdział był już przeze mnie kilkakrotnie cytowany w różnych konfiguracjach, ponieważ bardzo wdzięcznie autorzy podkładają się w swojej niekonsekwencji, co ostatecznie przekłada się na mały stopień włożonej opisowej rzetelności.


Nie wiem, czy z niewiedzy, czy z zamiaru wprowadzenia czytelnika w błąd, autor Michał Bojanowski lub korzystający z jego opisu, autor publikacji „Wierni Jehowie”, bardzo zagmatwali wprowadzoną zasadę funkcjonowania „trzech komitetów” wyznaczonych do kierowania Organizacją. Ja osobiście nic zrozumieć nie mogłem, dlatego już w poprzednich moich wejściach opisując tamte wydarzenia, dawałem temu wyraz, zastrzegając się co do rzetelności takiego przekazu. Dzięki pewnym „donosom”, jestem w stanie wyprostować te enigmatyczne zapisy tych mało rzetelnych autorów. Wg autorów „Wierni Jehowie”, mamy taki zapis


(…)– funkcjonował awaryjny system nadzoru. Powołano trzy komitety. Na wypadek aresztowania pierwszego komitetu jego zadania natychmiast przejmował komitet drugi, a w wypadku zatrzymania członków tego komitetu – trzeci. Po aresztowaniu w roku 1960 W. Scheidera, a potem w kolejnym roku M. Brodaczewskiego (a także innych członków komitetów), doszło jesienią 1964 roku do sytuacji, w której zarządzanie organizacją Świadków Jehowy przejął trzeci Komitet Kraju. (wytłuszczenie moje)


Autorzy tych powyższych zapisów najprawdopodobniej pisali z pamięci  związku z czym pomyliły im się kolejne wydarzenia aresztowań członków działaczy i z tego powodu zapis ten jest kuriozalny. Jest tu mowa o A. Rutkowskim, jako kolejnym trzecim zespole, który jako ostatni powinien objąć odpowiedzialność za dzieło w kraju. Rzeczywiście taka kolejność była, ale w tym czasie najprawdopodobniej Organizacją kierował jeszcze W. Scheider. Piszę warunkowo (najprawdopodobniej), ponieważ nie można inaczej interpretować poniższego zestawienia, które przytaczam za T. w. „kłosem”.


Stan na dzień 18 X 1960 roku - wg T. w. „Kłosa”    (pół roku po aresztowaniu Scheidera)


Komitet krajowy był w takim składzie: Stawski Roman; – Rutkowski Aleksander –Olek; Kulesza Jerzy ps. Waldemar


Zespoły obejmują po 4 okręgi


Zespól nr 1 Sługa Okr. Stawski Roman – okr. 4a;  Wąsik Jerzy okr. 3a;  Sługa okr. – Waligóra Stefan, okrę 3; sługa okregu Wojtyniak Mieczysław


Zespół nr 2 Sługa Okręgu Aleksander Rutkowski – okręg 5  Sługa okr. Lorek okręg 5a; sługa okr. Michał bez nazwiska okr. 6; sługa okręgu Pałka Franciszek ps. Tadeusz okr. 6a


Zespołem nr3:, kieruje Jerzy Kulesza sługa okrę nr 1; Sługa okręgu  Chodara Tadeusz ps Tomek okr.1a: sługa okręgu Korsak Andrzej ps. Wiktor okr. 2; Okręgiem w2a kieruje sługa Świątek.


Na dzień 18 października 1960 roku, po aresztowaniu Scheidera, ta kolejność już uległa zmianie. Rutkowski był już w drugiej kolejności, jako kierujący drugim zespołem Okręgów, a na trzecie miejsce wszedł sługa Okręgu Kulesza Jerzy. Autorzy „W. J.” w opisie zachowują się jak gdyby nie wiedzieli o tzw. „wielkiej wpadce”, też dowiedziałem się dopiero teraz. Piszą tylko bardzo ogólnie jakby było to bez większego znaczenia o aresztowaniu -„Brodaczewskiego, a także ogólnie o innych członkach komitetów”.


„Wielka wpadka” nastąpiła na skutek zdrady jednego ze sług okręgu niejakiego Wróbla. Ów Wróbel (tajemnicza postać, nie występuje w zestawie podanym przez „kłosa”, być może jeszcze nie awansował) został pozyskany przez SB wskutek czego doszło do aresztowania kierownictwa krajowego. Musiało to nastąpić na terenie wschodniej Polski, na przestrzeni (pewnie na początku) 1962 roku (dokładna data nie jest mi znana), rozprawa, odbyła się w Kielcach jeszcze tego samego roku. Nie jest mi znana lista wszystkich zatrzymanych w śród, których był na pewno sługa okręgu Kulesza Jerzy, kierujący trzecim zespołem. O innych zatrzymanych, możemy się tylko domyślać. Na pewno był Roman Stawski, być może Kwiatosz Edward, ale nie mam pewności –o pozostałych nie wiem nic. Dlaczego przywołałem tę „wielką wpadkę”? Otóż dlatego, że autorzy w publikacji „W. J.”, a konkretnie w rozdziale 10-tym klucząc o tzw. „różnych wpadkach”, po prostu o tej decydującej „zapomnieli”. Dlaczego taka luka pamięciowa?


Od tej wpadki, a konkretnie od tego 1962 roku zapadamy się w czarną dziurę, jak w przysłowiowym czeskim filmie -„ nikt nic nie wie”. Jak już dałem temu wyraz w moim publikowanym zapisie, wtedy sprawa „Olka” i donosy „kłosa”, nie zgadzała mi się kolejność zespołów jako, że  „Olek” był klasowany w trzecim zespole. Tymczasem autorzy „W. J.” nie pamiętając o czym pisali w innym miejscu publikacji, piszą zupełnie co innego – oto dosłowny cytat.


„W świetle korespondencji z Knorrem, Olek R. przez całe lata uwięzienia Scheidera pełnił funkcję „odpowiedzialnego”, czyli najwyższe stanowisko w hierarchii kraju.”


Kuriozalność powyższego zapisu polega na tym, że świadkowie tamtych wydarzeń, a przynajmniej M. Bojanowski, dochodzi do przekonania, że Olek pełnił funkcję „odpowiedzialnego” przez cały czas uwięzienia Scheidera na podstawie „ (…) korespondencji z Knorrem”, a ściślej dwa lata później po jego uwięzieniu. Dodatkowo należy jeszcze dodać, że w tym okresie wg t. w. „kłosa”, A. Rutkowski reprezentował kierunek polityki Scheidera. Po „wielkiej wpadce”, czyli po aresztowaniu Romana Stawskiego, od 1962 roku zgodnie ze strukturą ówczesnych zespołów, przejął odpowiedzialność za Organizację A. Rutkowski. Jak usłużnie zachował się „Olek” w stosunku do Scheidera po jego zwolnieniu z więzienia, opowiedziałem już w poprzednich odcinkach moich opisów tamtego okresu, ale tamten wizerunek „Olka” nie odpowiadał autorom „W. J.”., więc woleli cały ten okres tj. 1962 do jesieni 1964 wrzucić do czarnej dziury. Stąd znalazł się kuriozalny zapis autorów, o samodzierżawiu „Olka” dopiero od jesieni 1964. Nawet nie próbowano wyjaśnić, dlaczego Scheiderowi po opuszczeniu Wronek od kwietnia 1964 roku aż do października, nie spieszyło się objąć „wakującego etatu”.


Ostatnio doszły do mnie pewne nowe wiadomości, na podstawie, których jest możliwe rozszerzenie wiedzy tych zapisów pochodzących z 10-tego rozdziału publikacji „Wierni Jehowie”, a które tam występują dość oszczędnie. W szczególności chodzi o ten mało znany okres przełomowy. Proszę mi wybaczyć, że nie będę ujawniał źródła pochodzenia, ponieważ takiego uprawnienia nie otrzymałem, będę go nazywał –„X2”. Dopowiem tylko, że te wątki pochodzą od brata będącego sługą obwodu w okresie rozłamu 1965 roku. Ów brat wprawdzie nie zna szczegółów, ale dochodzi do identycznego wniosku, że po tej wpadce z roku 1962, dzieło musiało się toczyć dalej, a tym stojącym na czele był właśnie Aleksander Rutkowski „Olek”. Według jego relacji dzieło toczyło się normalnie aż do chwili, gdy kolejno zwalniani byli osadzeni z tej wpadki i ostatecznego powrotu z wiezienia Edwarda Kwiatosza, oraz W. Scheidera. Odtąd rozpoczęła się -jak wyraża się ów brat, „normalna walka o stanowiska”. Mam osobiste przekonanie, że gdyby „Olek” ustąpił bez względu na stanowisko Brooklynu, nigdy nie byłby „zdrajcą”, tudzież „kobieciarzem”. Przejęcie stanowisk przez „starych wyjadaczy” był celem samym w sobie, czego można się intuicyjnie przekonać z zapisu. Dosłownie cytuje za publikacją „Wierni Jehowie”:


„- Stało się tak bez względu na fakt, że opuścili już więzienie bracia W. Scheider i E. Kwiatosz. Mimo ich doświadczenia nie zostali zaproszeni do pracy organizacyjnej przez członków III komitetu.” (powinno być II komitetu – dopisek mój)


Przemawia tu wyraźna żałość, za utratą prestiżu. Nie jest prawdą, że „komitet krajowy” pod kierownictwem „Olka”, nie zaprosił ich do współpracy. Nie tylko, że zaprosił Scheidera do współpracy ( -ale tylko do współpracy) organizacyjnej, ale oprócz tego, był też na usługi innych jego życzeń, o czym pisałem już w poprzednich wejściach.


Wbrew temu mocno brzmiącego w naszych uszach słowa –„Rozłam”, w rzeczywistości słowo to miało swoją wymowę powyżej zborów. Doły wyznawców nie miały pojęcia o tym czy należą do scheiderowców, czy do Olkowców. Na tym poziomie, jednej i drugiej stronie nie zależało na rozgłosie. Tak przynajmniej postrzegam to osobiście i pośrednio potwierdza to mój dostawca tamtych wiadomości. Główna batalia toczyła się w okręgach i z konieczności objawiało się to szerokim echem w obwodach, a szczególnie dociekano prawdziwości, lub nieprawdziwości zarzutów dotyczących Olka. Ażeby utwierdzić co do słuszności swoich, a pogrążyć olkowców, potrzebne były „druzgoczące” pociski zdolne rujnować mury. Nie będę się tu odwoływał do tych oskarżeń, ponieważ do tych zarzutów już się ustosunkowałem w innych wejściach.


Nie wiem jak przebiegały „granice” między scheiderowcami i olkowcami, ale można się w tej chwili już domyślać, że w różnych miejscach, te podziały przebiegały bardziej lub mniej burzliwie, z tym, że scheiderowcy byli ugrupowaniem, mówiąc delikatnie -bardziej radykalnym. W niektórych przypadkach pozwalali sobie na niewybredne insynuacje pod adresem olkowców. Ale były też przejawy wzajemnego przenikania się, tudzież współpracy zmierzającej do obopólnego zrozumienia i pojednania na bazie wyjaśniania sobie przyczyn powstałej sytuacji. Te kontakty przebiegały na różnych szczeblach. Brooklyn poprzez swoich emisariuszy sondował przebieg wypadków, ale też przekazywał pewne sugestie w celu złagodzenia zaistniałego rozłamu. Na takie spotkania z emisariuszem (piszę tu w liczbie pojedynczej ponieważ jest mi znany tylko jeden taki przypadek), oficjalnie były zapraszane obie grupy z tym, że scheiderowcy jako gospodarze, technicznie izolowali olkowców, po prostu nie pozwalali się spotkać na osobną rozmowę. Do podobnych spotkań przyznają się autorzy publikacji „Wierni Jehowie”, lecz zdaniem tych autorów, spotkania te  miały charakter tylko wzajemnych oskarżeń i nic więcej. Pewnie i takie spotkania też się odbywały, ale one mogły dać symptom, aby pewnych wyjaśnień szukać u źródła. W tej sytuacji powstała ( a być może powstawały) oddolna grupa inicjatywna pragnąca tu w Polsce rozładować powstałą sytuacje. Na tę chwilę znane mi są dwa nazwiska, ale użyję tylko inicjałów -brat U. i brat C., którzy dotarli do źródła, czyli bezpośrednio od Scheidera, aby zaczerpnąć wiedzy dotyczącej już zaistniałej sytuacji. Według relacji tych dwóch braci, brat Scheider podjął się tego przewrotu na wyraźne polecenie Brooklynu. Brat -Scheider wyjawił im „prawdziwą” genezę tego, czego i dlaczego się podjął.


W wielkim skrócie było to mnie więcej tak.


> Po opuszczeniu przez Scheidera wiosną 1964 roku więzienia, do jego miejsca zamieszkania na Dolnym Śląsku, przybył do niego po nielegalnym przekroczeniu granicy z Czechosłowacji, Galaadczyk –wysłannik brata Natana.  Ten Galaadczyk przedstawił bratu Scheiderowi bardzo złą sytuacje w Organizacji Świadków Jehowy w Polsce. Obecne kierownictwo nie spełnia wymaganych nadziei Brooklynu, związku z czym zachodzi pilna potrzeba odsunięcia obecną ekipę od sprawowania władzy i przejąć odpowiedzialność za Dzieło w Polsce.<


Powyższa opowieść nie jest dosłowna lecz sparafrazowana przeze mnie. Według narratora tej opowieści, ów Galaadczyk był osobnikiem podstawionym przez SB. Być może, ale mnie nie przekonuje takie stwierdzenie, ponieważ ów narrator nie przedstawia dowodu na podstawie, którego tak twierdzi. Nie mam podstaw do stwierdzenia, że opowieść Scheidera o Galaadczyku jest nieprawdziwa, ponieważ taka wieść krążyła wśród braci na wschodniej rubieży kraju, ale nie przekonuje mnie też w ogóle fizyczna jego obecność, bez względu na to, czy mógłby to być prawdziwy czy fałszywy „galaadczyk”.


Zastanawiającym jest czy ów Galaadczyk, jak twierdzi narrator mógł być nasłanym przez służbę bezpieczeństwa. W prawdzie jak wiemy wg najnowszych dokumentów z IPN, Scheider  znajdował się pod „kontrolą” t. w. i był przez tych odpowiednio inspirowany. Ten przykład mógłby w zasadzie potwierdzać ten przypadek. Jest jednak pewien bardzo zasadniczy mankament takiego twierdzenia. Służby bezpieczeństwa nie miały interesu, aby w Organizacji wymienić Olka na Scheidera. W/g. już cytowanych dokumentów, gdy doszło do scheiderowego przewrotu, władze wpadły w konsternację i były skłonne zdekonspirować ważnego t. w., niejakiego „Agamemnona”, aby Scheider wycofał się z tego kroku. Jeszcze jeden bardzo ważny argument przemawia, że Galaadczyk nie mógł być nasłanym t. w.. Cokolwiek by można było powiedzieć o Scheiderze, nie jest możliwe, że Scheider ze swoją inteligencją pozwoliłby się nabrać na podstawionego Galaadczyka. Akurat na Galaadczykach się znał i podstawiony egzemplarz, od razu byłby zdemaskowany. W takim razie czy „Galadczyk” był prawdziwy? Nie! Po prostu nie było żadnego Galaadczyka. Tego Galaadczyka wymyślił sobie Scheider na potrzeby wewnętrzne Organizacji, aby uspokoić wewnętrzne niepokoje i usprawiedliwić zaszłe działania scheiderowców przeciw olkowcom. Scheider musiał się przygotować na ewentualne wytłumaczenie się z zaistniałej sytuacji. Gdyby Brooklyn inspirował przewrót, sam proces  dwuwładzy trwałby o wiele krócej, jeżeli by w ogóle powstał, a działania z zagranicy byłyby bardziej zdecydowane, a przede wszystkim Brooklyn zrobiłby to w białych rękawiczkach nie narażając Organizacji na tak poważny wstrząs, który do dziś odbija się czkawką.


Blisko dwa lata trwał taki stan dwuwładzy, tak zwanych dwóch odrębnych komitetów kraju. Aby nastąpił jakiś postęp, z inicjatywy Brooklynu powołano trzeci komitet, zwany „ komitetem niezależnym”. Jego celem w/g. „X2”, ten powołany zespół miał zintegrować te obie rozdzielone grupy. Do tej chwili nic nie wiedzieliśmy (nie wiedziałem) o działalności takiej formacji, i co ważne, nie wspominają też autorzy publikacji „Wierni Jehowie”. Jest tam tylko wzmianka o tym, że po pewnym okresie zwolennicy Olka powrócili do scheiderowskiego ugrupowania. Oczywiście jest tu mowa tylko o niektórych znaczących postaciach. Jestem natomiast przekonany, że zborowa populacja nie wiele wiedziała o istniejącej sytuacji. Mogły być jakieś przecieki dla wybranych, pozostali byli skutecznie izolowani. Znam to z autopsji, bo wtedy byłem jeszcze w prawdzie na obrzeżach Organizacji, a jednak omijały mnie z tej strony wszelkie powiewy wiatrów. Ciekawie wyglądał ów tajemniczy „komitet niezależny” składający się po części z jednej i drugiej strony. Według „X2”, komitet, a przede wszystkim jego członkowie nie weszli do już odnowionego komitetu krajowego, czyli scheiderowskiego. Mam tu mieszane uczucia co do rzeczywistości istnienia owego komitetu, ale nie mam też podstaw do jego lekceważenia. Jeżeli nawet takie ciało powstało, musiało to nastąpić już po wyeliminowaniu z gry Olka, kiedy było już wiadome, że nie stanie nikt i nic na przeszkodzie, bo jedyny komitet krajowy jest już ściśle obsadzony.


Pozostał jeszcze problem olkowej zdrady i bardziej przyjemny do rozważenia, to tak zwany temat obyczajowy. Zastanawiające jest, dlaczego tak gładko odpuszczono Olkowi zarzut zdrady, a nie odpuszczono zarzutu obyczajowego. Argument jakiego używają autorzy „Wierni Jehowie”, że na przeszkodzie stali komuniści, można między bajki włożyć i tymi bajkami karmić najwierniejszą  Świadkowską populacje. Jeżeli wczytamy się w tę „rzetelną” publikację, temat zdrady, jest tam omijany dalekim łukiem. Jak wykazałem już w poprzednich moich opisach, zdrajców w postaci T. W. w Organizacji po prostu się roiło. Ówczesne władze komunistyczne miały całą Organizację na dłoni. Proszę zauważyć, że w oficjalnych wydawnictwach  Brooklynu, problem ten jak by nie istniał, a w „Wierni Jehowie”, niema nawet wzmianki o „wielkiej wpadce”. Dlaczego? Z inicjatorem tejże wpadki spotykamy się po raz pierwszy w połączeniu z Olkiem bardzo wcześnie, bo przed rokiem 1960-tym, jeszcze przed aresztowaniem W. Scheidera.


(…) Najbardziej znanym i skutecznym konfidentem był Olek Rutkowski i jego pomocnik Wróbel, w czasie, gdy Scheider przebywał w wiezieniu dokonał sporego spustoszenia w szeregach organizacji.


Z drugą wzmianką spotykamy się w zapisie u Bojanowskiego powiązaną z mieszkaniem Miazgów w Lublinie. Gdzie występuje wprawdzie tylko żona Wróbla podrzucająca już po fakcie rewizji w mieszkaniu, jakiś powielacz, ale według autora tej wzmianki, ten gadżet miał pogrążyć właścicieli mieszkania. Rzeczywiście, sługa okręgu Wróbel, na podstawie kompromitujących go osobistych „powikłań”, został zwerbowany przez Służbę Bezpieczeństwa, w rezultacie czego, przy jego nadaniu został aresztowany cały II komitet krajowy w roku 1962 zwaną obiegowo „Wielką Wpadką”. Na razie wiemy tylko, że najskuteczniejszym konfidentem okazał się Wróbel, dlaczego zatem pierwszeństwo przypisano Olkowi? Ale bardziej zastanawia nas fakt pominięcia tego wydarzenia w opisach Michała Bojanowskiego. Wydarzenie, było jednak epokowe, a autor przechodzi obok milcząco. Przyczyna wydaje się być zupełnie prozaiczna, autor chce zakamuflować swoją bardzo bliską przyjaźń z Olkiem, która trwała aż do powrotu Scheidera z Wronek w 1964 roku i pewnie trwałaby dalej, gdyby nie późniejsze zawirowania.


Były sługa okręgu Wróbel, miał wyrzuty sumienia z tego powodu, do którego się przyczynił. Będąc na uboczu Organizacji, pomimo wszystko chciał do niej wrócić, co faktycznie nastąpiło. „X2” wraz z innym bratem, zostali upoważnieni do przeprowadzenia rozmowy z Wróblem. Według relacji jaką posiadam, Wróbel wyznał wszystko dosłownie w jaki sposób został zwerbowany, oraz inne szczegóły dotyczące tej okoliczności. Wprawdzie „X2” zastrzega się, że nie pamięta szczegółów tej rozmowy, ale z jego relacji wynika jedno –Wróbel nie mógł mieć bliższych powiązań z Olkiem jak sugeruje to M. Bojanowski. Właśnie taka chwila prawdy, dla Wróbla powinna zaowocować tym, że wyznaje się wszystko w tym, również zdradzieckie relację z Olkiem jeżeli takie były. Tymczasem nic takiego się nie stało.  „X2” wiele różnych szczegółów, mógł z tej rozmowy nie pamiętać, ale nie dotyczących Olka, ponieważ był to okres najgłośniejszej nagonki i dopisywania mu możliwie wszelkich niegodziwości.


Wątek moralny, który podobno ostatecznie uziemił Olka miał być konsekwencją >listu apostoła Pawła do Tytusa, rozdział 1, werset 6 podaje, że mężczyźni, którzy przewodzą w zborach, powinni być "wolni od oskarżenia".< Czyli co? Oskarżenie może istnieć samoczynnie, nawet bez rzeczywistego czynu? W ten sposób można uziemić każdego delikwenta jeżeli ma się na „niego ochotę” wystarczy go oskarżyć i już „nie jest już wolny od oskarżeń”. Akurat w tej materii mam wiedzę z okresu mojego usługiwania i doszukiwania się dowodów winy. Według autorów „Wierni Jehowie”, Olkowa wina niemoralności i zdrady (kobitki) znana była już o sześć lat wcześniej związaną z zamieszaniem u Miazgów w Lublinie, tylko w tym czasie ta jego niemoralność jeszcze nikomu nie przeszkadzała, więc funta kłaków była warta, bo to jeszcze nie był jego czas, ten czas nadszedł dopiero w 1965 roku gdzie już jego niemoralność nabyła wartości wagi złota. Ale nie tym akcentem chciałem zakończyć. Nie każda „niemoralność” była ważona tymi samymi odważnikami. Dla zborowego pospólstwa były wyjątkowo lekkie, że nawet „przykrótka” spódniczka potrafiła bardzo przechylić szalę grzechu w dół. Tymczasem te „konkretne sprawy” z udziałem wierchuszki, szale wagi wykazywały wyjątkową stabilność. Szkaluję braci? Nie! – Oto maksyma (mój najnowszy nabytek z przecieków), brata z wysokiego szczebla: -co to za grzech jak sobie włożysz i poruszasz…, to żaden grzech! Nie wymienię z imienia i nazwiska autora tej życiowej maksymy-znałem go z imienia i nazwiska osobiście. Olek był ulepiony z tej samej gliny i obracał się w tych samych warunkach co jego wspólnicy i nic co ludzkie nie było im obce, a ciężar grzechu…, zależał tylko od ciężaru odważnika położonego przez oponenta na drugiej szalce wagi.

KONIEC


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #16 dnia: 15 Styczeń, 2016, 05:50 »
Demonokracja Szatana i Hiobowie dwudziestego wieku


Upoważniam L******* K***** do przeglądania i komentowania pozyskanych przez Stanisława Chłościńskiego dokumentów z IPN.
Dokumentacja z IPN jest pozyskiwana przez Stanisława Chłościńskiego zgodnie z otrzymaną zgodą na kwerendę naukową w temacie Świadkowie Jehowy w Polsce w latach 1945 do 1989.
Kwerenda nr BU Po III-55110-16(5)/14 z dnia 06 03 2014


Gdy po ponad półwieku, pochyliłem się nad protokółem rozprawy przeciwko kierownictwu Domu Betel w Łodzi przy ulicy Rzgowskiej 24, odżyły we mnie wspomnienia i odczucia z tamtego okresu zupełnie podobnie jak je przeżywałem w tamtym czasie. Nawet w pewnym momencie zdziwiłem się, jak mogło się we mnie wewnętrznie tak spontanicznie wszystko rozklekotać, że poczułem drżenie mojego ciała. Niby odległość czasu od 1950 roku do 2015 to zupełnie wystarczający dystans, aby pozacierało się już wszystko. Po tylu latach z Organizacją nie łączy mnie już nic, zresztą moi byli wierni bracia zatroszczyli się, abym nie był przyczyną ich zgorszenia. W pewny momencie poczułem się nawet jak Feliks Dulski ze sztuki Gabrieli Zapolskiej, aby podnieść obydwie ręce do góry i gwałtownie opuszczając je w dół, jednocześnie wyrecytować wypowiedzianą przez niego kwestie: -a niech was wszyscy diabli…! Lektura tych oryginalnych fotokopii nie pozwala jednak tak po prostu pozostawić i odejść.

Nie wyobrażam sobie możliwości skomentowania tamtego odległego w czasie procesu sądowego, zresztą co tu komentować. Wszystko co tam można wyczytać było wpisane w zbawienne cierpienie każdego wiernego sługi Bożego na podstawie ewangelicznej konsekwencji – komu więcej dano, od tego więcej żądano. Cierpień też! Można by jedynie zazdrościć, że nie stałem się szczęśliwcem tych cierpień, mając nadzieję wpisania do wyróżnionej księgi zbawionych. Ale sam wpis nie jest bezwarunkowy. Trzeba spełnić jeszcze tylko jeden wymóg: -„kto wytrwa aż do końca, ten zbawiony będzie”! Jak widać ten ostatni wymóg przekreślił wszystko, dlatego nie będzie żadnych komentarzy na okoliczność treści tych skanów, będą tylko moje osobiste przemyślenia, wynikające z następstw jakie przyniósł ten znamienny rok 1950 ubiegłego wieku. Cokolwiek chcąc opowiedzieć dotyczącego owego roku, ma on swoją wymowę, a powiedziałbym więcej, stał się cezurą czasową, który popchną Organizację Świadków Jehowy w nową jakość. Ta skostniała Organizacja po tym znamiennym roku, ewolucyjnie przechodziła przeobrażenie, a powiem więcej, paradoksalnie jej przeobrażaniu –może będzie to obrazoburcze -ale czynnie pomagał … Nie dokończę, resztę proszę sobie doczytać, a raczej proponuję przemyśleć osobiście kto był tym „pomocnikiem”.

Poniżej podaję tylko pierwsze strony poszczególnych kolejnych rozpraw sądowych. W tej chwili interesuje mnie tylko początek i koniec. Wszystko to co było pomiędzy, powinno raczej interesować Organizację, która jakimś dziwnym i niewytłumaczalnym podejściem, wyraźnie obchodzi szerokim łukiem ten temat. Bardzo oczekiwana jest osobista biografia samego Leopolda Scheidera, który cokolwiek by powiedzieć, odcisnął się najbardziej wyrazistą zgłoską. Tego oczekują wyznawcy, bo nie wierzę, aby głoszenie „ewangelii o zbliżającym się królestwie bożym”, zatarło w tych głosicielach normalny ludzki odruch normalnego ludzkiego współczucia wobec tak sponiewieranej osoby.


Taki odruch, bo nie powiem obojętności, Organizacji wobec zasłużonych osób z pierwszej linii frontu, budzi pewien niedosyt, rozbudowuje wyobraźnię, często przerysowaną lub niedocenioną, albo zgoła fałszywą. Ponieważ oprócz zakamuflowanej wiedzy z tamtego okresu, nic więcej nie wiemy i od tej strony niema chęci wyjścia naprzeciw, z konieczności jesteśmy zdani tylko na domysłach przyczynowo skutkowych. Jak bumerang powróci do nas dobrze znana nam sylwetka Aleksandra Rutkowskiego narysowana już jakby innym pędzlem i inną farbą. Czy prawdziwą? Nie wiem, ale będę próbował oświetlić ją chociażby oliwnym kagankiem. Czytanie skanów protokołów z rozpraw, nie pozwala zakopać się tylko w tej bieżącej treści zapisów, ale mimo woli myśli wybiegają wstecz i w przód, by na siłę rozróżnić co jest przyczyną, a co skutkiem. W myśl przysłowia, że niema skutku bez przyczyny, lub dymu bez ognia jak kto woli, będę chciał na podstawie tych skanów procesowych, znaleźć ten prapoczątek.


Jak zwykle w moich rozważaniach nie stawiam kropki nad „i”. Nie odpowiadam na pytania. Ja stawiam pytanie, ba, ja je mnożę, by na końcu zawiesić je w powietrzu. Tak będzie i w tym temacie, którego chcę przybliżyć czytającemu. Zdawałoby się, że zwykły protokół z przeprowadzonej rozprawy w sądzie, odzwierciedla podsądnego z jego czynami o co jest oskarżony i zimnym przedstawicielem sprawiedliwości, a może należałoby napisać „sprawiedliwości”. Osobiście skłaniam się do tej drugiej nazwy, która jest odpowiednia do tamtej rzeczywistości. Wbrew oczekiwaniom nie podejmę tego drastycznego tematu. A dlaczego? Niech to co napiszę poniżej będzie tą odpowiedzią!


Na początek przedstawiam surowe fakty.


Protokół Rozprawy Głównej  -  4237/51- Przed Rejonowym Sądem Wojskowym w Warszawie

Oskarżeni z art. 86, 61, i 2 KKWP ( Kodeks Karny Wojska Polskiego), art., 7 MKK ( Mały Kodeks Karny)art. 2 – 311, 8, 44 i inne
Warszawa 16 marca 1951

Przewodniczący    mgr Widaj Mieczysław mjr
Ławnik                  ppor. Żaka Władysław J.W. 3367
Ławnik                  chor. Chrzan Wacław JW. 2415
Protokólant            plut. rezerwy Kaczmarek Stanisław


Oskarżeni:
                  1 Kwiatosz Edward        5 Sukiennik Władysław
                  2 Scheider Wilhelm        6 Liczke Jan
                  3 Abt Harald                   7 Glasberg Naftali
                  4 Jędzura Władysław

Występują nazwiska powołanych świadków.  (…)


Poniżej podane są szczegółowe dane personalne oskarżonych. Przy nazwisku Scheidera i jego danych personalnych, jest dopisane: tytularny właściciel domu w Łodzi przy ulicy Rzgowskiej 24.


Prokurator wnosi o przesłuchanie jako pierwszego oskarżonego Scheidera Wilhelma, zastępcy Kwiatosza Edwarda.


Tematy przesłuchań zawarte są w fotokopiach przewodniczącego Edwarda Kwiatosza począwszy od 0755 JPG archiwa IPN   


Na zakończenie procesu –Wnioski stron:


Prokurator wnosi dla oskarżonych -dla:


1.   Scheider Wilhelm, o -kare śmierci
2.   Abt Harald, o – karę dożywotniego więzienia
3.   Kwiatosz Edward, o – karę 15 lat więzienia
4.   Jędzura Władysław, o – karę dożywotniego więzienia
5.   Liczke Jana, o – kare 8 lat więzienia
6.   Glasberg Naftali, o – karę8 lat więzienia
7.   Sukiennik Władysław, o – karę 10 lat więzienia

Wnioski obrony dla:

1.   Scheider W. i Abt. H. – o wzięcie pod uwagę przy ferowaniu wyroku, że działalność oskarżonych była tylko działalnością religijną, która jest celem wyznania.
2.   Kwiatosz E. i Jędzura W. – o uniewinnienie z art. 86 par 2 KKWP i 7 MKK. Natomiast o łagodny wymiar kary z art. 16 dekret z dnia 26 04 36r
3.   Liczke J. – o uniewinnienie z art. 86 par. 2 KKWP i 7MKK
4.   Glasberg N. – o uniewinnienie z art. 86 par. 2 KKWP, i o zawieszenie kary za przestępstwa dewizowe
5.   Sukiennik W. – o uniewinnienie z art.86 par. 2 KKWP

Oskarżeni proszą:


1.   Kwiatosz E. – o uniewinnienie
2.   Scheider W. – nie mam żadnej prośby, czuję się niewinny
3.   Abt H. – nie poczuwam się do winy
4.   Jędzura W. – o uniewinnienie
5.   Sukiennik W. – o sprawiedliwy wyrok
6.   Liczke J. – o uniewinnienie
7.   Glasberg N. – o uniewinnienie


Przewód sądowy zakończono 20 marca 1951 roku godz. 17,00
Ogłoszenie wyroku 22 marca 1951 roku o godzinie 13,10.


Skazani z wyroku: (Podane tu wymiary kar, mogą nie być ścisłe ponieważ nie posiadam oryginalnego odpisu tych kar, korzystam z innych źródeł)


Wilhelm L. Scheider skazany na dożywocie,
Kwiatosz Edward, 15 lat więzienia,
Abt Harald 15 lat więzienia,
Jędzura Władysław 15 lat więzienia,
Sukiennik Władysław 10 lat więzienia,
Liczke Jana 6 lat więzienia,
Glasberg Naftali 5 lat więzienia.
Wszystkim zasądzono przepadek mienia w całości.


Rozprawę zakończono 22 marca o godzinie 13,50.


Wszyscy skazani złożyli odwołanie do Sądu Najwyższego, jednak ten utrzymał wyrok w mocy.


Poniżej orzeczenie. -(oryginalny odpis)


„Najwyższy Sąd Wojskowy w Warszawie, z dnia 19 maja 1951 nr akt 1136/51 postanowił:
Skargi rewizyjnej skazanych Kwiatosza Edwarda, Wilhelma Scheidera, Abta Harolda, Jędzurę Władysława, Sukiennika Władysława, Liszkę Jana i Glasberga Naftalego, oraz ich obrońców na wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z dnia 22 marca 1951r  w sprawie Nr 237/51 pozostawić bez uwzględnienia, a wyrok ten pozostawić w mocy.
Wyrok ten jest prawomocny z dniem 19 maja 1951 roku
Warszawa 06 września 1951 roku”


Pięć lat później, w wyniku amnestii z kwietnia 1956 roku, z dniem 27 czerwca tego samego roku, nastąpiło bardzo duże obniżenie zasądzonych wyroków. W znacznym stopniu obniżenie wyroków zastosowano w wyniku ustawy amnestyjnej z roku 1952, która przedtem nie była brana pod uwagę. Znacznego obniżenia kary, spowodowało u wszystkich uchylenie skazania z art. 7 MKK, to jest za szpiegostwo.


Proces rehabilitacyjny


Na prośbę sześciu skazanych ówczesnego kierownictwa, w roku 1962 został wznowiony rehabilitacyjny proces skazanych z dnia 22 marca 1951 roku.


Sygn. aktIVK9/62
Protokół rozprawy dnia 15 czerwca 1962


Sąd Wojewódzki dla miasta Warszawy wydział IV Karny sprawa Edwarda Kwiatosza 5ciu innych z art. 86 par. 1 i par. 2 KKWP


Obecni
Przewodniczący OSW: Zylewicz
Ławnicy: J. Kaczyńska, S. Filiński
Prokurator: Langiewicz
Protokólant: J. Zumbrzycka


Wywołana sprawa: godzina 9 min 30.


Rozprawa odbyła się jawnie.
Na sprawie stawili się:


1.   Oskarżony: Edward Kwiatosz doprowadzony. Stawił się adw. H Krupiński.
2.   Oskarżony Wilhelm Scheider doprowadzony z więzienia. W jego imieniu Adam Krupiński
3.   Oskarżony Abt, Harald doprowadzony.
4.   Jędzura Włodzimierz stawił się osobiście
5.   Sukiennik Władysław stawił się osobiście
6.   Liczke Jan stawił się osobiście.


Rozprawa sądowa została wznowiona w dniu następny w tym samym składzie. Sąd ustalał jakim metodom śledztwa skazani byli poddani w celu wymuszenia wymaganych zeznań. Nie doszło do konfrontacji przesłuchiwanych ze Zdanowiczem ponieważ ten złożył oświadczenie na korzyść poszkodowanych. Sąd uznał, że przesłuchiwani w latach 1950/51 byli poddani niedozwolonym metodom śledztwa. Ostatecznie skazani zostali zrehabilitowani, ponadto jako zadośćuczynienie, przysługiwało obywatelom, odszkodowanie ze strony państwa. ……?


Tyle wynika z zimnych dokumentów


Szczegóły przesłuchań poszczególnych oskarżonych, oscylowały w kierunku określenia sylwetek siedzących na ławie oskarżonych jako groźnych przestępców, którzy swoim działaniem, szczególnie szkodzili młodej Polsce podczas jej powstawania i utrwalającej się władzy ludowej. Przypisane im artykuły kwalifikacji prawnej tj. tzw. „Mały Kodeks Karny, oraz „Kodeks Karny Wojska Polskiego”, miały szczególnie podkreślić ich zbrodnicze czyny. Szpiegostwo na rzecz obcego wrogiego mocarstwa – Stanom Zjednoczonym, oraz sabotowania w celu osłabienia odradzającego się kraju. Wszelkie składane wyjaśnienia przed polskim sądem, były wyeksponowane jako tylko kamuflaż a osłoną dymną, była działalność religijna. Wszelkie odwoływania się do działalności religijnej, miały tylko zmiękczyć wysoki sąd i opinię publiczną za czym sprawcy chcieli ukryć swoje prawdziwe zbrodnicze oblicze. Inne przestępstwa tzw. czyny o charakterze gospodarczym, miały zdaniem prokuratury służyć do realizacji tych czynów.


Rzecz ciekawa. Jeżeli do zarzucanych czynów wyodrębnionych powyżej, żaden z podsądnych nie przyznawał się do zarzucanego czynu, to przy rozpatrywaniu tych drugich czynów, wszyscy prawie „współpracowali” z wymiarem sprawiedliwości, i bardzo szczegółowo wyjaśniali przyczynę, dla której tego „czynu” się dopuścili. Przy wnikliwym procesie, gdzie chciano by rozpatrzeć całokształt zarzucanych czynów, każdy niezależny sąd musiałby wziąć pod uwagę na takie zachowanie się oskarżonych. Kuriozalność tego procesu polegała na udowodnieniu z góry postawionej tezy, a przebieg procesu, miał za cel tylko udowodnić jej słuszność, w tym nieomylność władzy. Na dostarczenie „odpowiednich dowodów winy”, otrzymał przyzwolenie szef Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, a argumenty do ich pozyskania, miał własne prowadzący przesłuchania -Zdanowicz.


Wznowiony rehabilitacyjny proces sądowy z roku 1962, po wykazaniu, że zeznania oskarżonych i świadków w większości zostało sfałszowanych, bo wymuszonych za pomocą psychicznych i fizycznych tortur. W pierwszej fazie przesłuchań wnioskujących o ten proces, sąd nie był skłonny dać wiarę zeznającym jak wyglądały te „zeznania”. Sąd wezwał na przesłuchanie w charakterze świadka, sprawcę tych przesłuchań. Nie doszło nawet do wprowadzenia go na salę rozprawy, ponieważ osobiście przed rozprawą potwierdził prawdziwość zeznań oskarżonych i świadków .


Nie podejmę się opisać nawet w ogólnym zarysie tych kaźni, których doznali podsądni zanim posadzono ich na ławie oskarżonych. Trudno byłoby mi dobrać odpowiednich słów, które wyrażałyby rzeczywiste odczucia każdego z osobna. Nie mogę też opisać nawet tego co wyczytałem z samego protokołu spisanego  podczas rozprawy sądowej. Nikt mnie nie upoważnił abym to upublicznił. Jeżeli sami zainteresowani, ani ich bliscy tego nie uczynią lub już nie uczynili, nikt niema prawa wchodzić w ich wnętrze z butami. Osobiście chylę głowę przed wszystkimi i każdym z osobna, którzy przeszli przez wszystkie te zakamarki sprawujących władzę i mających w tamtym czasie moc czynienia gwałtów nad bezbronną jednostką.


W tych siedmiu postaciach, chciałbym widzieć tylko zogniskowany symbol, tej wielkiej bezimiennej rzeszy, którym przyszło przejść przez katorżnie lochów Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Teraz zepchniętych na margines zborowej populacji, już jako pozostałe szczątki walające się na obrzeżach Organizacji i tych, którym mechanicznie odcięto pępowinę, obecnie szerokim łukiem omijanych przez dobrze ugruntowanych w wierze braci.

CDN


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #17 dnia: 20 Styczeń, 2016, 04:55 »
Taki w wielkim skrócie jest bilans tej  niegdyś odważnej populacji zaangażowanych w tym Dziele, aby pomimo trudów, tamta populacja Świadków Jehowy była widoczna nie tylko dla władz, ale też dla normalnie żyjących bliźnich. Tym (nam) poszkodowanym przez totalną władzę PRL, nie przyszło nawet do głowy, aby odwoływać się od wydanych wyroków, i wyciągać dłonie po odszkodowanie, bo każda wykonana na nich niesprawiedliwość była cząstką współcierpienia samego Mistrza Jezusa. Te cierpienia miały być naszą radością, naszym zwycięstwem, a zarazem nagrodą przez wpis do Wielkiej Księgi Żywota. Dopingiem w wytrwaniu były fragmenty autobiograficznego pamiętnika Rudolfa Hessa komendanta obozu w Auschwitz, krążące po zborach uzmysławiające nam czym wobec tamtych, są nasze cierpienia. Oto fragmenty tych wpisów. Poczytajcie tej naszej pokrzepiającej lektury.


„W Sachsenhausen było dużo badaczy Pisma Św. Wielu z nich odmówiło pełnienia służby wojskowej, za co zostali skazani na śmierć. Rozstrzelano  ich w obozie w obecności wszystkich więźniów ustawionych w szeregach.
Poznałem wielu fanatyków w miejscach odpustowych i klasztorach w Palestynie, Hedżesie, Iraku i Armenii, katolików, muzułmanów, szyitów i sunitów. Lecz badacze Pisma Św. w obozie, a szczególnie dwaj z nich, przewyższyli to wszystko co widziałem. Ci dwaj szczególnie fanatyczni odmawiali udziału we wszystkim co miało jakikolwiek związek z wojskiem, nie stawali na baczność, nie zsuwali obcasów, nie przykładali rąk do szwów spodni, nie zdejmowali czapek. Mówili, że oznaki czci należą się tylko Jehowie, a nie człowiekowi. Po przeglądzie wojskowym, który całkowicie zbojkotowali (odmówili jakiegokolwiek podpisu na dokumencie wojskowym) zostali skazani na śmierć.
Gdy im wreszcie oznajmiono o wyroku wpadli w niepohamowaną radość i zachwyt, nie mogli doczekać się egzekucji. Parę dni wcześniej byli obecni przy egzekucji swych współwyznawców i wtedy nie można ich było utrzymać - chcieli, by również i ich rozstrzelano. Na to opętanie nie można było wprost patrzeć. Przemocą musiano zabrać ich do aresztu. Na swoją egzekucję biegli nieomal kłusem. W żaden sposób nie chcieli dać się związać by móc ręce wznosić do Jehowy. W olśnieniu i zachwycie nie mającym już nic ludzkiego w sobie, stali przed drewnianą ścianą, czekając na rozstrzelanie. W ten sposób wyobraziłem sobie pierwszych chrześcijańskich męczenników czekających na arenie, aby ich rozszarpały dzikie zwierzęta”


Po takim „budującym” naszą wiarę opisie tamtych niemieckich braci, poznaliśmy dzieło Szatana, które miało nas zniszczyć. Na specjalnych wykładach byliśmy przygotowywani już bardziej szczegółowo, aby poznać jego niecne zamiary przed zbliżającym się milowymi krokami jego końcem w Armagedonie.


„(…) Otóż bezpośrednio przed wybuchem wojny bożej, diabeł zaatakuje społeczeństwo nowego świata, będzie wiedzieć, że ma się rozpocząć armagedon. W 38 i 39 rozdziale Ezechiela - powiedziano nam o tym ataku, na społeczeństwo nowego świata. Głównego napastnika nazywa tam GO GIEM to imię szatana diabła (…) Diabeł jest więc zazdrosny(…), Diabeł nie może znieść widoku tego szczęśliwego, kwitnącego stanu ludu Jehowy. Dlatego za wszelką cenę chce zniszczyć społeczeństwo nowego świata. Biblia donosi nam, co GOG zamierza uczynić. Diabeł mówi sobie: "wtargnę do ziemi bez muru, przyjdę na spokojnych i mieszkających bezpiecznie, ci wszyscy mieszkają bez muru, a zapór i bram nie mają."


My mieliśmy tę pewność, że po prawej stronie legnie tysiąc, a po naszej lewej stronie legnie dziesięć tysięcy, ale śmierć się do nas nie przybliży, natomiast:


„(…) Paniczna trwoga ogarnie masy ludu, iż ludzie nie będą wiedzieli co mają robić i dlatego zaczną zabijać jedni drugich. Stanie się dnia owego wielkie uciśnienie między nimi, tak iż rękę jeden drugiego uchwyci, a ręka jego podniesie się na rękę bliźniego swego, tak opisuje prorok Zachariasz w 14. a 13 w. Wtedy miecz każdego obróci się na brata swego Ezechiela 38 roz. 21 w. Lecz ta samolubna walka o życie będzie całkowicie daremna, kto uniknie śmierci z ręki bliźnich, tego uśmiercą niebiańskie wojska boże. Straszliwe będzie zniszczenie, które aniołowie Chrystusa sprowadzą na wszystkich przeciwników Królestwa Bożego i Jego świadków.”


Jakaż wielka radość czeka nas po Wielkim Dniu Pańskim:


„(…) Po armagedonie pozostałe przy życiu owce, społeczeństwa nowego świata wyjdą by zobaczyć pobitych przez Jehowę, biblia mówi :"wynijdą, a oglądają trupy ludzi tych, którzy wystąpili p-ko mnie, albowiem robak ich nie zdechnie, a ogień ich nie zagaśnie, a będą obrzydliwością wszelkiemu ciału Izajasza 66 rozdz. 24 w.(…)”


Któż z nas chciałby gnuśnieć i „kisić” się w domowych pieleszach. Szczególne obiegowe słowo „kisić”, było nośnym przerywnikiem dopingującym nas w dziele pańskim. Kto z nas miałby czelność zaprzeczyć tym słowom proroków i naszym wiernym braciom. Sami rwaliśmy się do wygłaszania tych mile łechcących nasze uszy słów, aby podnosić ducha wiary naszych braci. Wierzyliśmy w te słowa, i tę wiarę tych słów wszczepialiśmy innym, bo to były wieści pochodzące od Wiernego i Roztropnego Niewolnika. Te trzy słowa, były dla nas aksjomatem.


Wszystkie powyższe fragmenty cytatów, pochodzą z opracowań Juliana Grzesika z trzeciej części (>Historia Ruchu Badaczy –Apostazja< )Wielkie dzięki bratu Julianowi za zachowanie dla potomnych tych wykładów, w których miałem swój udział jako, że byłem odbiorcą ducha tych treści, jak też ich przekazicielem.


Gdy już odrzucony jako niebezpieczny osobnik szkodzący populacji zborowej, znalazłem się na drugim brzegu rzeki oddzielającej mnie od Organizacji, miałem już na tyle odwagi, żeby obejrzeć się za siebie i krytycznie ocenić przebytą drogę. Szczególnie krytycznie przyjrzałem się tym drogowskazom, które miały decydujący wpływ, że poszedłem tą, a nie inną drogą. Już od samego początku, Organizacja pokazywała mi dwie drogi. Jedna szeroka i wygodna, którą szło wielu, prowadziła jednak do śmierci pomimo, że szło po nie wielu i druga wąska, wyboista i ciernista. Szło po niej nie wielu, dlatego nie była wydeptana i powodowała wiele potknięć, ale była najkrótszą drogą do życia pomimo, że szło po niej mało ludzi. Wszystko to wsparte ewangelicznym przekazem z jedynej prawdziwej księgi życia -biblii. Strażnica w powielaczowym wydaniu, już sobą przekazywała wyobraźnię cierpienia, a jej treść dawała całą głębię przeżycia tego wielkiego pochodu wszystkich sprawiedliwych ludów świata kroczących ku górze Syjonu, z za której jasne promienia boskiego światła wskazywały drogę życia dla tej wielkiej rzeszy. Piękny i wzruszający widok. Mimo skłutych stóp i odrapanego ciała ciernistymi krzewami, ta wędrówka z tym wielkim ludem ku górze Syjonu, mimo wszystko jest opłacalna. Już dla samego widoku i zobaczenia własnymi oczami tego wielkiego potoku leżących pobitych, którzy nam nie uwierzyli -gorzej! Sprzeciwiali się nam, wyśmiewali i osadzali nas w więzieniach, torturowali i przysparzali nam cierpień.


Można by o tych kaźniach opowiadać i pisać. Sam osobiście byłem trzy razy osadzany i zamykany w podziemiach MO i Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. W „Mojej Przygodzie z Organizacją”, opisałem pewne fragmenty mojego tam pobytu, ale są to tylko refleksje osobnika odgrodzonego murem i kratą od zewnętrznego świata. Innych „doznań” i przeżyć, nie mam zamiaru opowiadać nikomu, bo to pozostaje tylko „moją własnością”. Tych „doznań”, każdy kto przeszedł te miejsca tych dwóch „urzędów”, ma własny wyrobiony pogląd. Na tym drugim przeciwległym brzegu rzeki odgradzającym mnie od tamtej, już przeszłości -mogłem zadawać pytania niepodlegające ocenie moich dotychczasowych braci. Czy to co robiłem do tego czasu, tudzież moje „doświadczenie” doznane w tych dwu „zacnych” urzędach, było niezbędne, abym stał się złotem którejś z prób wartości? Jakakolwiek odpowiedź, została zawieszona w próżni, ponieważ wszystko co potem nastąpiło, uważałem za normalną konsekwencje tylko mojej własnej decyzji. Postawione powyżej pytanie, odgrzebałem ponownie dopiero gdy zapoznałem się z dokumentami procesowymi siedmiu członków kierownictwa Organizacji Świadków Jehowy w Polsce z roku 1951-go i późniejszymi jego reperkusjami. Moje przemyślenia doprowadziły mnie do głębokiej przeszłości w historii Św. J. z roku 1918 po uwięzieniu prezesa J. F. Rutherforda, pierwszego w wierze brata, który padł ofiarą nienawiści i wściekłości samego Szatana Diabła.


Nie będę opisywał tych wydarzeń, chciałbym jedynie zwrócić uwagę na zbieżności, które w obydwu przypadkach stały się jakby lustrzanym odbiciem. Jedyne co jest zróżnicowane, to w jednej z wydań strażnicy, w dość enigmatyczny sposób „wyjaśniono” jakie to szatańskie zakusy zostały udaremnione w wyniku niebiańskiej interwencji tego znamiennego roku1918 Natomiast polski przypadek z niewyjaśnionych przyczyn, jak dotąd nie doczekał się poważniejszych komentarzy w kosmicznych planach bożych. Pewnie polskiego roku 1951 by nie było, gdyby po nagłym zgonie brata, Russela, w 1916 roku przywództwa nowojorskiej centrali nie objął J. F. Rutherford z przydomkiem -Sędzia. Te burzliwe lata jego prezesury, bardzo szczegółowo i rzetelnie opisuje Julian Grzesik, więc proszę tam sięgnąć po interesujące szczegóły.

CDN


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #18 dnia: 26 Styczeń, 2016, 06:24 »
Na początku chciałbym zwrócić uwagę na psychiczną sylwetkę nowo powołanego prezesa. O dość osobliwej psychice niech świadczy jego przeświadczenie w osobiste kontakty ze sferą niebiańską. Trzeba mieć nie lada fantazję, żeby być przekonanym o słuszności budowy w San Diego w Kalifornii nazwanym >Bet-Sarim< domu, w którym mieli być powitani przez tegoż prezesa Rutherforda i tam zamieszkać zmartwychwstali starożytni prorocy. Dom do niczego się nie przydał z powodu braku oczekiwanych nadzwyczajnych gości dla, których był przeznaczony. Ostatecznie pusty nie stał, ponieważ od 1929 roku do, 8 stycznia 1942 został zasiedlony, też przez „wybitną postać”, bo samego pomysłodawcę tego obiektu i jednocześnie „fundator” z korporacyjnych funduszy, w osobie J. F. Rutherforda. Oczywiście nie za darmo, ale za własne wydane ze swojej kieszeni 10 (słownie: dziesięć) dolarów. Zupełnie prawnie zapłacił korporacji za obiekt z aktem notarialny sporządzonym osobiście przez siebie samego. Jego życiowe ambicje sięgały wysoko i z tych ambicji dał się poznać, a co ważniejsze to jego chora wizja przyniosła niepowetowane szkody nie tylko korporacji, której przewodził, ale też wielu braciom w pierwszej kolejności w Ameryce, a później w Europie, czego reperkusją były procesy, śmierć i obozy koncentracyjne począwszy od hitlerowskich Niemiec 1933 roku, aż do późnych lat dwudziestego wieku.


Chore ambicje J. F. R. zostały uwidocznione w niewydanym siódmym tomie Pastora Russela –„Dokonana Tajemnica”, którą to publikację zamierzał wydać, a tak naprawdę to gromadził dopiero materiał. Nagłe jego odejście, właściwie ten zamiar pogrzebało na zawsze, jednak nie zupełnie, ponieważ następny prezes J. F. Rutherford poczuł w sobie misję jej dokończenia, co też uczynił. No i się zaczęło. W korporacji wrzało, co skutkowało rozłamem, ale równolegle rozpoczęły się problemy z władzą świecką, której nie spodobały się pewne rozdziały w drukowanej publikacji „Dokonana Tajemnica” już -jego autorstwa. Działo się to akurat, gdy Stany Zjednoczone przystąpiły do toczącej się wojny w Europie. Czwartego marca 1918 r. Departament Stanu zabronił jej rozpowszechniania. To wizjonerskie dzieło inspirowane bezpośrednio ze sfer niebiańskich, zostało jednak okaleczone prze samego autora, gdyż na jego osobiste polecenie, wydrukowane już egzemplarze uległy chirurgicznemu zabiegowi wycinając wszystkie trefne rozdziały. Natomiast, siódmego maja tego samego roku Władze Federalne wydały nakaz aresztowania samego prezesa Rutherforda, wraz z siedmioma jego współpracownikami. Cóż za zbieg okoliczności.


„(…) Oskarżono ich o spisek naruszający „ustawę o szpiegostwie” (z 15 VI 1917 r.), o planowanie lub prowadzenie działalności sprzecznej z prawem. 15 V 1919 r. gazeta Eagle (Orzeł) z Brooklynu uściśliła, że oskarżonych obwiniono, „o sprzysiężenie przeciw rekrutacji: odciąganie ludu od zgłaszania się do armii, podżeganie do powstania i nieposłuszeństwa w siłach zbrojnych narodu.” Po 15 dniowym procesie, 20 czerwca 1918 r., ława przysięgłych uznała ich winnymi. Siedmiu z nich skazano po 20 lat za każde z czterech oskarżeń, czyli po 80 lat łącznie, a do odbycia kary każdego zasądzono na 20 lat. 19 lutego 1919 r. oskarżeni skierowali prośbę do prezydenta Wilsona o ułaskawienie. 1 marca w odpowiedzi na prośbę generalnego prokuratora, sędzia zalecił „natychmiastowe złagodzenie” wyroków. Było to równoczesnym stwierdzeniem, że oskarżeni są winni. 21 marca uwolniono skazanych za kaucją. 14 maja 1919 r. Sąd Apelacyjny uchylił wyrok i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. 5 maja 1920 r. na rozprawie otwartej, prokurator wycofał oskarżenie, a sąd sprawę umorzył, co nie było równoznaczne z uniewinnieniem.(…)” ( –cytat pochodzi z  >Historia Ruchu Badaczy –Apostazja< Juliana Grzesika.)


Dosłownie jak bym czytał akta sądowe Scheidera i pozostałych sześciu członków zarządu z roku 1951. Co stało się przyczyną takiego szerokiego „prześladowania wiernych sług bożych”, jak starano się wyjaśnić? >Otóż główną przyczyną było z rzucenie Szatana Diabła z nieba na ziemie wraz z pozostałymi zbuntowanymi aniołami w roku 1914. Wściekłość swą, Szatan przelał na wiernych sług Bożych, a w szczególności na Ostatek –prawdopodobnie dlatego, aby o tej sromocie Diabła nie opowiadali Światu. Jehowa jednak nie pozostawił ich samych i wyrwał z szatańskich szponów, aby to „Małe Stadko” jednak mogło głosić na Ziemi o Królestwie Bożym i sromocie Diabła, a sam Jezus zstąpił aby rozpocząć panowanie nad Światem.< Oto mniej więcej w trzech zdaniach określona przyczyna walki dobra ze złym.


W latach tuż po drugiej wojnie światowej, ten temat był bardzo nośny i rozpatrywany w różnych konfiguracjach jakie będą dalsze reperkusje i co może jeszcze spotkać lud boży, a konkretnie osobiście nas, którzy wyzwoliliśmy się z niewoli Szatana i pęt tego świata, i przyłączyliśmy się do wielkiej rzeszy służąc tylko Jehowie i Jego synowi Jezusowi. Na taki dzień ataku byliśmy przygotowywani, aby być silni i dać odpór Diabłu, gdy będzie chciał nas złamać. Pamiętam, że nawet w pieśniach byliśmy hartowani, aby zawsze i wszędzie Szatanowi dać odpór, bo wszystko co nie służyło Jehowie, było szatańskie i od niego pochodziło, nawet wtedy, gdy pozornie chwilowo mogło nam być przydatne. Powinniśmy być czujni na wszelkie pochlebstwa pochodzące ze świata, bo tam wszędzie była podstępna ręka Szatana. Szatana należało wypatrzeć wszędzie: W sklepie, w szkole, w pracy, w każdym urzędzie państwowym i we wszystkich nakazach i zakazach pochodzących od władz. Wierny sługa Jehowy powinien nie wykonać nawet takiego nakazu pod rygorem prawa, jak bardzo w tamtym czasie wymaganych szczepień przeciw durowi, tyfusowi, a nieco później przeciw gruźlicy, itd. itp. wymagań władzy wobec obywatela. A propos obywatela. Świadkowie Jehowy nie byli (nie wiem czy teraz są?) obywatelami tego Świata! Tym samym nie mogą brać udziału w wyborach, służyć w wojsku -nawet w służbie zastępczej, bo są pacyfistami miłujący pokój, ale nie podpisywali tzw. „apelu sztokholmskiego”, bo są neutralni wobec wojny i pokoju, a po za tym, bez wielkiej wojny wielkiego dnia pańskiego Armagedonu, nie będzie zbawiania, tudzież królestwa bożego.


W takim stanie świadomości rozpocząłem moją przygodę z Organizacją. W tym czasie były jeszcze dostępne tomy napisane przez Russela, ale bardziej eksponowano już tylko siódmy tom, który wyszedł spod ręki J. F. Rutherforda, jako uwieńczenie i właściwe rozpoznanie zamierzonych planów bożych, tudzież planów Szatana też –„Dokonana Tajemnica”. To, dopiero nowy prezes korporacji właściwie odczytał, a następnie skomentował list apostoła Pawła do Rzymian zapisany w 13 rozdziale, 1 – 8 wiersza. To odkrycie spowodowało rozjuszenie samego Szatana, który pobudził narody Świata, aby zniszczyć Światło boże, którym jest „Małe Stadko”. J. F. Rutherford będący pod natchnieniem Ducha Bożego przedstawił, że „Zwierzchności Wyższe”, to nie są lansowane przez fałszywe religie rządy świeckie, lecz te zwierzchności to właśnie Jehowa Bóg i Jego syn sprawujący już władzę nad Światem – Jezus. Zatem „Lud Boży” powinien bardziej słuchać Boga niż ludzi i rządów od nich pochodzących. Stąd wszystko co się dzieje ( -pierwsza wojna światowa od 1914 roku, a później II wojna światowa, ponadto wszelkie następstwa) jest dziełem samego Szatana w celu zniszczenia prawdziwych chwalców bożych. Stąd „Nowe Światło” wskazało jaki powinien być stosunek prawdziwego chwalcy bożego, do tego diabelskiego świata, którego my nie możemy wspierać, ani też się jemu podporządkować, w tym, nawet nie honorować emblematów państwowych, a już pod żadnym pozorem nie uczestniczyć w wybieraniu władzy zwierzchniej reprezentującej samego Szatana Diabła.


Latem 1949 roku, na jednej już ostatniej obwodowej konwencji przed zakazem, otrzymałem zadanie, abym przygotował do wygłoszenia referat o bardzo wtedy nośnym temacie pt. „Demonokracja Szatana”. Jak na moją możliwość jako debiutanta, zadanie dość ambitne. Sam referat jak na tamte czasy nie był czymś nowatorskim, bo Szatan obiegowo tak jak to powyżej opisałem był mocno oklepany, a jego moc i możliwości były rozbierane na czynniki pierwsze. Tym tytułem zemną w tle, chciałem tylko podkreślić jak tamta populacja Świadków Jehowy mocno tkwiła w epoce J. F. Rutherforda, pomimo, że od roku 1942, Korporacją kierował już Natan Knorr, a II wojna światowa jeszcze nie przekształciła się w Armagedon, więc wszystko musiało jeszcze być przed nami.


Każdy z nas był tak bardzo w tamtym czasie wyczulony na różne szatańskie podszepty i jego nieograniczone podstępy, że w końcu każdy z nas mógł być jego ofiarą nawet nie wiedząc, że mu służymy. Nie tylko ktokolwiek z nas najniżej ustawiony mógł mu służyć, ale bardziej na pokusy szatańskie byli podatni nawet bracia służący nam, a im wyżej stojący w hierarchii sług, tym bardziej był podatnym kandydatem na wpadnięcie w szpony tego arcy wroga Bożej Organizacji. Idąc tą drogą dedukcji, zachodzę w głowę, że Szatan uderzając w Organizację pewnie przemyślał iż najskuteczniejsze uderzenie odniesie pożądany skutek, gdy jego kierunkiem działania zamiast uderzenia w pospólstwo Św. J., uderzy bezpośrednio w jego głowę. Idąc tym tropem, wydawca „Rocznika 1994”, czyli Ciało Kierownicze, podpowiada nam iż w Polsce pod jego wpływem, był „Olek”. Idąc tym tokiem myślenia, wystarczy obejrzeć się wstecz i wypadałoby wskazać palcem jeszcze wyżej - na samego J. F. Rutherforda.


Tragedie jakie spotkały Świadków Jehowy w XX wieku są tak olbrzymie, że nie sposób przejść zupełnie obojętnie. C K z Brooklynu usiłuje przekonywać, że jest to cena jaką płacą wierni słudzy Boży za swoją wierność, oddanie i odrzucenie szatańskiego trybu życia. Można się tylko zastanowić, czy cena ta nie jest zbyt wysoka? Powiedziałbym bardziej dosadnie, że cena jaką przyszło nam więcej czy mniej dotkliwie płacić, jest ceną za wydumane teorie powstałe podczas nieprzespanych nocy –w chorym umyśle J. F. Rutherforda, albo być może, pod wpływem „podszeptów” samego Szatana idąc tokiem teokratycznego myślenia.


 „(…) Inne wzorce wystawił JFR. W art. pt. „Góra Syjon i Miasto” (Strażnica 1929, 165 § 18–20) dowodząc, że uczestnictwo w jakichkolwiek wyborach byłoby dowodem popierania organizacji szatańskiej, natomiast ŚJ jako forpoczta „teokracji” są przedstawicielami „wyższych zwierzchności” (Rz 13, 1–6), którymi są Jehowa i Chrystus.(…)” ( –cytat pochodzi z  >Historia Ruchu Badaczy –Apostazja< Juliana Grzesika.)


Jako „forpoczta teokracji” „wyższych zwierzchności”, pierwsza padła populacja Świadków Jehowy w Niemczech. Nie można niczego wykluczyć, ale być może że głosy sprzeciwu Świadków J. w wyborach w Niemczech, wtedy pomogłyby zahamować pochód faszyzmu i jego skutków. Za radą J. F. R., Świadkowie Jehowy nie popierali szatańskiej organizacji, nie poszli do wyborów, „woleli” biernie pomóc innej szatańskiej organizacji w jej skrajnym wydaniu. Tym samym pomogli wybudować obozy koncentracyjne, a poprzez wojnę pomogli innym Świadkom Jehowy w Europie doznać cierpień i śmierci w celu zwiększenia chwały Jehowie, a sobie przybliżyć wiecznego zbawienia w już bożym królestwie. Paradoks tej wydumanej filozofii polega na tym, że jak twierdzi wykładnia brooklyńskiego C. K., Jehowa jednak ujął się za swoim uciemiężonym ludem i wyzwolił tych wiernych sług od tych cierpień przy pomocy takich samych służących Szatanowi, koalicyjnych -armii wojskowych.


Legiony niezwyciężonej, niebiańskiej armii aniołów stojących od 1914 roku u boku „Naczelnego Wodza”, nie mogły być użyte, ponieważ wszystkim białym rumakom kopyta się ochwaciły.

CDN


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #19 dnia: 01 Luty, 2016, 14:51 »
Nowy totalitaryzm w powojennej Europie umożliwił wiernym sługom Jehowy ponowne wykazanie się swoją niezłomnością. Bardzo szczegółowo o martyrologii związanej ze Świadkami Jehowy na terenach ZSRR i nie tylko, opisane jest w >Historia Ruchu Badaczy –Apostazja< autorstwa Juliana Grzesika. W tym wątku nie będę się zajmował szczegółowo martyrologią jaka spotkała Świadków Jehowy w krajach tzw. Obozu Socjalistycznego. W tym wątku chciałem zwrócić uwagę tylko na przyczynę, która popchnęła nas w tym kierunku, iż staliśmy się zwierzyną łowną wszystkich służb bezpieczeństwa.


Organizacja Świadków Jehowy na przełomie lat 1949/1950 nie była jedynym związkiem wyznaniowym w ówczesnej Polsce, która musiała uregulować swój stan prawny. Formularze, które należało wypełnić były potrzebne władzom (pomijam tu fakt, że nie zawsze pytania były sensowne), aby na ich podstawie wydać pozwolenie, lub nie wydać. W wymaganym formularzu musimy tak sformułować odpowiedzi i złożyć taką deklarację, aby zadowoliło to decydenta jeżeli chcemy osiągnąć wymagany przez nas cel, cel był być, albo nie być legalną formacją w Polsce. Pamiętam te formularze, ponieważ byłem wtedy w samym centrum zainteresowania nimi. Osobiście mnie nie dotyczyły, ponieważ jako jeszcze młodociany nie mogłem być brany pod uwagę. Każdy zbór otrzymał z centrali z Łodzi pakiet formularzy do wypełnienia dla każdego formalnego (ordynowanego) sługi. Nie pamiętam natomiast czy załącznik (instruktaż), jak należy wypełnić druk, był załączony do przesyłki, czy dostarczony przez umyślnego. Faktem jest, że dodatkowy (tajny) instruktarz był udzielony na specjalnej odprawie –byłem obecny. Trudno jest mi sobie przypomnieć omawianych szczegółów, ale konkluzja była taka, że należy się liczyć z odrzuceniem. Przypominam sobie, że kontrowersyjne były dwa punkty. Jeden dotyczył uznania kierowniczej roli partii w RP, a drugi dotyczył uniezależnienia się od ośrodków zagranicznych, czy coś w tym rodzaju.


Takie postawiono wymogi. Można było je przyjąć i egzystować może mniej komfortowo niż by nam to odpowiadało, ale zawsze jest to lepsze niż popełnić Harakiri. Brooklyn za pośrednictwem „Rzgowskiej 24” zalecił jednak Harakiri. Skutki znane są z akt IPN, a dla jeszcze nielicznych żyjących -z autopsji. Takie są skutki egzegezy listu apostoła Pawła do Rzymian (Rz 13, 1–8.) wydumane prze J. F. Rutherforda. Dla kontrastu przywołam cytat pochodzący z ( >Historia Ruchu Badaczy –Apostazja< Juliana Grzesika.).


„(...) Hipokryzja w postępowaniu JFR jest aż nadto widoczna, bowiem każdy raz gdy jedzie do Europy, musi składać przysięgę, że jako obywatel USA będzie popierać, bronić, zachowywać itp. Konstytucję, bo w przeciwnym razie nie mógłby otrzymać paszportu. Gdyby jego pogląd na państwo był prawdziwy, to w takim przypadku on sam byłby zaprzysiężonym wspierającym obywatelem szatańskiej organizacji (...)”.(fragment ten pochodzi z wykładów br. Johnsona –dysydenta)


Hipokryzja związana z paszportem J. F. Rutherforda jest dobitnym przykładem, że jeżeli dotyczy w Organizacji władz kierowniczych i wpływowych, można szatańskie zapędy czasem ominąć, byleby nie rozgłaszać, a braciom w terenie nie pokazywać złej drogi. Na początku niniejszego opracowania zaznaczyłem, że nie będę wchodził z butami w toczący się proces sądowy z 1951 roku, ale i późniejszych odwoławczych. W dalszym ciągu podtrzymuję ten zamiar. Nie mogę jednak być obojętnym jeżeli zeznania te dotykają mnie osobiście. Podczas rozpraw, padały pytania ze strony sądu w sprawie stosunku kierownictwa Świadków Jehowy do takich zachowań jak:


Stosunek do Referendum z roku 1946
Stosunek do Apelu Sztokholmskiego
Stosunek do Wyborów
Stosunek do Służby wojskowej


Ja byłbym usatysfakcjonowany gdyby moi bracia, tam prze sądem wyrazili się mniej więcej tak: „- Świadkowie Jehowy są ludem bożym powołanym przez samego Jehowę. Tym samym nie jesteśmy obywatelami tego świata. Wszystko co dzieje się wokół ludu bożego nas nie dotyczy. Referendum z roku 1946 nie jest naszą sprawą ponieważ jako obywatele nowego Świata, ustanawianie granic nie są nasza sprawą. Apel Sztokholmski nas nie interesuje, ponieważ pokój na Ziemi może tylko i wyłącznie ustanowić sam Jehowa. Nie uczestniczymy też w wyborach ponieważ od 1914 roku rządy sprawuje nasz wybrany kandydat -Jezus Chrystus, więc wybory władzy tu na ziemi nas nie interesują. Ponieważ jesteśmy pacyfistami, tym samym jesteśmy za pokojem, dlatego nie służymy w żadnej armii tego świata.”


Może nie dosłowne, ponieważ te powyższe zdania napisałem z pamięci, ale takie mniej więcej sformułowania były kierowane do nas poprzez nieoficjalne przekazy za pośrednictwem sług objazdowych czy innych sług dbających o naszą kondycję duchową. Te przekazy krążyły w drugim nieoficjalnym obiegu i były traktowane jako obowiązujące, jedynie ze względu na ostrożność, nie miały charakteru oficjalnego i stopki redakcyjnej.


Tymczasem w sądzie padały takie odpowiedzi:


-„ o referendum w roku 1946 żadnej mowy ani wskazań nie było”
-„ nigdy nie zwalczałem i nie zabraniałem podpisywania apelu Sztokholmskiego, kierownictwo też nie wydawało zakazu. Ludzie mieli tak postąpić jak im sumienie wskazuje”
-„Głosowanie jest sprawą polityczną i każdy może tak postąpić jak sumienie nakazuje”
-„ jeżeli nasi wyznawcy nie idą do wojska to jest ich sprawa.”


Nie podaję tu żadnych nazwisk dotyczących tych odpowiedzi, ale jestem bardzo rozczarowany jak moi bracia wyparli się nas wszystkich. Zasłonili się – prawdą – półprawdą – i nieprawdą. Jedyną prawdą jest to, że: -w żadnych oficjalnych wydaniach nie padły jakiekolwiek zakazy lub nakazy dotyczące odpowiednich zachowań przy tego rodzaju sytuacjach, bo instrukcje były przekazywane kanałami „służbowymi” z wyraźnym podkreśleniem, że nie mogą być kierowane drogą oficjalną – myśmy to rozumieli. Półprawdą jest to, że Organizację nie interesowało, kto w czymkolwiek uczestniczył i że to było prywatną jego sprawą. Nieprawdą było natomiast to, że ewentualni ujawnieni „sprawcy” mieli święty spokój. Nie po to prowadzono wywiady, aby potem nastąpił błogi spokój. W najlepszym przypadku trzeba było wysłuchać reprymendy od nośnie prawowitego zachowania się Świadka Jehowy, ale obowiązywał go status –nie pewniaka.


Pominę tu pierwszą sprawę dotyczącą Referendum, ponieważ w tym czasie jeszcze nie miałem bliższych kontaktów z Organizacją. Natomiast co do pozostałych, to już inna sprawa. Najłatwiej było w tych rodzinach, gdzie jeden z dorosłych domowników nie był świadkiem. Ten, cały grzech brał na swoje barki, i w zależności od potrzeby, albo coś podpisał za wszystkich, lub w ich imieniu rzucał kratki do urny. Tego rodzaju praktyki przez władze państwowe oficjalnie nie były dozwolone, ale ze względów „praktycznych”, taki komitet za „kreatywność” był nagradzany i tak to dla obydwu stron wychodziło na dobre. Taki dom miał jeszcze jedną zaletę, był schronieniem dla wielu sług objazdowych, aby w tym szczególnym dniu siedzieć na d***** i nie przemieszczać się. Co bardziej prestiżowi słudzy, np. z okolic okręgu, zamawiali sobie lokum na ten dzień w domach o stuprocentowej pewności, to znaczy w rodzinie gdzie ktoś z domowników służył na bardziej prestiżowym stanowisku urzędu bezpośrednio u samego Szatana Diabła. Tego rodzaju przypadki były trochę skrywane, ale bardzo rzeczowo uzasadniane przykładem Dawida ukrywającego się przed Saulem.


Osobnym rozdziałem jest służba wojskowa. Niewinne stwierdzenie, że „jeżeli nasi wyznawcy nie idą do wojska to jest ich sprawa,” zakrawa już na zupełne przykre kłamstwo. Taki osobnik nie musiał się sam wyłączać, bo zrobili to za niego jego dotychczasowi bracia z urzędu. Nie było, żadnego zrozumienia dla tych, chcący skorzystać ze swojego sumienia, lub ze służby zastępczej. Wierny i oddany brat powinien odsiedzieć swój wyrok z pokorą, bez składania apelacji, i prośby o przedterminowe zwolnienie, co z pokorą wykonał również Lebioda, a jeszcze lepiej dla niego jeżeli odsiedział pod rząd dwa kolejne wyroki. Często się zdarzało, że zwolniony z poprzedniej kary wiosną, następne powołanie do odbycia służby wojskowej otrzymywał jesienią tego samego roku i cały „cykl” rozpoczynał się od nowa, z zaliczeniem jako recydywa. Taki proces podwójnej odsiadki, groził również mnie. „Dzięki” jednak temu, że -wprawdzie bezwiednie i nawet nie zamierzenie, w tym czasie zmieniałem meldunki, zostałem ostatecznie „wyautowany” jako, że mój obowiązkowy okres poborowy już się zdezaktualizował.


Pod koniec lat 50-tych w większym już stopniu wprowadzano służbę zastępczą. Za okres służby wojskowej, delikwent mógł odpracować ten okres w kopalni węgla. Niestety ze strony Organizacji nie było żadnych motywacji, aby ukierunkować młodych poborowych z możliwości wyjścia z takiej matni. Na szczęście to nowe pokolenie młodych pioniersko zaczęło przecierać nowe ścieżki i nie chciało ugiąć się pod pręgierzem starszych. Był to już dość pokaźny wyłom w dotychczasowej skostniałej strukturze i mimo początkowej niechęci, ostatecznie przymrużono oczy. Tych „nowych pionierów” w ich decyzji, wspomagał duch Szatana bardzo intratną perspektywą uszczknięcia jeszcze za ich życia namiastki, może nie bożego królestwa, ale trochę lepszej egzystencji. Kopalniane zarobki ustawiały młodego brata na lepszej pozycji materialnej. Młodzieniec z motocyklem WFM (WFM, to motocykl pierwszej polskiej masowej produkcji po wojnie), już był w cenie, ale szczytem marzeń, był motocykl produkcji NRD –MZ. Na ten luksus było stać jedynie braci, którzy zamiast iść do p****dla, woleli służyć Szatanowi, czyli mamonie jak się wtedy podkreślało. Kopalniana rzeczywistość była też brutalna. Nie wszystkim się poszczęściło (wypadki górnicze), ale przynajmniej dla sług wiadomo było czyj był to palec i dla czego tak się stało. Paradoksem było jednak, to, że ci bracia, którzy nie poszli służyć Szatanowi dobrowolnie, po wyroku zostali wysłani do kopalń, aby służyć Szatanowi przymusowo, ale już jako więźniowie pracowali tylko na lepszą wypiskę. Brutalność kopalni, tej kategorii braci też nie oszczędzała, ale przynajmniej nasi bracia słudzy wiedzieli jaka czeka ich nagroda w Królestwie Bożym za dochowanie wierności… (?)


Wszystkim ofiarom błędnego „światła” Ciała Kierowniczego, nikt nie przywróci ich nadwyrężonych sił i zdrowia, tudzież śmierci. Szczycenie się dzisiaj ofiarami poniesionymi przez tych wiernych i oddanych braci jako ofiary składanej na ołtarzu wiary, jest nie tylko normalną hipokryzją, ale wręcz podłością ze strony brooklyńskiej korporacji. Z jaką łatwością przychodzi komitetom sądowniczym wyrzucać z Organizacji ofiary tamtego okresu za krytyczne spostrzeżenia w stosunku do wszystkich starych czy nowych „świateł” nieomylnego C.K., niż w imię tych ofiar, zrzucić z panteonu „zasłużonych”, a przynajmniej tego jednego winnego. Z jaką łatwością „zacnemu” C. K. przychodzi wyjaśnić, iż dopiero dobrodziejstwo nowego przekładu biblii (N. W.) spowodowało, że zmieniono pogląd dotyczący (Rz 13, 1–8.). Bez zająknięcia nie uderzono się w pierś i nawet nie przeproszono przynajmniej tych jeszcze żyjących. Niedoczekanie! Jądro Organizacji, jakim jest „Ciało Kierownicze” zwane enigmatycznie również „Wiernym i Roztropnym Niewolnikiem” i cokolwiek to znaczy, nigdy nie przyznaje się do błędów i nikogo nie przeprasza.
CDN


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #20 dnia: 10 Luty, 2016, 05:55 »
Dobrym zwyczajem jest, że po każdym przełomowym etapie, robi się rachunek zysków i strat. Przy każdym przedsięwzięciu zawsze powstają pewne mankamenty, na które należ zwrócić uwagę i po przeanalizowaniu wyciągnąć należy wnioski w celu usprawnienia pracy w przyszłości. W takich okolicznościach sporządza się odpowiedni „raport”. Można to nazwać inaczej, np. w Organizacji Św. J. są słynne „Roczniki”. Można i tak. Takim odpowiednikiem jak przypuszczam był, lub raczej mógł być, „Rocznik 1994”. Po uregulowaniu prawnym i zalegalizowaniu Korporacji Świadków Jehowy w Polsce, już nic nie stało na przeszkodzie, aby taki bilans zysków i strat upublicznić. „Rocznik 1994” nie wniósł nic, aby przybliżyć nam wiedzę o tamtych wydarzeniach. Enigmatycznie „dotknięto” tam tylko wydarzenia, ale zakamuflowano treści, tak aby z tego nic nie wynikało, a zainteresowanego czytelnika zostawić wpół drogi z domysłami.


To jest oczywiste, że jeżeli są niedopowiedzenia, można zawsze odwrócić i przedstawić inną wersje. Gorzej sprawa wygląda gdy ofiarą padli konkretni ludzie i stawia się na nich przysłowiowy krzyżyk. Pewnie, lepiej o tych ludziach nie mówić, a jeżeli już, to anonimowo bez nazwiska i imienia. Najpraktyczniej określić, że to jakiś „brat słabej wiary”, a to, że „im się już zdawało”, a to, że z powodu komunistycznej władzy, nie można postawić zarzutu itp. Pod tymi nieczytelnymi określeniami są konkretni ludzie, z nabytym statusem osób publicznych. Jeżeli ci ludzie przysporzyli Organizacji problemów, trzeba o tym publicznie powiedzieć. Nie powinno być żadnego problemu żebyśmy wreszcie poznali twór „Komitetu dwunastu”, lub członków słabej wiary -„Komitetu Piętnastu”. Te nazwiska nie przyszły z nikąd, to wielu tych braci tę Organizację odbudowywało po roku 50-tym, wspierało w najtrudniejszym okresie, byli ścigani przez aparat bezpieczeństwa i nieuchronnie stawali się jego ofiarami. Czyżby okres odwilży po 1956 roku, osłabił nagle ich wiarę i zaraz potem stali się „słabej wiary”? To nie słaba wiara tych osób, to brutalne wymazywanie tych odważnych braci, aby przypadkiem ich splendor nie przyćmił starych działaczy.


Po 1956 roku, władze polskie były skłonne wyjść naprzeciw i ruszyć proces legalizacji od początku. Strona przeciwna wprawdzie była skłonna podjąć temat, ale wewnątrz Zarządu Głównego, nie było jednomyślności. Mówienie o jednomyślności jest sformułowaniem bardzo delikatnym ponieważ w rzeczywistości powstały dwie przeciwstawne frakcje. Byli zwolennicy wyjścia na pół drogi i może nie zupełnie być usatysfakcjonowanym, jednak po sześciu latach kompletnego zakazu, odetchnąć i ulżyć całej populacji Świadków Jehowy w Polsce. Ci drudzy byli zdania, że możemy wziąć wszystko, albo nic -przy czym to słowo „nic”, miało istotne znaczenie dla takich radykałów, jak Wilhelm. Scheider, Edward Kwiatosz i Harald Apt, ale pewnie było więcej, z tym, że E. Kwiatosz i H. Apt, i podobnych też nie było mało, byli raczej za, a nawet przeciw

Brata „Jakuba” (Rejdycha) poznałem w okresie (końca 1953 roku) najgłębszego nieprzychylnego stosunku władz do Świadków Jehowy w Polsce. Nie wiem jaką sprawował w tamtym czasie funkcję w Organizacji, ale wiem, że z jego zdaniem liczono się w gremiach około okręgowych. T.w., „kłos” ( jeszcze na początku lat 1960-tych) stawia go w swojej opinii jako radykalnego przeciwnika wobec władz. Pytanie nasuwa się samo. Jaka zaistniała istotna przyczyna, że ten radykał zainicjował proces legalizacji? Do tej „przyczyny” będę chciał jeszcze powrócić, ale to już w innym opracowaniu. W tej chwili mogę tylko zasygnalizować, że już wiemy nieco więcej o tej grupie.

Brata „Olka” (Aleksandra Rutkowskiego) poznałem bardzo wcześnie, bo już na przełomie 1950/51. Nasze wspólne relacje opisałem już bardzo szczegółowo w różnych konfiguracjach, więc tu je pominę. Nie znam jego okresu przed zakazowego, na pewno betelczykiem nie był, (pracował w zakładzie włókienniczym –znał się na krosnach) ale miał na pewno dobre, a być może, b. dobre relacje z W. Scheiderem. W terenie pojawił się prawie z nikąd. Jeszcze jesienią 1960 roku tuż po aresztowaniu Scheidera, t. w. „kłos”, lansuje go jako pro scheiderowca. W jego konspiracyjnym życiorysie istnieje nie wyjaśniona zagadka. Nigdy nie został aresztowany. Jeżeli do 1956 roku miał farta, mógłbym podciągnąć to pod jego wyjątkowe zdolności asekuracyjne. Amnestia z tego roku dawała możliwość wyjścia z opresji ukrywania się, więc na pewno z tej możliwości skorzystał. Z późniejszych relacji o jego legalnym poruszaniu się po kraju (jeździł samochodem pikapem warszawa), ponadto był znanym organom ścigania i jego funkcjach w Organizacji w Polsce, daje to bardzo dużo do myślenia. W wyjątkowego ponownego farta, jakoś trudno jest mi osobiście uwierzyć. Pytanie jest oczywiste: Jaką rolę (w odpowiednim okresie) odegrał Aleksander Rutkowski w Organizacji Świadków Jehowy w Polsce?


Sylwetka „służbowa” brata W. Scheidera jest dość powszechnie znana. Jego niezłomność w wyznawaniu własnych pryncypiów była jego flagowym przewodnikiem. Wymownym jego niezłomnym charakterem jest jego wypowiedź w ostatnim słowie, a właściwie prośbie do sądu na rozprawie z roku 1951, gdy w mowie prokuratorskiej ten zażądał dla Scheidera: kary Śmierci! W oczekiwaniu na wyrok, odpowiedź brzmiała: -. – nie mam żadnej prośby, czuję się niewinny! Nie postawie tu żadnego pytania, ten zwrot, odpowiada na każdą wątpliwość. Niezłomność jaką przejął od prezesa J. F. Rutherforda, nie sprzeniewierzył się do końca swoich dni. Wszystko czego się podjął, był przeświadczony o swojej słuszności. Jeżeli nawet odejście J. F. R. w roku 1942, spowodowało powolne odchodzenie od zasad starego prezesa, dla Wilhelma Scheidera była to zapowiedź zbliżającej się schizmy, a na pewno szczególnym znakiem końca tego systemu rzeczy i w tym przeświadczeniu nie był odosobniony. Brooklyn pod kierownictwem nowego prezesa Knorra, zdawał sobie sprawę, że duch Rutherforda długo jeszcze będzie unosił się w przestrzeni, a radykalne nagłe przewartościowanie mogłoby skutkować rzeczywiście wielką schizmą podobną do tego z roku 1918.


Radykalna postawa Zarządów Krajowych Świadków Jehowy w krajach socjalistycznych lat 50-tych ub. wieku, chwilowo rzeczywiście zwarła szeregi i mimo brutalnego zachowania się władz, nieudało się łatwo rozbić organizacji jak początkowo sądzono. Jednakowoż zejście do podziemia, dla jednej i drugie strony, miało dobre i złe skutki. Środowisko Świadków Jehowy wprawdzie bardziej się zintegrowało, zwiększyło wzajemną więź, podniosło też wewnętrzną dyscyplinę i paradoksalnie następował wzrost liczby członków wyznania. W krótszym okresie taki stan miał swoją zaletę, jednakowoż w dłuższej perspektywie czasowej, życie w ciągłym alercie stawało się uciążliwe, zwłaszcza dotykało to tą młodszą populację młodzieży męskiej ściganej listami gończymi. Dla władzy powodowało to wiązanie pewnej ilości sił potrzebnej do rozpracowania podziemia zbrojnego, które w tym samym czasie było jeszcze groźne. Tymczasem ściganie ludzi za czytanie i posiadanie biblii, na forum międzynarodowym, przysparzało tym krajom fatalnej reputacji. Pomimo tej zdawałby się hermetycznej powłoki, władze miały dość swobodny dostęp do struktur zarządzania Organizacjami w poszczególnych państwach tzw. demokracji ludowej. Na podstawie lektury dokumentów będących w moim zasięgu wiemy, że te penetracje sięgały samego wierzchołka. Obecnie z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że dla ówczesnej władzy, wiedza o Centralnych Ośrodkach zarządzania Świadków Jehowy przynajmniej w Polsce, nie stanowiła żadnej tajemnicy. Dla władzy opłaciło się ten ośrodek mieć pod kontrolą niż go likwidować.


Wszelkie zachowania się Wilhelma Scheidera, szczególnie mam tu na myśli okres już po 1956 roku w stosunku do położenia Organizacji w Polsce, nie były jakby się zdawało oderwane od realiów. Scheider zdawał sobie sprawę, że Organizacja pozbawiona jego przywództwa już nie będzie tą Organizacją budowaną dotychczas na jego „obraz i podobieństwo”. Jego Organizacja miała być przesiąknięta duchem zaczerpniętym z epoki Rutherforda, której on był wierny. Jego problem polegał na tym, że oddanie tej (jego) Organizacji pod opiekę innych podczas jego nieobecności (jego uwięzienie), przekierowało ją na inne, bardziej liberalne tory. Po powrocie to swoje, to (jego) „Dzieło” musiał odbudowywać, a ludzi zaufanych do pracy, miał coraz mniej do pomocy. Zawiódł go nawet jak dotąd, jego najwierniejszy i oddany mu Aleksander Rutkowski –„Olek”. Scheider stając przeciw Olkowi musiał zdawać sobie sprawę, że równocześnie występuje przeciwko N. Knorrowi. Trudno jest mi uwierzyć, żeby Scheider nie zdawał sobie sprawy przeciw komu występuje niszcząc A. Rutkowskiego. Scheider, nie mógł się pogodzić i nie tylko on, że jego „romantyczna” era, kończyła się razem z odejściem Rutherforda.


Jaką rolę odegrał Aleksander Rutkowski w Organizacji Świadków Jehowy w Polsce? Na jego głowę spadło tyle oskarżeń, że nawet bez udowodnienia mu jakiejkolwiek winy, można by go osądzić, bo na pewno coś było jego winą, ostatecznie go osądzono za niemoralne zachowanie. Jakie inne czyny były z jego udziałem? Zarzuca mu się, że przyczynił się do śmierci emisariusza przechodzącego przez granicę między Polską i ZSRR, a poza tym współpracę z organami bezpieczeństwa, dowodem tego jest to, że nigdy nie został aresztowany. A powinien. Scheider, Kwiatosz, Apt –to już jakby etatowi bywalcy zakładów karnych, a po drodze Brodaczewski, Stawski i wielu innych. Rutkowski był dobrze znany organom bezpieczeństwa. Znali jego sylwetkę fizyczną i psychiczną, znali jego charakter, jego wrażliwość a dodatkowo otoczony niejednym t. w., których donosy raportowały każdy jego ruch. Pewnie w ten olkowy fart i Scheider nie wierzył, ale dziwne, że bez obawy korzystał z transportu i melin przez Olka organizowanych. Czy istnieje tu jakaś logika, która te sprzeczności mogłaby ułożyć w jakiś zrozumiały wątek?


Można się długo zastanawiać jak wyjść z tego dylematu i odpowiedzieć sobie chociażby cząstkowo. Porównałem dwie publikacje, które zahaczają o tamten okres, „Wierni Jehowie” i „Rocznik 1994”. Celowo użyłem tu słowa „zahaczają”, ponieważ w obu publikacjach odpowiedzi nie znajdziemy, a te wątki, które tam są, raczej zaciemniają problem. Zastanawiałem się dlaczego tak bardzo istotny temat trudny dla Organizacji, który powinien być eksponowany jako, że przysparzał cierpień ludowi bożemu, a chwały Jehowie. W „Wierni Jehowie” znalazły się dwa wątki, które dotykają sprawy, ale jakby dotykano rozżarzoną metalową płytę gołym palcem.


„(…) nowy komitet kraju (już pro scheiderowski) przesłał oświadczenie do Biura Oddziału w Wiesbaden (RFN) i Biura Głównego w Nowym Jorku z opisem zaistniałej sytuacji i podjętymi działaniami. Oprócz wspomnianych zarzutów dotyczących popełnienia cudzołóstwa i zdrady poprzez podjęcie współpracy z organami bezpieczeństwa napisano tam o zorganizowaniu przez Olka opozycji poprzez zwarcie szeregów swych zwolenników, co spowodowało rozłam. (…)”

„Sprawę Olka R. rozpatrywał Komitet dyscyplinarny wyznaczony przez niemiecki filiał z Wiesbaden. Główny zarzut oscylował na spędzeniu przez niego we Wrocławiu pięć nocy z pewną siostrą. W epoce rządów PZPR rzecz zrozumiała, że nie można go było oskarżać o powiązania, z SB, użyto, więc tematu zastępczego.”


Scheiderowski komitet kraju wystosował trzy oskarżenie przeciwko Olkowi do Brooklynu i Wiesbaden. 1. Olek popełni cudzołóstwo, 2. Olek podjął współpracę z organami bezpieczeństwa, 3. Olek nie uznał dokonanego przewrotu, czym spowodował rozłam w Organizacji. Już jedno oskarżenie, starczyło, żeby Olka pogrążyć, nawet nie wzywając go na rozprawę, z obawy aby ten nie zadenuncjował przybyszów z jakby niebyło w tamtym czasie wrogiego przecież państwa RFN – dość dziwne, ale akurat tego, ze strony Olka, się nie obawiano. Obawiano się natomiast tego, że Olek może zdradzić władzom polskim iż na czele nowego komitetu ponownie stoi Scheider, Kwiatosz, Abt … (?) Jakby oni o tym nie wiedzieli!


Po bardzo długim okresie od złożonego donosu, Komitet z Wiesbaden (ten bardzo długi okres, podobno był konieczny, aby w ogóle rozeznać się w zaistniałej sytuacji w Polsce) przybył, żeby Olka pogrążyć, ale zaproszony (wezwany) na rozprawie wcale się nie pojawił, ani też władzom nie zadenuncjował. Z opisu wiemy, że miał być rozpatrywany tylko wątek z wrocławskiego hotelu. Inne dwa bardzo ważne wątki nie były brane pod uwagę jako zarzuty. Autor, lub autorzy „Wierni Jehowie” wyjaśnili to tym, że:- „W epoce rządów PZPR rzecz zrozumiała, że nie można go było oskarżać o powiązania, z SB”


Na temat tego ostatniego zdania zabierałem już głos w różnych konfiguracjach, ale do tej wypowiedzi zawsze ustosunkowałem się raczej humorystycznie. Rozpatrując to samo zdanie w niniejszym wątku, dochodzę do wniosku iż niesie to zupełnie inny wymiar gatunkowy. Nawet zastanawiam się czy nie jest tu wyrażony pewien wybieg socjotechniczny. Ciało Kierownicze miało, a nawet ma nadal, bardzo piękny wdzięczny temat, aby wszystkie te doznane cierpienia wiernych sług bożych ze strony aparatów władzy ówczesnych państw totalitarnych, wpisać do duchowego panteonu cierpień w imię Jehowy i Jego ziemskie Organizacji. Ileż podłych metod, w tym zdrady i współpracy z tymi organami władzy Szatana. Jak bardzo ten Szatan zwrócił uwagę na Organizacje bożą w Polsce, że staliśmy się obiektem jego zainteresowania. To w naszym kraju Szatan najpierw osłabił, a następnie zaangażował do współpracy brata stojącego bardzo wysoko w hierarchii. Czy nie byłby to wdzięczny temat na niejedną Strażnicę? Jakiż to wdzięczny temat aby tym pokarmem umacniać braci w wierze. Można przywoływać i porównywać z cierpieniami przywódców z roku 1918. Przywoływać wylanie Nowego Światła na brata Rutherforda, który wskazał przyczyny wszystkich cierpień. Jeszcze w końcowym okresie lat 40-tych ub. wieku karmiliśmy się tamtymi wydarzeniami i przeżywaliśmy ich cierpienia wywołane wściekłością Szatana. Tymczasem nic z tych rzeczy. Tak jak w moim Świadkowskim pokoleniu, wyraziście wiedzieliśmy co się wydarzyło w roku 1918, tak współczesne pokolenie Świadków Jehowy w Polsce ma mgliste pojęcie o latach zakazu. Nic im nie mówią nazwiska braci z tamtego okresu, ba głosicielka, która przyszła by w moim mieszkaniu mówić mi o królestwie bożym, znała tylko Janusza, (a dlaczego nie Jana Pawła?) Scheidera, natomiast z nikim nie kojarzyła Wilhelma. Oto obraz po bitwie! Trudno mieć pretensje do 25 leniej głosicielki, jeżeli Organizacja omija tamten okres szerokim łukiem.


Jeżeli coś istnieje, a o tym się nie mówi, istnieje podejrzenie iż musi być bardzo ważny powód ku temu. Wilhelm Scheider, oprócz osobistych urazów, miał powody, aby oskarżyć Aleksandra Rutkowskiego o zdradę. Nie wierzę, aby będąc tak blisko jego osoby i jego wiernych mu oddanych chociażby Kwiatosza i Abta, ale na pewno wielu innych, nie dostrzegali takiej zmiany u Olka. Przecież to nie były niemyślące istoty ludzkie. Na pewno jakieś przesłanki nie wprost, ale mogły wzbudzać domysły. Jest tylko jeden poważny mankament, którego nie brano pod uwagę, że Rutkowski mógł mieć jakieś „niekonwencjonalne” wsparcie Brooklynu, ba samego Natana Knorra. Nie wyobrażam sobie tego inaczej, żeby Olek bez tego wsparcia zachował się tak, jak się zachował –nie dopuszczając do przejęcia kontroli nad Organizacją przez starą gwardię. Olek jednak wyraźnie wskazywał, że tylko Brooklyn jest władny go odwołać. To nie jest postawa człowieka desperata nie czującego nad sobą wsparcia silnej ręki.


Czy Olek był konfidentem SB, tego nie wiem. Jak dotąd, jedynym „dowodem” jest tylko to, że pomimo wielu aresztowań innych czynnych członków kierownictwa, on nie był objęty żadnym aresztowaniem, inne zarzuty są dodane ad hoc. To wzbudza podejrzenia, ale tyko podejrzenia. [Jak się okazuje, władze SB miały „dziwne zwyczaje” i czasem aresztowały tych samych, a nie zwracały uwagi na innych, chociaż powinni. Ale takim dziwnym zwyczajem również kierował się brat Wilhelm w stosunku do swoich wiernych i wypróbowanych.] (?) Cisza, która zapanowała wokół tych dwóch pozostałych przewinień jest dość zastanawiająca, tym bardziej, że główny sprawca tego zamieszania, czyli Scheider został potraktowany dość obcesowo i niedwuznacznie wskazano palcem jego miejsce i co najważniejsze, na zawsze stracił możliwość powrotu na stanowisko sługi kraju pomimo jego zasług i doświadczeń, co dotąd było jego głównym atutem, o co tak rzewnie upominali się autorzy aplikacji „Wierni Jehowie”.


Jednym słowem nie było to zwyczajne odstawienie, lecz miało to bezpośredni związek z kierowaną przez Olka Organizacją w Polsce. Nie mogę sobie wyobrazić, aby Olek wpatrzony w swego pryncypała przez ponad dwie dekady i jemu oddany, wciągu nie pełnych czterech lat tak radykalnie zmienił front. Jego przeobrażenie musiało mieć przyczynę zewnętrzną. Tylko jaką? Tych przyczyn może być co najmniej kilka, ale ja obstawałbym tylko przy jednej, która przemawia do mnie najbardziej. Nie jest to jedna przyczyna sama w sobie, ale jest to zespół przyczyn zogniskowanej w jednej. Postaram się w miarę moich możliwości, mojej wiedzy i moich doświadczeń w Organizacji, tę przyczynę odkryć. Lojalnie jednak się zastrzegam, że jest to tylko moja własna spekulacja wynikająca z pewnej logiki, której na tą chwilę, nie jestem wstanie udowodnić.


Jak już wspominałem jeszcze długo po zakończeniu II wojny światowej, Organizacja żyła w epoce Rutherfordyzmu pomimo, że prezesem był już Natan Knorr. Ten kierunek nazwę ogólnie „Walką z Szatanem”, chociaż ciągle jeszcze żywy, cezurą odchodzącej tamtej „Epoki”, były początkowe lata, lat pięćdziesiątych. Zakazy działalności Organizacji Świadków Jehowy w całym obozie Socjalistycznej Europy wschodniej, paradoksalnie przyczyniły się do powolnego opuszczania miecza wymierzonego przeciw „Szatanowi”. W miarę upływu czasu „Szatan” coraz bardziej przemawiał ludzkim głosem. Ten „ludzki” głos Szatana, (pamiętam to z autopsji) był nawet ostrzeżeniem, aby się nie dać zwieść. Jednych nie dało się „zwieść”, ale inni … Pisałem już w poprzednich moich wejściach jak Organizacja będąca w podziemiu głęboko była penetrowana przez służby bezpieczeństwa, ale to jeszcze nie była główna przyczyna, to był dopiero epizodyczny skutek.


Służby bezpieczeństwa krajów obozu socjalistycznego nie miały większego problemu wejść w struktury Organizacji tych wszystkich krajów. W ZSRR ten nurt był najsilniej rozbudowany i opanowany. Tak zwany „Nowy Kanał” (szerzej opisany przez brata Grzesika), był najbardziej kontrolowanym ruchem przez władze radzieckie ,a jednocześnie będącym jedynym ruchem mającym łączność z Brooklynem. Innym przykładem jest Rumunia, gdzie powstał nowy świadkowski ruch pod nazwą „Stowarzyszenie Prawdziwej Wiary Świadków Jehowy”, który odłączył się od pro brooklyńskiego nurtu będącego opanowanym przez rumuńskie służby bezpieczeństwa. Ten nowy ruch powstał na bazie zachowania wykładni ideologicznej Sędziego Rutherforda dotyczącego tekstu Rz 13, 1–7. Nadanie przez Brooklyn nowego podejścia do tego tekstu, a mówiąc brutalniej odejścia od lansowanej wykładni przez Rutherforda, spowodował „rumuńskie odstępstwo”. Można się tylko spierać, która opcja w tym przypadku jest odstępcą, a która zachowawczą „prawdziwej” wiary. Paradoksalnie ten ideowy, ale odizolowany od wpływu rumuńskich służb nurt, przez Brooklyn został potraktowany za odstępczy. Trzeba jeszcze dodać, że podobne dysydenckie ruchy powstawały też w innych krajach naszego obozu, chociaż jest o nich stosunkowo cicho.


Niema jednoznacznych dowodów, że w Polsce był zaplanowany podobny scenariusz, ale niema też powodów żeby to wykluczyć. Organizacja w Polsce była w tym czasie już bardzo kontrolowana przez organa władzy przy pomocy t. w.. Sprzyjał temu przedłużający się okres beznadziejnej konspiracji. Dochodziły również oddolne, poza kontrolą Organizacji próby wyjścia z tej sytuacji. Ta beznadziejność się przeciągała, a światełka w tunelu ciągle widać nie było. „Komitet Piętnastu” z braćmi Reydychami nie mógł spowodować rewolucji, ponieważ skutecznie był hamowany, przez konserwatywny pion z W. Scheiderem na czele. Władze wycofały się z możliwości zalegalizowania Reydychowskiego zrywu, ponieważ bez błogosławieństwa Scheidera, nie będzie to miało żadnego znaczenia. Najprawdopodobniej, osadzenie Scheidera w roku 1960-tym, miało być ostateczną próbą „zresocjalizowania” go. Wiemy, że takie rozmowy (próby) we Wronkach się toczyły, ale wreszcie z rezygnacją uznano iż ten jest niereformowalny i nie warto sobie nim zawracać głowy.


Zwrócono natomiast uwagę na kierującego Organizacją w Polsce A. Rutkowskiego, młodego i energicznego. Było oczywiste, że w tak zcentralizowanej Organizacji, rozmowa z nim jest bez sensu, a jeżeli nie będzie miał odpowiednich „wytycznych” skończy się tak jak z Rejdychem. Te wytyczne mogą pochodzić tylko z za Ocean, a resztę co do szczegółów, mogła załatwić już tylko Ambasada PRL w Waszyngtonie. Czy tak było? Nie wiem, ale tylko tak można wyjaśnić „fenomen” Aleksandra Rutkowskiego, który w odpowiednim czasie nad swoimi plecami poczuł „przyjazny” oddech samego Knorra i wtedy zdobył się na pokazanie Scheiderowi fucka. Dalszy scenariusz co się działo potem, już znamy. Bez wyraźnego zapewnienie poparcia samego Knorra, Olek nie odważyłby się stanąć w poprzek Scheiderowi. W tym starciu nie było zwycięzców, bo i Scheider i Olek polegli, z tym, że Knorr miał poważny dylemat. Nie mógł odciąć się od konserwatysty Scheidera ponieważ zagroziłoby to bardzo poważnym definitywnym rozłamem w Polsce z prawdopodobieństwem wg scenariusza rumuńskiego. Po rozważeniu za i przeciw, na pożarcie poświęcił Olka jako mniejsze zło. Wytoczono mu proces, za banalne przewinienie, które to przewinienia w tej grupie braci, były z natury „dopuszczalne” byleby o tym nie mówić głośniej, a nie wykluczyłbym, że w „wyśledzeniu” Olka we wrocławskim hotelu pomogły Knorrowi polskie służby specjalne. W zaistniałej nowej sytuacji, władzom polskim Olek nie był już do niczego potrzebny, Organizację „uratowano” połowicznie, a jednej jak i drugiej stronie zależało, ażeby pozbyć się balastu z Olkiem w tle. -Wy osądźcie sobie Olka po swojemu, ale nie wolno wam wtrącać się w „nasze sprawy”, inaczej nie będziemy „wam dłużni”. Kontrakt został dotrzymany, a strony rozeszły się do swoich zajęć. To tyle można się doczytać między wierszami w zawartym zdaniu:  „…W epoce rządów PZPR rzecz zrozumiała, że nie można go było oskarżać o powiązania, z SB, użyto, więc tematu zastępczego.” Czy można napisać to jeszcze jaśniej? Chyba nie!


Czy Olek współpracował ze służbami PRL? Z własnej inicjatywy pewnie miałby jakieś zahamowania, ale jeżeli sam brooklyński pryncypał go do tego popchnął… Jeżeli nawet taką rolę pełnił, na pewno nie był okiem i uchem, jakiegoś niskiej rangi prowadzącego oficera. Były to kontakty na wyższym poziomie, a byłbym skłonny wyrazić się bardziej dyplomatycznie, że pełnił rolę swoistego oficera łącznikowego pomiędzy Brooklynem, a Warszawą. Zbyt cicho jest w tej sprawie, i jak na razie niema żadnego potwierdzenia, lub zaprzeczenia z obydwu stron i pewnie nie będzie, a brooklyńskie kluczenie wokół tamtych wydarzeń wyraźnie wskazuje na wiele niedomówień. Późniejsze zawirowania polityczne w Polsce i Europie przyjęły już inny wymiar. WTS ogłasza trąbami zwycięstwo Jehowy na Syjonie, ale wszelkie kompromitujące dokumenty, jeżeli już nie uległy utylizacji, schowano głęboko w piwnicach, a podczas przeprowadzki do Warwick, przecież mogą zaginąć.

Koniec


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #21 dnia: 18 Luty, 2016, 09:56 »
Postscriptum


Gdy przeczytałem materiały dotyczące procesu siedmiu oskarżonych grupy osób kierownictwa Świadków Jehowy, doszedłem do wniosku, że byłbym niegodziwcem, gdybym cały proces upublicznił. Pomijam już sam fakt, że proces był naciągany, zeznania wymuszane, a sam proces sądowy miał „tylko udowodnić” już na początku postawioną tezę. Z tego powodu uznałem, że grzebanie się w samym procesie niema najmniejszego sensu, natomiast postanowiłem wyjść po za i zastanowić się nad genezą, która spowodowała, aby odbył się ten proces, a tym samym zaistniały jego następstwa w Polsce i nie tyko. Nie neguję spostrzeżeń Internauty, z którymi się zupełnie zgadzam, co nie oznacza, żeby usprawiedliwić wszystkich w niebo wziętych, którym przyświecała idea: im więcej śmiertelnych ofiar, tym większa radość w niebiosach! W tamtych okrutnych czasach, wiele ofiar nie było można zapobiec i to jest prawda, ale chwalić się tym, że z poręki naszego wychowania dla Jehowy, nasi wychowankowie ze szczęścia biegli radośnie po swoją śmierć, zakrawa już na obłęd. Usprawiedliwiać tym, że to było nieuniknione, lub obłudnie się wyłgać, że: -„ jeżeli nasi wyznawcy nie idą do wojska to jest ich sprawa”, potem umyć ręce i zasnąć snem sprawiedliwych bo to nie nasza sprawa. W tamtych złych czasach wielu wyznawców innych wyznań przechodziło też wiele przykrych scen, ale do cholery przecież nikogo nie pochwalano aby radośnie biegną na swoją egzekucję! Dobry pasterz pomaga chronić swoje owce, a nie wysyła je, aby na siłę szukały dla siebie śmiertelnego guza. Tych tytułowych  „Hiobów dwudziestego wieku”, użyłem nie bez kozery. Ten biblijny cierpiętnik był tylko zakładnikiem dwóch układających się stron dla uzyskania satysfakcji w celu udowodnienia własnej racji. W dwudziestym wieku do roli nowożytnych Hiobów, brooklyńska korporacja wylansowała przedstawicieli z własnej populacji dla udokumentowania swojej przynależności do prawdziwego Boga. Trochę pokrętna ta filozofia, ale ludzkie cierpienia stały się domeną zazdrosnego i żądnego śmierci hebrajskiego Boga Jehowy. To tyle co miałbym do powiedzenia w kontekście cierpień odniesionych przez Świadków Jehowy w Europie, a pewnie i na Świecie w dwudziestym wieku. W prawdzie jedne prześladowania były nie do uniknięcia, ale tym poddani byli nie tylko wierni wiary „prawdziwej”, ale też wierni wierze „fałszywej”, gdy tymczasem wielu cierpień można było uniknąć zachowując zdrowy rozsądek, który w znacznej mierze jest częścią instynktu samozachowawczego każdej istoty żyjącej.


Każdy ma prawo korzystać ze swojej niezłomności i być jej wiernym, ale Sługa, Pasterz, czy inny prowadzący stado swoich wiernych, którzy mu zaufali, niema prawa żądać by ci byli mu oddani nawet w obliczu największej próby. Jego nieustępliwość i upór wobec wielu jego współ zarządzających Organizacją, a w znacznym stopniu wyprzedzających jego myślową epokę, zahamowała proces legalizacji w Polsce. Gdy tylko nastąpiła pewność, że Scheider jest już zupełnie bezsilny, aby cokolwiek zepsuć, natychmiast (zdawałoby się) jeden „najwierniejszy z wiernych” z ideologią brata Wilhelma, Edward Kwiatosz na początku lat 70-tych ub. wieku, złożył dokumenty o legalizacje. Bardzo wymownym w tej sprawie jest to, że od tego momentu, Organizacja poszła na daleko idący kompromis z władzami, który dotąd był tamowany przez jednego człowieka.


Bardzo ciekawym dokumentem tamtego przełomowego okresu, jest praca dyplomowa napisana przez chor. Zygmunta Orysiaka –temat: >Prawo - -operacyjne - w aspekty działalności związku Świadków Jehowy w Polsce< na potrzeby Wyższej Szkoły Oficerskiej MSW im  F. Dzierżyńskiego w Legionowie. (Sygnatura IPN BU 001708/1722 - SAM_1831.JPG – SAM_1882.JPG). Autor pracy bardzo rzetelnie opracował temat począwszy od rysu historycznego po pierwszej wojnie światowej, aż do 1983 roku. Autor lojalnie i krytycznie przyznał, że wprowadzone represję zapoczątkowane od 1950-tego roku, przy niosły skutek odwrotny do zamierzonego


Słowo kompromis –które dotąd w Organizacji było synonimem zdrady i współpracy z wrogiem, po 1970-tym roku zastąpiono bardziej przyjaznym zwrotem -porozumienie. Dwukrotny przyjazd brooklyńskiej delegatury samego prezesa i jego zastępcy do Polski, dopomógł zrozumieć polskim braciom, że chcąc coś osiągnąć, trzeba z czegoś zrezygnować. I tak, autor cytowanej pracy dyplomowej, wymienia w kolejnych pięciu punktach na jakich warunkach kierownictwo w Polsce i Brooklynie poszło na kompromis z władzą PRL.


1/ W znacznej mierze zostały wyeliminowano z literatury organizacyjnej elementy szkodliwe ze społeczno – politycznego widzenia.
2/ Kierownictwo Centrali Światowej wydało zakaz wywożenia przez swoich wyznawców literatury organizacyjnej z terenu Polski do ZSRR.
3/ Wydano zalecenie meldowania się pionierów w miejscach ich działania, oraz meldowania uczestników obozów letnich
4/ Wydano zakaz angażowania do działalności pełno czasowej osób, którzy nie posiadają uregulowanej służby wojskowej.
5/ Za pośrednictwem Komitetu Krajowego zdołano nakłonić Centralę do przekazywania w pierwszej kolejności wszystkich zagranicznych publikacji do celów kontrolnych.


Ponadto z powyższej pracy dowiadujemy się że odbył się:


- Dwukrotny przyjazd delegacji z prezydentem Franzem i wice prezydentem Henschelem w celu prowadzenia rozmów z SB i Urzędem do spraw Wyznań.    Rozmowy zakończyły się stwierdzeniem ogólnym, że: Jeżeli Świadkowie Jehowy nie będą naruszali obowiązującego porządku prawnego, to stosunek na linii Państwo – Wyznanie, mogą zadowolić obie strony.


Autor dodaje, że Komitet Krajowy Wyznania Świadków Jehowy w Polsce:


-całkowicie zobowiązał się przyjąć i respektować postanowienia Stanu Wojennego w Polsce z dnia 13 grudnia 1981 roku.


Czy ktoś może to skomentować? Dla mnie jedynym komentarzem jest poniższy cytat:


z brooklyńskiego Rocznika Świadków Jehowy z 1994 r. strony. 236-7

„W roku 1961 chyba im się już wydawało, że są bliskie sukcesu. Obietnicą większej swobody zdołały nakłonić 15 słabych duchowo braci do podpisania wniosku o zarejestrowanie wyznania, które miało działać niezależnie od międzynarodowej społeczności Świadków Jehowy. Ale ogół braci nie poparł tych starań.


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #22 dnia: 13 Marzec, 2016, 19:27 »

Generałowie są zmęczeni


Upoważniam L******* K***** do przeglądania i komentowania pozyskanych przez Stanisława Chłościńskiego dokumentów z IPN.
Dokumentacja z IPN jest pozyskiwana przez Stanisława Chłościńskiego zgodnie z otrzymaną zgodą na kwerendę naukową w temacie Świadkowie Jehowy w Polsce w latach 1945 do 1989.
Kwerenda nr BU Po III-55110-16(5)/14 z dnia 06 03 2014



Ostatni wpis jaki umieściłem w „Postscriptum”, powołałem się na poniższy cytat.


z brooklyńskiego Rocznika Świadków Jehowy z 1994 r.
                               strony. 236-7

„W roku 1961 chyba im się już wydawało, że są bliskie sukcesu. Obietnicą większej swobody zdołały nakłonić 15 słabych duchowo braci do podpisania wniosku o zarejestrowanie wyznania, które miało działać niezależnie od międzynarodowej społeczności Świadków Jehowy. Ale ogół braci nie poparł tych starań.”


Ten cytat jest tak wymowny w swojej treści, że postanowiłem użyć go jako Motto. Ten poniższy wpis, jest uhonorowaniem dla tych 15-tu słabych duchowo braci, których słabością jest ich siła!



Początek drugiej połowy dwudziestego wieku dla Organizacji Świadków Jehowy rozpoczął się dość burzliwie, chociaż wydawało się, że najtrudniejsze to pierwsze sześć lat, które minęły. Wszyscy oskarżeni w procesie kierownictwa z roku 1951-go zostali zwolnieni, później zrehabilitowani, przysługiwało im nawet odszkodowanie. Represje zelżały. Nastał czas błogiej ciszy. Po strasznej ciężkiej burzy, na niebie ukazała się piękna różnokolorowa tęcza, a w jeszcze wilgotnym powietrzu, unosiła się woń ozonu. Cisza!


Ta cisza nie trwała długo. O tym co było później, zajmuję się już od dłuższego czasu i jak dotąd nie udaje mi się rozwikłać i odpowiedzieć na pytanie: kto, lub co tę ciszę przerwało. Pewnie kiedyś trzeba będzie ten okres zakończyć chociażby już z samego zużycia się materiału, ale też z wyczerpywania wiedzy. Nie można młócić ciągle tego samego, bo to staje się po prostu nudne i co gorsze, bez efektu. Tymczasem niestrudzony Gedeon podesłał mi nowe materiały i to materiały o jakich tylko mogłem sobie pomarzyć.  Są to dwa różne spojrzenia przeciwstawnych stron dotyczące tego samego tematu. Nie zdradzając jeszcze czego, lub kogo dotyczą, mogę tylko zasygnalizować, że, są tam osobiste relacje samego dysydenta Stanisława Rejdycha vel „Jakuba”. Jednego ze słynnej piętnastki najsłabszych. Wydarzenie zaliczyłbym do znaleziska cennej perły w stogu WTS-owskiego siana. Nazwisko to wskazuje, że zapowiadająca się cisza po burzy drugiej połowy lat 50-tych, musiała zostać brutalnie przerwana. Oaza miłości bliźniego, a szczególnie miłości braterskiej, za jaką uchodzi Teokratyczna Organizacja wyodrębniona z tego opanowanego przez samego Szatana Świata, jest tylko pięknie opakowanym i umiejętnie reklamowanym mitem.


Myślałem, że wszystko co było do powiedzenia z zakresu Organizacji po 1956 roku, już opowiedziałem. Rzeczywiście, tak jest, bo były to tylko te wydarzenia, które dały się zauważyć na zewnątrz. Szczególnie były to te wydarzenia które dotykały mnie, lub moje najbliższe otoczenie, a chodziło tylko o nieustanne głoszenie „prawdy” o Królestwie Bożym, i przysparzanie głosicieli, których ciągle było mało i mało. Ciągle trzeba było być przygotowanym na wytłumaczenie się, dlaczego nie dostarczyłem zaplanowanych głosicieli, tudzież przyjęciem odpowiedniej reprymendy. Najtrudniejsze było dopiero, gdy brat na wykresie pokazywał ciebie i twoją pracę dyndając na końcu wykresu. Zazdrościłeś tym na pierwszych miejscach zbierających tylko pochwały i klepanie po ramionach, za gorliwość, za twoją postawę i zrozumienie wobec Organizacji, no i twoje błogosławieństwo, którego nie poskąpił ci Jehowa w osiągnięciu takiego sukcesu. Takie były twoje i moje problemy. Nie miałeś pojęcia ani wyobraźni z jakimi problemami borykali się twoi przełożeni słudzy, którym na sercu leżało tylko twoje dobro, twoja wiara, twoje zbawienie i na końcu twoje szczęśliwe wieczne życie w Królestwie Bożym.


Wszystko to powyższe przypomniałem sobie, gdy zapoznałem się z trudnościami z jakimi borykali się moi niedoceniani przeze mnie bracia usadowieni zupełnie na górnej półce w hierarchii sług, teraz zwanych dla powagi Nadzorcami. Szczególne wyrozumienie należy się tym wytrwałym w bojach o czystość i nieskazitelność Organizacji, do której Szatan Diabeł miał szczególną nienawiść, ale za to byli wdzięcznym materiałem do urabiania w jego parszywych czarnych łapskach. Byli to nasi bracia słudzy pracujący w różnych działach około okręgowych i Komitetu Kraju. To tam wrzała główna praca, o której do naszych uszu nawet echa nie dochodziły, a to z uwagi dla naszego dobra, aby nas nie gorszyć i wiary nie osłabiać. Aby zrozumieć powagę sytuacji, dotyczącą tego kręgu osób, których to dotyczy, jestem zmuszony współczesnemu czytelnikowi przybliżyć obraz Organizacji w ujęciu socjalnym dotyczącym poszczególnej jednostki ludzkiej zbudowanej z ciała i krwi, z jej potrzebami ludzkimi w szerokim tego znaczeniu.


Każde z tych osób, miało głębokie osobiste przeświadczenie o słuszności obranej drogi życiowej ze względu na przekonanie co do niepodważalnej wiary w doktrynę biblijną sygnowaną prze brooklyńską Organizację Świadków Jehowy, w tym w nieuchronność zbliżającego się końca tego świata. Finałem tego ostatniego boskiego aktu, miał być Armagedon, który powinien się rozpocząć i zakończyć jeszcze za ich życia, no dodam, że mojego też. W większości są to roczniki urodzone przynajmniej z grubsza przed 1939 rokiem. Wielu z tych chciało znaleźć się po Armagedonie w jak najlepszej uprzywilejowanej pozycji. Kto by nie chciał? W takiej euforii wielu opuszczało domy, rodziny i wszystko co stało na przeszkodzie, w tym pracę zarobkową i angażowało się w służbę pełno czasową, no bo po cóż, mieliby podtrzymywać i rozbudowywać ten diabelski stary system rzeczy?


To tymczasowe i prowizoryczne życie jakie dawała im pełno czasowa służba w Organizacji, dawała im wystarczające szczęście, a szczególnie pewność tych wszystkich obietnic życia wiecznego w Bożym Królestwie, w najlepszym przypadku tu na Ziemi, a dla wybrańców nawet królowania w niebie obok samego Jezusa Chrystusa. Jak widać w obydwu przypadkach perspektywa nie do pogardzenia. Po cóż dbać o dobra współczesne, zabiegać o mieszkanie, dom z ogródkiem, a nawet o rodzinę. Organizacja dla tych pełno czasowych pracowników zapewniała wikt i opierunek, na koszt innych braci, których ambicje przyszłego bycia w Królestwie Bożym nie były takie wygórowane. Pierwsze zachwianie takiego myślenia, nastąpiło gdy, „Dom Betel” w Łodzi po 1950 roku przestał spełniać swoje dotychczasowe zadanie i zaspakajanie socjalnych potrzeb. Co bardziej zapobiegliwi o dobra współczesne, powrócili, bo mieli dokąd wrócić. Inni, chociażby ze względów własnego bezpieczeństwa, takiej możliwości nie mieli. Zostali w „terenie” w szerokim tego słowa znaczeniu.


Nowy rozdział takiego koczowniczego życia z nieprzymuszonego własnego wyboru, nastąpił po roku 1956. Początkowa euforia z odzyskanej wolności nie trwała długo, a nałożyły się tu moim zdanie dwie, a może nawet trzy główne przyczyny. Pierwsza przyczyna, to przeliczenie zysków i strat. Było co liczyć w szczególności w materiale ludzkim, kto i jak się zachował. Kogo zachować, kogo wyrzucić, komu wybaczyć, a kogo przywrócić. Druga przyczyna, to nagły ponadnormatywny wzrost „Generałów” dla, których nagle zabrakło etatów. Trzecia przyczyna, pewnie najważniejsza, to wejście do gry „Nad Generała” w osobie samego Wilhelma Scheidera. Tego głównego zwierzchnika nikt nie podjął się kwestionować, co nie oznaczało, że wszyscy byli usatysfakcjonowani i zadowoleni z przejęcia prze niego nadzoru nad całością.


Jego niepodważalna charyzma w całej Organizacji w Polsce, przygniatała każdego. Ten mit niepodważalności, prawie świętości. W końcu oboje z żona Amelią należeli do klasy niebiańskiej, był przez obojga pielęgnowany i skrzętnie wykorzystywany we wszelkich poczynaniach, nie tylko osobistych, ale w szczególności w kierowaniu Organizacją. Ambicje tych dwojga sięgały bardzo wysoko. Organizacja w Polsce pod jego kierunkiem miała dominować w Europie, i przynajmniej dorównywać Organizacji USA. W taki sposób rozpoczął się wyścig pozyskiwania głosicieli w Polsce. Reperkusje tego procederu opisywałem już wielokrotnie, ale były to opowiadania widziane z najniższej półki, to znaczy zboru i co najwyżej obwodu. Prawdziwy kociokwik odbywał się na szczytach decydenckich, czyli okręgi i Komitet Krajowy. Stamtąd niektóre odpryski, tylko czasem rykoszetem dostawały się w obszary nizinne. Wygórowane wymogi pozyskiwania głosicieli, był tylko jednym z wielu problemów jakie dominowały i podgryzały te wysoko położone gremia Organizacji. Te problemy chciałbym przybliżyć zainteresowanym tamtą epoką Świadków Jehowy w Polsce.


Po 1956 roku, wszystko w Organizacji, było już inne. W. Scheider, który latem tego roku powrócił z więzienia, zastał już innych swoich były podwładnych, no może jeszcze nie fizycznie, co byłoby mu na rękę, ale mentalnie, to i owszem. Sześcioletni okres różnych przeżyć, spowodował przemiany wewnętrznie, w bardziej dojrzały sposób samodzielnego myślenia, a co najważniejsze, to krytyczna ocena samego pryncypała. Zaaprobowana początkowo –Rada Główna- spełniała swoje zadanie, ale tym samym ograniczała wolę i ostateczne decyzje przewodniczącego, a to nie było w jego stylu, a tym bardziej w interesie. Przed laty był nie podważalny w swoich decyzjach, a obecnie ktoś próbuje dyskutować i nie zgadzać się z jego opinią. To polskie „Ciało Kierownicze” ograniczające jego działanie nie mieściło się w jego założeniach, więc uległo rozwiązaniu. Następne posunięcie, to odstawić niepokornych, a postawić na lojalnych. „Głównodowodzący”, swoim zwyczajem sprowadził wszystkich do parteru i pokazał, że zarządzającym i rozdającym karty jest tylko jeden i tylko on jeden jest tym, który zatrudni tego, kogo będzie uważał i to bez względu na jego poprzednie zasługi. Jeżeli taki układ się komuś nie spodoba, może odejść w siną dal, a jeżeli nie zrobi tego z własnej woli, w tą „siną dal”, odejdzie na jego „polecenie”. Że to nie były czcze pogróżki, w ciągu następnych czterech lat, słowa te systematycznie stawały się ciałem.


Wymienię tu filary na, których wsparta była w tamtym czasie cała Organizacja w Polsce, może nie wszystkich, ale przynajmniej główny trzon. Wilhelm Scheider, Edward Kwiatosz, Harald Apt, Jan Lorek, Tadeusz Chodara, Zygfryd Adach, Mieczysław Cyrański, Władysław Szklarzewicz, Stanisław Rejdych vel. „Jakub” i jego brat Wiesław, Stanisław Czerniak –członek Ostatka, Roman Stawski vel. „Romek”, Aleksander Rutkowski vel. „Olek”. Odniosłem się tylko do tych znanych mi filarów, ale było ich więcej. (W/g. zachowanych dokumentów IPN, bardzo ubolewam, że nie z zachowanych dokumentów Organizacji), W. Scheider po 1956 roku postawił na niektóre osoby, które dla mnie nic nie mówią, a przynajmniej nie wiele. Są to: Czesia Piotrowska, Tatarczuk Maria, Kulesza Jerzy, Lutrowski, Wiktor Matajczak, Wydrzyńska i inni (?), ponadto Adach Zygfryd z żoną. Z pozostałych to tylko cztery nazwiska: Edward Kwiatosz, Czesław Stojak, Harald Abt i Stanisław Rejdych „Jakub”.


Do pionu wykonawczego (terenowego), należy dołączyć sług Okręgów i Obwodów, których nazwisk nie sposób zapamiętać, nie mówiąc już o tym, żeby wszystkich znać. Tych wszystkich kadrowych pracowników wg szacunków Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z roku 1961 w całej Polsce mogło być około 300 osób. Z tej liczby, a zwłaszcza od sług Obwodów, odliczyłbym co najmniej jedną czwartą tej populacji, to pracownicy udzielający się dorywczo, którzy w każdej chwili mieli gdzie wrócić, gdyby zachodziła taka konieczność. Do tej liczby doliczyłbym jeszcze personel techniczny składający się w większości z płci żeńskiej. Ich zejście z tej „niwy” też nie spędzałby nikomu snu z oczu. W poważnej sytuacji znajdowały się te osoby, których wymieniłem powyżej z nazwiska. W większości z tamtych osób, od po wojny, nie było zatrudnionych zarobkowo nigdzie chyba, że podczas odbywania kary więzienia byli zatrudnieni w specjalistycznych zakładach pracy, w kopalniach węgla itp. Takie zatrudnienie jest wliczane do lat pracy. Następną trudnością, która zaczynała doskwierać tej pełno czasowej populacji z górnej półki, to zdrowie i takie tam duperele. Sami zaczęli dochodzić do przekonania, że maksyma Jezusa o ptaszkach co to nie orzą ani nie sieją, a żyją, jakoś tak nagle przestała sprawdzać się w ich przypadku, a do tego doszły jeszcze potrzeby gniazdowania, jeżeli jesteśmy już w temacie ornitologicznym.


Brat Wilhelm Scheider stojący na czele Organizacji, od tej strony gniazdowania wyszedł w miarę obronną ręką -cokolwiek ta „obronna ręka” może tu znaczyć. Inni jego podopieczni takiej obronnej ręki nie doświadczyli. Już dziewiętnasto wieczny Karol Marks, określił dość pojemne słowo determinizm w ujęciu ekonomicznym jako, że >byt kształtuje świadomość<. Dla tych wielu osób, których nazwiska podałem wyżej, oczywiście nie pod wpływem myśli Marksa, ale pod wpływem rzeczywistej własnej sytuacji ekonomicznej, ta dotąd bagatelizowana świadomość, realnie dotknęła ich bezpośrednio. Odtąd ich własny dramat życiowy, zaczął im ciążyć. Ich wiara w głoszoną prze nich samych bliskość wymarzonego Królestwa Bożego, oddalała się w czas nieokreślony, natomiast słabnące siły i zdrowie, tudzież wiele innych potrzeb zbliżały się w postępie geometrycznym. Druga grupa oddanych wiernie Organizacji, to wielu jeszcze nie przytłoczonych wiekiem starczym, ale bezdomnych, ściganych listami gończymi.


Pomimo trzymania tych wszystkich za twarz przez niepodważalną ikonę Organizacji, pokątnie myślano, jak przemówić do rozsądku pryncypała, aby ten zmienił tok myślenia w kierunku wyjścia z pata jakim była działalność w podziemiu, co dla wielu byłoby rozwiązaniem ich trudnego położenia, tym bardziej, że strona przeciwna też puszczała perskie oko w tym kierunku. Na styku Organizacji i ówczesnej władzy, nastąpił dość obukierunkowy dylemat. Scheider i jego frakcja, zdawała sobie sprawę, że wyjście z podziemia wpłynie na wyraźne osłabienie w rozwoju Organizacji, co akurat nie było po jego myśli, ponieważ zawaliłaby się jego koncepcja zajęcia czołowego miejsca na świecie. Jedynie co mógłby w tym kierunku robić, to dobrą minę do złej gry, czyli stwarzać pozory (stąd wychodzenie do władz z tym samym statutem, który to tekst był zaraz odrzucany). Władze również wiedziały, że Organizacja stwarzająca pozory twierdzy oblężonej, dawała jej tę witalną siłę trwania i rozwoju. Pat trwał, ale w niczym nie rozwiązywał socjalnego położenia tym, o których wyżej już napisałem.


CDN



Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #23 dnia: 19 Marzec, 2016, 18:31 »
Generałowie są zmęczeni
CD

Bardzo ciekawy wpis zamieścił forumowicz „Dziewiatka” tutaj:  http://watchtower-forum.pl/topic/7113-spady-z-nadarzyna/  Jest to wielki postęp, gdy pracodawca dba o swojego pracownika, a przy okazji reklamuje jego walory osobiste, np. młody wiek i wykształcenie –biblijne wprawdzie, ale jednak. Dla współczesnych pozbawionych pracy w korporacji Świadków Jehowy, a przypadkowo czytają ten wpis, na podstawie mojej wiedzy z tamtego okresu, podpowiem jak sobie poradzić. Poszukać (broń boże pionierki, oboje będziecie klepać biedę) odpowiedniej dziewczyny u bogatego brata, resztę pozostawić Jehowie. Tak radzili sobie moi bracia idole. Kilka nazwisk występuje w tym wpisie! Niestety powielanie takich zachowań zwłaszcza ich nazwisk, nie było zalecane i skrywane jako nie budujące. Nam kazano liczyć na palcach jednej ręki, ile lat pozostało do pełnego zwycięstwa Michała nad Lucyferem. Nie znaliśmy tylko tego, jaka inercja w stanie osobowym i myślowym przejawiała się wśród całego zespołu mającego rzekomą pieczę nad tą dolną warstwą Organizacji. Celowo nie użyłem tu określenia „zespołu kierującego”, bo takiego nie było.


Wszyscy „generałowie”, którzy nabrali szlifów w najtrudniejszym okresie walki z bezpardonowym wrogiem, poszli w odstawkę, chyba, że zdegradowani na niższy stopień, przyjęli posadę jaką pryncypał był łaskaw dać. Dla czołowej grupy weteranów, takie rozwiązanie było nie do odrzucenia. Alternatywne wyjście, to ponownie pozwolić nałożyć sobie na ręce kajdanki przez władzę i odejść tam skąd niedawno wyszli. Proszę sobie wyobrazić stan ducha każdego z tych… Przecież to nie były postacie bezmyślnie pozbawione oceny swojej wartości. Aby mogli trwać w takim zespole, należało przyjąć odpowiednią postawę samozachowawczą. Można było przyjąć lizusostwo wobec swojego pana i liczyć na przychylność, czekać na boską sprawiedliwość, lub brać sprawę w swoje ręce i kupom obalić tyrana, ale było jeszcze inne wyjście. Siedzieć cicho, nigdzie się nie wychylać, ale po cichu sprzyjać wszystkim pozostałym odmieńcom. Wszystkie te postawy zżerały tą dobrą passę Organizacji, która kiedyś była synonimem serdeczności, życzliwości i miłości braterskiej.


W tym dość mocno z różnicowanym zespole, sam W. Scheider gubił się. Nie wiedział kom może ufać, zmieniał swoich przyjaciół na wrogów i odwrotnie. Jego stosunek do swoich podwładnych zmieniał się w czasie. Nie ufając nikomu, ale jednocześnie był od tych zależny. Jego przychylność i wrogość była zmienna. Nie zmiennym był tylko w stosunku do klakierów –tych hołubił swoją prawdziwą, prawie ojcowską miłością. Ta jego słabość, w głównej mierze przyczyniała się do tego, że wszystkie te jego nagłe i niespodziewane ruchy kadrowe powodowały, że w jego otoczeniu i na górnym szczycie, Organizacja była penetrowana przez służby bezpieczeństwa. Na wszystkich najważniejszych naradach, uczestniczył co najmniej jeden T. w. Z tego powodu Gedeon stawia retoryczne pytanie:


 Świadkowie Jehowy w Polsce lata 1945 do 1989. Kto kierował tą społecznością „Duch Boży czy „dobra wola służb specjalnych”…?
A dalej jakby odpowiadając na powyższe pytanie, twierdzi:
Prezentuje kolejne wybrane  dokumenty z zasobów IPN z których jasno wynika , że służby specjalne miały doskonale rozpracowane struktury społeczności Świadków Jehowy .  Tajni agenci wchodzili w struktury społeczności i mieli dostęp do najtajniejszych informacji.


Niema w tym nic dziwnego, jeżeli „Duch Boży” nie tylko, że nie strzegł tej Organizacji przed penetracją służby bezpieczeństwa PRL, ale wręcz był na jej usługach. Starałem się, w prawdzie bardzo ogólnie, opowiedzieć w jakiej scenerii działała w Polsce Organizacja Świadków Jehowy począwszy od słynnego roku 1956. Ten okres dla mnie i Gedeona w tamtym okresie był osłonięty kotarą tajemniczości. Wprawdzie wiedzieliśmy trochę o pewnych zawirowaniach, ale one przenikały do naszej świadomości zbyt mocno ociosane, a jeżeli jeszcze były wzmocnione autorytetem W. Scheidera, zamykało to jakąkolwiek dyskusję i wszelką spekulacje. Gdy w bliżej nie sprecyzowanych pogłoskach, pojawił się niejaki „Jakub”, wszyscy „wiedzieliśmy”, że to zdrajca i wróg wszystkich naszych braci. Na okoliczność brata „Jakuba”, czy tylko „Jakuba” jak kto woli osobiście mi znanym, pisałem już wielokrotnie. Zastanawiałem się tylko o przyczynie jaka musiała zaistnieć, aby ten brat mógł się stoczyć aż do zdrady włącznie. Według już niejednokrotnie cytowanego prze zemnie T. W. „kłosa”, jeszcze jesienią 15 października 1960 roku, jeszcze wtedy brat „Jakub” był obecny na krajowej naradzie sług okręgów, której przewodził już Roman Stawski jako nowy Sługa Oddziału w Polsce po wiosennym aresztowaniu W. Scheidera, a jeszcze 25 listopada tego roku, na odprawie dla sług obwodów, przekazywał różne wskazówki organizacyjne. Zastanawiałem się jak to się mogło stać, że brat „Jakub” w ciągu niespełna roku stał się zdrajcą i już tylko „Jakubem” i jednym z piętnastu „słabych”, ubiegający się o zalegalizowanie grupy wyznaniowej pod nazwą >„Organizacja Świadków Jehowy I Świadków Jezusa”<.


Cokolwiek można by powiedzieć, takiej olbrzymiej wolty nie można zrobić na kolanie. Nie jest możliwe, aby zupełnie dojrzały człowiek mógł tak nagle zmienić swoją orientację ideologiczną. Jeżeli jednak tak się stało, przyczyna musiała być głębsza i rozciągnięta w czasie. Podejrzewam, że po zawiązaniu się nowego komitetu krajowego (wiosną 1960 roku) doszło w tym gronie do bardzo burzliwej rozmowy, w wyniku czego zapadły ostateczne decyzje. Ponieważ Rejdych nie otrzymał satysfakcjonującej odpowiedzi, po prostu wdrożył swój już opracowany plan awaryjny. Dzisiaj wiemy na pewno, że pierwsze symptomy tych przemyślanych zmian wewnętrznych, wystąpiły już wkrótce po roku 1956, po opadnięciu euforii tuż po opuszczeniu cel więziennych. Zaraz potem nastąpił audyt korporacyjny, a następnie podział ról jakie przypadną „generałom” już nie z nominacji, ale z faktycznych kwalifikacji zdobytych na polu walki. Że tak się nie stało, napisałem już wcześniej. Zamordyzm, pogoń za nowymi głosicielami i wzrostem, położył się cieniem na całości Organizacji. Wzrosło zapotrzebowanie na pomysły, aby zaspakajać próżność pryncypała na niekończący się apetyt na nowych głosicieli. Takim wybitnie nowatorskim w tym kierunku pomysłem, błysną całkowicie Scheiderowi oddany w tym czasie tandem, sługa okręgu nr Ia, słynny „Olek” wraz ze swoim zastępcą, też słynnym Wróblem.( Olkowy plan awaryjny przeczekał w szufladzie jeszcze cztery lata) Powielanie było zalecane, jeżeli kogoś nie było stać na oryginalność. Organizacja rosła w siłę, głosicieli powinno przybywać, bo zgodnie z logiką pryncypała, tam gdzie wzrost, tam też jest błogosławieństwo. Po wyczerpaniu pomysłów naturalnych, przystąpiono do zabiegów technicznych. Od czego są długopisy? To też oryginalny pomysł jeżeli służy ku chwale bożej. Co „odważniejsi” słudzy obwodów dopisywali nawet po 100 głosicieli miesięcznie, aby sługa okręgu nie wysyłał ich ponownie w teren, w poszukiwaniu wzrostu. Tę oryginalną metodę, przejmowali również słudzy okręgów, ale już bardziej odważnie przychodziło im operować zerami.


Takie i inne niechlubne metody i nie tylko z głosicielami, ale o wiele bardziej negatywnych postawach W. Scheidera, nie wszyscy to akceptowali. Cicho i półgębkiem nawet wyrażali swoją negatywną opinię, ale też nie wszyscy mieli odwagę mówić o tym głośno. Z wielką troską o Organizacji, ale też z osobistą tragedią zwraca się Stanisław Rejdych vel „Jakub”, w dwóch listach pisanych najpierw do Scheidera, a gdy to nie odnosi skutku do Knorra. Nie będę tu tych listów cytował ponieważ przerasta to moją techniczną możliwość, aby odpowiednio wszystko opracować, a ponadto przerasta to również moje literackie zdolności abym odpowiednio to wyraził. Mam jednak nadzieję, że tym samym wzmogłem u wielu czytelników zapotrzebowanie na tę wiedzę z tamtego okresu, a Gedeon, umieści tą ciekawą korespondencję z przed pół wieku w swoim autorskim wątku.


Nie są to listy tylko jednego autora Stanisława Rejdycha, ale również innych, których Scheider potraktował jednakowo, aby ktokolwiek z tych nie znalazł się przypadkiem razem z nim w Królestwie Bożym. Warto też zwrócić uwagę na indywidualne listy pisane zupełnie prywatnie. Jest tam wiele skarg na czołowych wymienionych z nazwiska sług okręgów, na ich zachowanie moralne, które w przypadku niżej stojących w hierarchii, byłyby piętnowane z całą bezwzględnością. Aha, znajdują się również listy nie tylko te, które wyrażają złą opinię o wysoko postawionych nadzorcach z najwyższej półki, ale też odwrotnie, listy pisane i adresowane do zwykłych głosicieli. Te listy nie miały adresów zwrotnych, najczęściej podpisywane ogólnie –Twoi bracia. Próbka takiego listu znajduje się w zestawie. To przy okazji taka ciekawostka, o której jeszcze nigdzie nie pisałem, ale przypomniałem sobie, gdy taki tu spotkałem. Listy te były adresowane (najczęściej przesyłane pocztą), przeważnie do „wyróżniających” się głosicielek rokujących nadzieje pójścia w pionierkę.


Do kolekcji należy, również ciekawy list do Knorra i Wiesbaden. Pisany już zespołowo przez nowe kierownictwo po aresztowaniu Scheidera w 1960 roku. List sygnowany jest przez brata „Daniela” – Romana Stawskiego nowego Sługę Oddziału, oraz członków Komitetu Kraju, brata Aleksandra Rutkowskiego „Olka”, oraz brata Mariana Brodaczewskiego. Do ciekawostek tego listu należą: - „szczegółowy” opis okoliczność aresztowania Scheidera, ze wskazaniem ewentualnego zdrajcy, oraz jak to „cudownie” ochroniony przed aresztowaniem został Edward Kwiatosz, a nie powinien. – Opis o „zbuntowanych” byłych braci, którzy oczerniając ukochanego brata Wilhelma chcą usprawiedliwić siebie przed bratem Knorrem jak bardzo tamten ich skrzywdził, a w listach tych wyrażają już tylko same kalumnie i kłamstwa. – Jako ostatnia ciekawostka, to szczegółowy opis kontaktowania się Komitetu Krajowego z Wiesbaden i Knorrem, ponieważ po ostatniej wpadce brata Wilhelma, wszystkie dotychczasowe kontakty zostały spalone. Nowy kontakt, to ewentualnie droga morska, a nowy szyfr będzie taki:


>Jeśli chodzi o klucz do szyfru, którego bracia z KOMITETU KRAJU nie mają –jak piszą- w komplecie, to chętnie służymy im pomocą szkoda, że nie piszą o który im chodzi o cyfrowy czy literowy. Na wszelki wypadek podajemy literowy.
a = e, b = z, c = x, d = w, f = v, g = t, h = s, i = o, j = r, k = q, l = p, m = n, u = y
Szyfrować,/ wyrażając się dokładnie –kodować-/ należy w ten sposób, że na miejscu litery właściwej podstawić odpowiadającą jej według tabelki literę przeciwną<


Wspaniały prezent dla służb specjalnych podany na tacy!


W tej mnogości materiałów, w które pozwolił mi zajrzeć Gedeon, może powstać zastanawiające pytanie, na ile rzetelnie oddają one tamtą rzeczywistość. Rzeczywiście, takie wątpliwości są i mogą poważnie wpłynąć na ocenę ich wartości. Tak, podzielam taką niepewność, tym bardziej, że bazując na materiałach z IPN, już wywołano ostatnio burzę wokół „Bolka”. Z tych materiałów można zawsze „wyczytać” to co się chce wyczytać i być przekonanym, że jest się odkrywczym. Największą zbrodnią wobec przesłuchiwanego w śledztwie, jest bazowanie na jego zeznaniach i wszystkich jego składanych podpisach na różnego rodzaju zobowiązaniach. Do wszystkich tych, którzy w cieplutkim mieszkaniu, zagłębieni w mięciutkim fotelu przy aromatycznej filiżance kawy, wczytujących się w te materiały ze śledztwa, szukają w słabości ówczesnego przesłuchiwanego „sensacji”, czuję po prostu wstręt. Nie korzystam z materiałów pochodzących z przesłuchań podczas śledztwa, co dałem wyraz już w przypadku procesu z roku 1951. Zastanawiałem się też jak mam się ustosunkować do listów pisanych z Polski do brata Knorra. Szczególnie listy pochodzące spod ręki Stanisława Rejdycha pełnych goryczy i bezpośrednich oskarżeń samego Sługi Oddziału, a skomentowanych przez nowy komitet, jako stek bezpodstawnych oskarżeń. Osobiście wolałem nie komentować, lecz pozwolić ustosunkować się samemu czytelnikowi. Nasuwa się zasadnicze pytanie: czy listy te są autentyczne? Czy nie są one spreparowane na potrzeby SB?


Gdy bym nie znał z autopsji tamtego okresu, jak to już obszernie starałem się przybliżyć tło i scenerie, a urodziłbym się w latach 80-tych ub. wieku i znałbym tylko „Rocznik1994” i był pod wpływem nadarzyńskich gorliwych braci, pewnie uznałbym to za bardzo dobrze spreparowany falsyfikat. Tak się składa, że wielu z tych wymienionych w listach osób, znałem osobiście i to nie tylko w ramach „służbowych zajęć”, ale spędziłem też wiele czasu zupełnie w luźnych okolicznościach. Takie luźne niezobowiązujące znajomości, najwięcej pomagają poznać obopólną wartość i osobiste walory, a nawet indywidualne wnętrze. Opisane w listach przez Rejdycha znane mi postacie, niczym nie odbiegają charakterem i zachowaniem od moich zapamiętanych spostrzeżeń. Wiele poruszanych krytycznych wątków, tudzież wymienianych nazwisk związanych z bardzo negatywną oceną zachowań, były mi dobrze znane. Z listu dowiedziałem się o dalszych ich losach – nazwisk tych, tu nie wymienię, ale te nazwiska są w listach ujawnione. Mogę być zupełnie pewny, że i pozostałe wymienione przez Rejdycha osoby, są oddane prawidłowo. Najlepiej wyedukowany podstawiony esbek, nie byłby wstanie tak precyzyjnie obracać się w wysublimowanych niuansach tamtej świadkowskiej rzeczywistości. Te listy oskarżają tych wszystkich decydentów tu w kraju i brooklyńskiej korporacji jak to już bardzo trafnie wyraził swoje zwątpienie Gedeon co do opieki Ducha Bożego.


Czy wszystkie pochodzące z IPN-u dokumenty są wiarygodne? Nie! Np. list od Richarda rodzonego, brata Wilhelma z dnia 15 04 roku 1960. Już sama data tej korespondencji budzi zastrzeżenie. Jest zbliżona do daty aresztowania Scheidera. Na pewno Richard pisałby list w języku niemieckim. Nawet jeżeli jest to wersja przetłumaczona, musiałyby zaistnieć pewne potyczki językowe, czego tu się nie wyczuwa. Treść listu jest pełna oskarżeń pod adresem Wilhelma i jego żony Amelii. Nawet jeżeli bym osobiście się zgodził z jego treścią, to sam styl jest bardzo zbliżony do retoryki partyjnych szkoleń członków PZPR. Nie jest mi znany –podobno obiegowy list, lub biuletyn, skierowany wyłącznie do pionierów (dlaczego wyłącznie do pionierów?) pt. „Obudź się”. Treść jest bardzo szkalująca Organizację chociaż, z wieloma wątkami nie chciałbym polemizować. Znajduje się też, powiedziałbym, paszkwilancko humorystyczno-lekki felieton o Romanie Stawskim. Przypuszczam, że te „dzieła” wyszły spod redakcji tzw. „Komitetu 12” puszczane w obieg ad hoc. Celowo przywołałem tutaj te specyficzne „dzieła”, które Organizacja Świadków Jehowy bezpodstawnie przypina Rejdychowi, Olkowi i nie wiem komu jeszcze, tylko po to, żeby swoim wiernym braciom zohydzić tych, których Organizacja spisała na banicję, wieczne potępienie, a braci ostrzec przed pójściem tą drogą. Wszystkie materiały na podstawie, których opracowałem ten wpis znajdują się:

Tu: - https://swiadkowiejehowywpolsce.org/index.php?board=80.0;sort=starter

Nie życzę nikomu przyjemnej lektury w zagłębianiu się w treści uwiecznionych w skanach. Nie są to opowiadania do poduszki, ale raczej nie pozwalające nikomu myślącemu zasnąć!


Koniec

Gedeon:Postanowiłem dołączyć te listy do opracowania Lebiody aby stanowiły całość. Dokumenty maja już przeszło 50 lat jakość ich nie jest czasami dobra ale w większości są czytelne. Są to oryginały bardzo unikatowe. Ustawa o IPN nie pozwala na upubliczniane tych dokumentów, można to zrobić tylko na podstawie przyznanej kwerendy do badania naukowego. Natomiast zapisanie tych dokumentów do własnego użytku na komputerze jest legalne i każdy to może zrobić.

 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura: IPN BU 01891/64
« Ostatnia zmiana: 20 Marzec, 2016, 10:42 wysłana przez gedeon »


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #24 dnia: 19 Marzec, 2016, 19:16 »
 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura: IPN BU 01891/64
« Ostatnia zmiana: 19 Marzec, 2016, 19:21 wysłana przez gedeon »


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #25 dnia: 19 Marzec, 2016, 19:22 »
 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura: IPN BU 01891/64

« Ostatnia zmiana: 20 Marzec, 2016, 10:26 wysłana przez gedeon »


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #26 dnia: 20 Marzec, 2016, 10:27 »
 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura: IPN BU 01891/64
« Ostatnia zmiana: 20 Marzec, 2016, 10:29 wysłana przez gedeon »


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #27 dnia: 20 Marzec, 2016, 10:30 »
 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura: IPN BU 01891/64


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #28 dnia: 20 Marzec, 2016, 10:30 »
 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura: IPN BU 01891/64
« Ostatnia zmiana: 20 Marzec, 2016, 10:32 wysłana przez gedeon »


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #29 dnia: 20 Marzec, 2016, 10:34 »
 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura: IPN BU 01891/64