Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”  (Przeczytany 6970 razy)

Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #30 dnia: 20 Marzec, 2016, 10:35 »
 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura: IPN BU 01891/64

Gedeon: dyskusję do tego tematu prowadzimy tu:
https://swiadkowiejehowywpolsce.org/index.php?topic=2131.msg29758#new
« Ostatnia zmiana: 20 Marzec, 2016, 10:44 wysłana przez gedeon »
Kontakt: tel. +48 663 269 314 Tylko SMS


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #31 dnia: 20 Marzec, 2016, 11:14 »
list od Richarda rodzonego, brata Wilhelma z dnia 15 04 roku 1960.
Czy jest to list pisany ręką rodzonego brata Scheidera tego kategorycznie nie da się potwierdzić, list jest pisany na maszynie. Brat Scheidera nie był nigdy Badaczem PŚ a w czasie okupacji w Łodzi zajmował funkcyjne stanowisko.

Lebioda napisał:
Cytuj
Czy wszystkie pochodzące z IPN-u dokumenty są wiarygodne? Nie! Np. list od Richarda rodzonego, brata Wilhelma z dnia 15 04 roku 1960. Już sama data tej korespondencji budzi zastrzeżenie. Jest zbliżona do daty aresztowania Scheidera. Na pewno Richard pisałby list w języku niemieckim. Nawet jeżeli jest to wersja przetłumaczona, musiałyby zaistnieć pewne potyczki językowe, czego tu się nie wyczuwa. Treść listu jest pełna oskarżeń pod adresem Wilhelma i jego żony Amelii. Nawet jeżeli bym osobiście się zgodził z jego treścią, to sam styl jest bardzo zbliżony do retoryki partyjnych szkoleń członków PZPR. Nie jest mi znany –podobno obiegowy list, lub biuletyn, skierowany wyłącznie do pionierów (dlaczego wyłącznie do pionierów?) pt. „Obudź się”. Treść jest bardzo szkalująca Organizację chociaż, z wieloma wątkami nie chciałbym polemizować. Znajduje się też, powiedziałbym, paszkwilancko humorystyczno-lekki felieton o Romanie Stawskim. Przypuszczam, że te „dzieła” wyszły spod redakcji tzw. „Komitetu 12” puszczane w obieg ad hoc. Celowo przywołałem tutaj te specyficzne „dzieła”, które Organizacja Świadków Jehowy bezpodstawnie przypina Rejdychowi, Olkowi i nie wiem komu jeszcze, tylko po to, żeby swoim wiernym braciom zohydzić tych, których Organizacja spisała na banicję, wieczne potępienie, a braci ostrzec przed pójściem tą drogą.
Kontakt: tel. +48 663 269 314 Tylko SMS


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #32 dnia: 11 Maj, 2016, 04:17 »
Trzy wcielenia boga Wisznu


Upoważniam L******* K***** do przeglądania i komentowania pozyskanych przez Stanisława Chłościńskiego dokumentów z IPN.
Dokumentacja z IPN jest pozyskiwana przez Stanisława Chłościńskiego zgodnie z otrzymaną zgodą na kwerendę naukową w temacie Świadkowie Jehowy w Polsce w latach 1945 do 1989.
Kwerenda nr BU Po III-55110-16(5)/14 z dnia 06 03 2014


Brat „Sławek”

Będzie to opowieść o bracie, który jest prawie moim rówieśnikiem. Obaj mieliśmy to samo zacięcie, to znaczy przejść żywo przez Armagedon i żyć wiecznie w Nowym Świecie. Brat Sławek zapoznał się z prawdą po raz pierwszy w roku1946, a ja, o jeden rok później. Wiekowo jest między nami różnica. On urodził się w roku 1924, a ja dziewięć lat później. Nasz start w Organizacji przebiegał mniej więcej podobnie. Przed 1950-tym rokiem przygotowywaliśmy się do pracy konspiracyjnej, nawet nie wiedząc jak to będzie przebiegać i na co się musimy zdecydować. Mój brat Sławek mieszkał na wschodniej rubieży kraju, a ja, w jego środkowej części. Nic o sobie nie wiedzieliśmy, no, bo niby skąd. Po lipcu 1950 roku mieliśmy prawie taki sam start konspiracyjny, bo wszystkiego musieliśmy uczyć się z marszu, ale wiara w bliski koniec tego systemu rzeczy, dawała nam taką samą siłę woli walki o prawdę. Nic nie było nam straszne, bowiem wszelkie trudy wliczaliśmy w nasze ostateczne zwycięstwo. Brat Sławek dał ze siebie nawet więcej, bo własne całe gospodarstwo rolne puścił w dzierżawę. Na tę chwilę, byliśmy sobie równi pod względem zamożności i uzależnieni od Organizacji. Mniej więcej w tym samym czasie około grudnia lub stycznia 1953/1954 ukończyliśmy kurs sług obwodów, a potem to już praca na niwie pańskiej.

Pierwsze nasze spotkanie nastąpiło na jakiejś jednej z rutynowych odpraw dla sług obwodów, chociaż nie przypominam sobie tego wydarzenia dokładnie, a następnie około dwóch miesięcy na przełomie 1954/1955 „gościłem” go w moim obwodzie. Ten jego pobyt u mnie, bardzo lakonicznie opisałem już w „Mojej Przygodzie z Organizacją”. Od tamtego czasu nasze losy rozeszły się na zawsze. Normalna proza życia. Ludzie się spotykają przypadkowo, czasem zawiązują przyjaźń, a najczęściej rozchodzą się bez sentymentu i żalu, jak ludzie z pociągu, którzy jechali w tym samym przedziale.

No, ale Organizacja Świadków Jehowy nie jest zwykłym pociągiem, tym bardziej przedziałem, do którego się wchodzi i wychodzi tak zwykle, po prostu. Mój brat „Sławek” nie był zwykłym moim bratem, o którym można zapomnieć jak o wielu innych braciach, którzy też mieli swoje imiona, a nawet nazwiska. No właśnie. Nazwiska w tamtym czasie były zawieszone w próżni i nikt o coś takiego nie pytał. Ja nigdy nie pytałem brata Sławka o jego nazwisko, zresztą on o moje też nie pytał. Wiedziałem tylko tyle, że jest to jego organizacyjny pseudonim. Może nie zapamiętałbym nawet jego pseudonimu, gdyby nie pewna jego złota myśl, której mi udzielił, a ja, zapamiętałem ją do dziś, a czasem przekazywałem i przekazuję ją innym jako tzw. złotą myśl. Miało to związek z już opisywaną przeze mnie pogonią za wzrostem upragnionych głosicieli. Oto fragment tego opisu:

„Każdy z nas sług obwodów, na odprawę w okręgu, zabierał ze sobą kalkę techniczną, ponieważ na każdej odprawie był jakiś wizualny „plakat” przedstawiający bliski koniec tego systemu rzeczy. Trzeba było tylko odrysować i ruszyć po zborach, aby nieść światło prawdy i pokrzepienie dla głosicieli. Jeden z tych plakatów przedstawiał czas za pięć dwunasta. Myśmy w tę pięciominutową bliskość wierzyli i z taką wiarą, też tę kalkową wizję przekazywali. Nie bez powodu wspominam ten plakatowy szał. To miało działać na naszą wrażliwość w celu uzyskiwania więcej godzin, a szczególnie chodziło o wzrost upragnionych głosicieli, których tam gdzieś wyżej ciągle do statystyk brakowało.”

Po miesiącu, każdy z nas jechał na odprawę, aby poszczycić się osiągnięciami, jaką ten „pięciominutowy” plakat zrobił furorę. Opowiedziałem słudze okręgu, jak to osobiście z tym plakatem przemieszczałem się po zborach, aby tam na specjalnie zwołanych zebraniach, przedstawić ten krótki czas, jaki pozostał nam do Armagedonu, a w zamian za to, zbory miały sypnąć wzrostem godzin i głosicielami. Mój mizerny raport, wskazał słudze okręgu, że należy mi się odpowiednia reprymenda. Następny sługa obwodu brat „X” (nie pamiętam jego pseudonimu), toczka w toczke opowiedział taki sam scenariusz jakby żywcem ściągnięty z mojego postępowania jak wyżej opisałem. Sługa okręgu podsumował zalety tego brata, który osobiście podjął się tytanicznej pracy obsłużenia wykładem wszystkich zborów, dlatego jak podkreślił są wspaniałe efekty takiego osobistego zaangażowania. Byłem zdruzgotany. Brat Sławek w dość luźnej rozmowie zemną dotyczącej tego epizodu, „wyjawił” mi taką życiową maksymę:, > jeżeli coś robisz, nawet dobrze i dokładnie, ale to nie przyniosło spodziewanych efektów, to znaczy, że robiłeś wszystko źle<. Kilka dni później spotkałem się z bratem „X” na dworcowej poczekalni, pogratulowałem mu sukcesu, a ten mówi do mnie: > ja już kończę swoją służbę w obwodzie i wyjeżdżam do domu, a tych głosicieli …, tam już niema i nie wiem jak sobie ktoś inny poradzi. Ja poprosiłem o zwolnienie.<

Brata Sławka nie wspominałem zbyt entuzjastycznie. Był moim „aniołem stróżem” nadanym przez sługę okręgu, a każdy mój krok i poruszenie, nawet myśli wypowiedziane głośniej, znane było w okręgu. Nie obwiniam go o to, ponieważ wykonywał swoje obowiązki nałożone przez sługę okręgu. Takie były wymogi tamtego czasu, a Sławek też wierzył w swój nałożony i spełniony obowiązek wobec Organizacji. Pewnie do tej epizodycznej w moim życiorysie postaci bym już nigdy nie powracał, przynajmniej tak publicznie, chyba, że tylko w jakichś skrytych osobistych myślach, gdyby nie… to, że brat Sławek posiadał, a obecnie, już publicznie, znane nazwisko.

Ażeby poznać więcej szczegółów, jest wymagane powrócić do bardzo znanego nam z innych opracowań, bardzo ciekawej postaci, którym był t. w. „kłos”. Zapoznajmy się, co on ma do powiedzenia na okoliczność brata Sławka. „Kłos w zasadzie niewiele mówi o Sławku, z wyjątkiem tego, że przewodniczył jakiemuś zebraniu na jednym z „rodzinnych” spotkań w Okręgu i podaje szczegółowy program i jego przebieg, oraz wylicza nazwiska i pseudonimy wszystkich uczestników, ale te personalne szczegóły w tym wątku nas nie interesują. Acha, jeszcze może małoważny szczegół dotyczący samego „kłosa”. Ma on opuścić dotychczasowy teren okręgu I a u Chodary i przenieść się do okręgu V-tego, w którym sługą tego okręgu jest „Olek”. Czy do tego przeniesienia doszło faktycznie, z doniesień t. w. „kłosa” nie ma jasności. Teren ma opuścić również sekretarka brata Sławka, o pseudonimie „Ruta”, jako powód tej zmiany, jest jej bezpieczeństwo z uwagi na kilkakrotne aresztowania przez MO. Również „kłos” miał się znaleźć w podobnym niebezpieczeństwie, ale powodu, tego niebezpieczeństwa, w szczegółach nie podaje. Jest to donos „kłosa” z dnia 28 listopada 1960 roku. Powyższą datę podkreślam szczególnie, ponieważ wskazuje to, w jakim mniej więcej czasie ten anonimowy brat zostaje pozyskany na t. w. „kłos”. Najprawdopodobniej nastąpiło to podczas aresztowania w związku z wypadkiem samochodowym. Po miesiącu zostaje zwolniony. Z opisu oficera MO, H. Króla, musiało to nastąpić w okolicy podanej wyżej daty. Z przekonaniem do współpracy z MO nie było wielkiego problemu, ponieważ sami zwierzchnicy kandydata na t. w. nie wzbudzali w stosunku do niego żadnych podejrzeń. Znaczyłoby to, że jego nieobecność z powodu aresztowania musiała mieścić się w granicach budzących zaufanie. Musimy wziąć jeszcze poprawkę na to, iż w tym czasie aresztowania i wypuszczania były tak nagminne, że organizacyjna czujność praktycznie została uśpiona.

W tej chwili dysponuję zeznaniami innego ważnego konfidenta, z którym już się na tym forum zetknęliśmy. Jest to nasz już dobrze znajomy Wróbel. Lektura jego zeznań jest tak frapująca, że trudno jest się od niej oderwać. Z treścią tych zeznań zapoznamy się trochę później, ponieważ w tej chwili zafascynowała mnie pewna zbieżność dat. Zrobiłem takie małe zestawienie i porównałem z pewnymi wydarzeniami.

Pierwsze doniesienie „Kłos” – 17 -11 -1960 rok
Drugie doniesienie „Kłos” 25 – 11 -1960 rok
Trzecie doniesienie „Kłos” 28 – 11 1960 rok
Czwarte doniesienie „Kłos” 02 -01 -1961 rok
Piąte doniesienie „Kłos” 04 lub 05 -01 – 1961 rok

Kazimierz Wróbel pisze obszerny „list” do Ministra -29 -09 -1961 roku.
Założona teczka dla K. Wróbla sygnatura akt: AKT II DS. 15/62 Woj. Komenda MO w Kielcach
Rozpoczyna się pierwsze przesłuchanie Kazimierza Wróbla w Kielcach w dniu 10 – 04 – 1962
Ostatnie przesłuchanie kończy się w 16 -05 -1962

W roku 1959 K. Wróbel został przeniesiony na sługę okręgu nr I a. Jego poprzednik, A. Rutkowski został przeniesiony na sługę okręgu nr V. Wróbel, jako sł. ok. (z licznymi przerwami), pracował do końca września 1960 r. W październiku został aresztowany związku z w/w wypadkiem. W styczniu 1961, już nowe kierownictwo pod przewodnictwem R. Stawskiego przenosi go do Okr. II  w okolice Krakowa i Nowej Huty na stanowisko zastępcy sł. Okr. Pracując na tym stanowisku do lipca 1961 r., w sierpniu tego samego roku, decyduje się zerwać z działalnością Świadków Jehowy, a już we wrześniu pisze obszerny list (prośbę) do Ministra Sprawiedliwości PRL, o którym wyżej.

Z doniesienia „kłosa” z dnia 4/5 – I -1961 roku dowiadujemy się, że nasz stary znajomy tenże „kłos”, zostaje ze względu na jego bezpieczeństwo, przeniesiony do sługi okręgu. nr II Korsaka na jego zastępcę -do starej stolic, do Krakowa. - No i Eureka! – Mój brat „Sławek”, sławny t. w. oficera Henryka. Króla „kłos” i słynny odstępca Kazimierz Wróbel, to jeden i ten sam -nasz, mój „brat” w trzech osobach.

Kłos i Wrobel

Gdy po raz pierwszy spotkałem się z donosami tajemniczego „Kłosa”, zafascynował mnie bardzo odważnymi danymi, jakimi dysponował i tym dzielił się z oficerem śledczym MO, Henrykiem Królem. Już wtedy rozpoznałem w nim postać nietuzinkową z wiedzą o Organizacji z najwyższej półki. Zadawałem sobie pytania, kto może być tym „Kłosem” i drugie pytanie, co spowodowało u niego taki radykalny zwrot. W moich rozważaniach pt. Sprawa „Olka” i donosy „kłosa” napisałem:

>„Są to raporty sporządzone na podstawie zeznań, lub notatek dostarczonych przez donosiciela. Raport pochodzący jakby z drugiej ręki, nie odzwierciedla sylwetki autora tych donosów, a szczególnie jego własnego wnętrza, dlatego jako człowieka nie jesteśmy wstanie go „rozpoznać”. Możemy ustalić tylko jego „techniczną” sylwetkę, na podstawie, której bez większego trudu można by wskazać palcem, kto był „kłosem”. Konfident nie był tuzinkową postacią. Był wysoko postawioną osobistością, a może nawet najbliższym współpracownikiem sługi okręgu I a, samego Tadeusza Chodary vel „Tomek”. Nie wiemy, jaką pełnił tam funkcję, ale mając do własnej dyspozycji sekretarkę „Ruta”, stawia go bardzo wysoko w tej hierarchii. (…) Na podstawie donosów, wiemy, że „kłos” miał swobodny dostęp do archiwów, a ponadto brał udział w odprawach na najwyższym szczeblu zarządzania. Zachodzi pytanie, które postawi każdy, kto czyta te doniesienia, dlaczego i jak doszło do tego, że ów osobnik został „kłosem”.<

O jego osobistych dylematach, które mogły pchnąć go na tę drogę, napisałem tak:

> Trudno tu spekulować, i nie mam zamiaru wgłębiać się w te przyczyny, bowiem znając z autopsji tamten okres, przyczyn mogło być wiele. Moim zdaniem, przyczyna tkwiła w nim samym. Sposób zaangażowania się do współpracy, świadczyłoby raczej na jego „przewartościowanie wewnętrzne”, przekonanie się o beznadziejnym tkwieniu w konspiracji, tym bardziej, że takie trendy pojawiały się w samym najwyższym kierownictwie. Chciałbym zwrócić na jeden bardzo istotny moim zdaniem szczegół –oprócz bardzo dokładnych i szczegółowych doniesień, te dane były rzetelne (…) i ten szczegół, moim zdaniem potwierdza prawdziwość, o jego „przewartościowaniu wewnętrznym”.<

Niezależnie od tego czy chodzi nam o „Sławka”, „Kłosa” czy Wróbla, interesujące jest jego przewartościowanie. Każde z tych wcieleń, niosło ze sobą inne wartości i emocje z tym związane. Musimy sobie jednak zdać sprawę, że „Kłos” i potem już po prostu Wróbel, to pochodne tego, co w przeciągu czasu zrodziło się we wnętrzu „Sławka”. Każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę ile przemyśleń za i przeciw kosztowało nas nieprzespanych nocy. Okres „sławkowych” przemian, przypadający na lata 1956 – 1960, to równoległy okres mojej apostazji, to nie to samo, co lata 1990-te, do roku bieżącego, gdzie kliknięciem w klawiaturę komputera zapoznajesz się z tuzinem takich samych jak TY odstępców. Wtedy odwaga odejścia, kosztowała o wiele drożej. Od tego podjętego kroku przylgnęło do niego odium zdrady uwiecznionej w publikacji „Wierni Jehowie”.

>Najbardziej znanym i skutecznym konfidentem był Olek Rutkowski i jego pomocnik Wróbel, w czasie, gdy Scheider przebywał w wiezieniu dokonał sporego spustoszenia w szeregach organizacji.<

Na razie jeszcze nie wiemy, czym tak skutecznie naraził się „Olek”, ale o Wróblu, wiemy już dużo. Na ogół do ludzi ze znamieniem zdrajcy, odnosimy się z rezerwą, jeżeli już nie wręcz z pogardą. Taki efekt chcieli osiągnąć autorzy, lub autor publikacji „Wierni Jehowie”, zresztą w tym celu powstała, aby pokrzepić całą świadkowską populację, po „wielkiej zdradzie”. Szczególnie ważne było uspokojenie świadkowskiej populacji mieszkającej we wschodniej części Polski, ponieważ większość organizacyjnych decydentów, tam była bardziej rozpoznawalna i wyrazista. Wiele do przemyślenia, dało mi moje własne doświadczenie, gdy sam byłem sługą obwodu. Już tam dopatrzyłem się, że tak bardzo lansowana miłość braterska, była tylko fasadowa na potrzeby maluczkich. Na styku Obwód – Okręg, ta braterskość była już bardziej szorstka i selektywna, czego dałem trochę upustu w mojej „ Moje Przygodzie z Organizacją”, ale tego rodzaju „przeoczenia” to tylko mały pikuś, taka linia podziału przebiegała na styku Obwód – Okręg. To, co było powyżej tej granicy, to już rodzaj czarnej dziury i tylko wtajemniczeni obwodowi mieli, jakie takie rozeznanie. Pozycję Sługi obwodu, można porównać z proboszczem w KK. Lubiany proboszcz przez parafian, niekoniecznie jest chwalony przez biskupa. Dopiero po lekturze zeznań Wróbla, dowiedziałem się, o przyczynie, dlaczego w swoim czasie Scheider wyraził się o Władysławie Szklarzewiczu, iż ten, nawet pionierem nie powinien zostać. Znałem wiarę i żarliwość tego brata, ale te walory W. Szklarzewicza, nie były pryncypałowi do niczego potrzebne. Nie przynosił mu wymaganego wzrostu głosicieli, tudzież rosy, a to już jest istotny powód, aby zdjąć go ze sługi okręgu.

Zagłębiając się w lekturę „Sławka” – Wróbla, otrzymuje się bardzo wyraźny obraz Organizacji wyłonionej po roku 1956. Ten jego obraz opisany z autopsji, wyraźnie potwierdza to, co już niejednokrotnie opisałem w moich tu wejściach. Nadmiar „generałów” spowodował, że rywalizacja o dobrą pozycję, była naczelną dewizą utrzymania się za wszelką cenę. Wydawałoby się (przynajmniej w tamtym czasie mnie się tak wydawało), że powstałe „zgrzyty” na „górze”, miały tylko i wyłącznie charakter doktrynalny dotyczący wizji tej Organizacji w nowych kształtujących się warunkach społeczno politycznych w Polsce po tym znamiennym roku. Natomiast ociąganie się z legalizacją, było raczej wybiegiem dyplomatycznym, w którym należało widzieć strategiczną mądrość pryncypała Scheidera, oraz większość wiernych w wierze braci, którym dobro tej Organizacji było głównym celem! Taki mniej więcej przekaz dochodził do mieszczących się w obwodowej, świadkowskiej populacji. Jedynym odpryskiem toczącym Organizacje wewnątrz, dotyczył „Jakuba”, czyli Stanisława Rejdycha i jego grupy przedstawianej, jako braci słabej wiary zmanipulowanych przez władze PRL. Jaka była rzeczywistość, tych braci” słabej wiary”, dotyczył mój wpis w > Generałowie są zmęczeni<.

Utrwalony stereotyp autora lub autorów publikacji „Wierni Jehowie”, narzucił czarno biały wizerunek ówczesnych zarządców Organizacji w Polsce po to, żeby grubą krechą oddzielić tych w białych szatach z gałązką oliwną trzymaną w dłoni, od tych czarnych zionących ogniem nienawiści robiących za czarnego Luda i szkodzących Organizacji. Już wielokrotnie w sytuacjach zwrotnych każdego osobnika, zwracałem na fakt, że nic nie dzieje się spontanicznie, lecz zawsze zachodzi pewien proces ewolucyjny wskutek pewnych zachowań zewnętrznych. W czasie trwającej walki do roku 1956-go, wszyscy uczestnicy zaangażowani w bojach, mieli przeświadczenie, że ofiary są naturalnym skutkiem tego okresu. Zwycięscy, dopiero po bitwie gdy dochodzi do dzielenia się zdobyczami, odkrywają swoje naturalne ludzkie oblicza i to niezależnie od tego czy wierzą w Boga prawdziwego, czy fałszywego. Już w pierwotnej gminie jerozolimskiej, traktowano Hellenistów jako gorszy sort od Judeochrześcijan, co było powodem niesnasek na tle podziału dóbr czysto materialnych. W polskiej Organizacji Świadków Jehowy po roku 1956 roku kierowanej przez Sługę Kraju Scheidera, nie sięgnięto po wzór jerozolimskich chrześcijan i nie poszukano nowożytnego „Szczepana”, aby rozwiązać narastający problem „łupów” i jego dystrybucji. W brew pozorom o potrzebie ciągłego materialnego wspierania przez obwodowe populacje wyznawców, Okręgowe gremia zarządców, mieli się czym „gospodarzyć”. Nasuwa się pytanie: dlaczego brat „Sławek” stał się Wróblem, skoro tkwił w tym dobrze prosperującym „gospodarnym” gronie?

To bardzo małe stadko przywódcze skupione wokół zarządu krajowego, obracało ogromnym organizacyjnym majątkiem. Brak legalizacji prawnej, bardzo pomagał tej grupie manipulować zasobami, z uwagi na brak kontroli księgowej, a ta która istniała, w większości polegała na „zaufaniu. Nie istniał żaden system kontrolny, a struktury oddolne nie istniały, zresztą takie struktury w pełnym tego słowa znaczeniu, nie są w Organizacji przewidziane. Nie będę cytował dosłownych wypowiedzi, w których wyraża się autor Kazimierz Wróbel, ponieważ mam nadzieję, że Gedeon zamieści ten przekaz w całości w postaci scanów. Czytając osobiście ten materiał, który wyszedł spod ręki samego autora, tkwiącego w samym mateczniku tej Organizacji, poczułem mimo wszystko, do niego nić sympatii, ale tym samym tę nić straciłem ostatecznie do wszystkich tych byłych moich współbraci, z którymi łączyła mnie kiedyś współpraca i wspólne trudy w jakich z konieczności byliśmy na siebie skazani. Na nic przydał się dla mnie ich wzór wiary i oddania, oraz chociażby współcierpienia dla Organizacji. Oto nazwiska moich współbraci, których dotąd wspominałem z pewną nutą sympatii: Jan Lorek, Tadeusz Chodara ,Aleksander Rutkowski, Władysław Brodaczewski, byli jeszcze inni, ale tych stawiałem jako ponoć zdrowy trzon tej Organizacji. Od lektury Wróbla, zmieniłem zdanie. Sługa okręgu brat Brodaczewski „Władzio”, szczególnie zarysował się w moim odczuciu niekorzystnie za jego bardzo szczerą wypowiedź, dla którego praca w podziemiu jest romantyczna, daje bodziec do działania, krzepi ducha, jest ciekawa i bohaterska. Po tej ciężkiej i bohaterskiej pracy, często odreagowywał w markowych trunkach. Brat Aleksander Rutkowski, po trudach pracy w piekarniach, miał trochę więcej poszanowania dla swoich pracowników i pozwalał im korzystać z oglądania filmów w salach kinowych. Oczywiście dla obwodowych pionierów też były wyświetlane filmy i to przywożone z Zachodu…, o odbytych kongresach na nowojorskich stadionach oraz radościach ze spływających błogosławieństw w pracy pionierskiej. Takie sprawiedliwe dzielenie „dóbr”, według zasług.

W tym samym czasie dopingowani obwodowi o ciągły wzrost, wyliczali mi, ile czasu marnuję na takich fanaberiach jak bezproduktywne spacery za miasto, czy chodzenie po lesie zbierając grzyby. Z ich wyliczenia wynikało, że licząc z niedzielą, co najmniej 16 godzin w tygodniu opuszczam się w pracy Pańskiej, a to jest grzech wynikający z przedstawionej mi sytuacji, o czym jako doświadczony brat, powinienem wiedzieć. Wiedziałem aż nadto, tylko, że wtedy chodzenie po cudzych domach coraz bardziej przestawało mnie interesować. Sługa kraju, brat Scheider potrzebował zmobilizować całą obwodową populację, aby ci przynosili mu co miesięczny plon, a w każdym następnym miesiącu większy niż w minionym. To był jego strategiczny cel sam w sobie. Jego Organizacja tu w Polsce, miała być tym ośrodkiem przodującym w tej części Europy. Taki świadkowski polonocentryzm. Kierownicy okręgów, którzy nie spełniali jego oczekiwań w tym zakresie, byli na cenzurowanym. W każdej chwili sługa okręgu, który nie spełniał, czy w „inny sposób” nie przysparzał wymaganej ilości głosicieli, w najłagodniejszym przypadku mógł liczyć się z odwołaniem kierowania okręgiem. Takie przymusowe roszady stanowisk były nagminne. Aby nie podpaść pryncypałowi, delikwent musiał się bezwarunkowo poddać jego woli, stąd fałszowanie miesięcznych sprawozdań stawało się rutynowe. Każdy sprzeciw, a już oficjalna krytyka pryncypała, była powodem jego wykluczenia, czego dowodem jest „Jakub”- Stanisław Rejdych i jego grupa. Rejdych się odważył bo jeszcze wierzył w świętość Organizacji, wierzył w sprawiedliwość prezesa Knorra i wierzył we wszechwidzącego Jehowę Boga. A w co wierzyli pozostali współ słudzy Rejdycha, że nikt nie stanął w jego obronie?

Trochę jeszcze wierzyli w Jehowę, ale to nie był główny powód. Ten główny powód, dla którego pozwolili uwikłać swoją reputacje, został osłonięty grubą kotarą tajemnicy. Za cenę odchylenia tej kotary, brat „Sławek” został Wróblem z przydomkiem –konfident. Jeszcze jako brat „Sławek”, poznał tę Organizację dogłębnie. W okresie głębokiego zakazu, w bardzo szybkim czasie przeszedł szczeble na wielu odcinkach zarządzania organizacją z aresztowaniem w 1955 roku włącznie. W roku 1956 z marszu wszedł w wir odtwarzania Organizacji od nowa. Był jednym z wielu „generałów”, którzy otrzymali szlify „oficerskie” w boju. Jak wielu innych, „bławy generalskiej” nie otrzymał, ale był takim „generałem” bez przydziału, czyli w „cywilnym” określeniu takim -zatkajdziurą- i tak te „dziury” zatykał. Bywał sługą okręgu, bywał zastępcą sług okręgów, to znów drukarzem i dystrybutorem, a gdy była potrzeba, też sługą obwodu. W więziennej gwarze jest taka znana funkcja kalifaktor, czyli najlepiej poinformowany więzień ze względu na szeroki zakres obowiązków. Znał wszystkich i więźniów, ale też personel nadzorczy. Mógł wielu pomóc, ale też zaszkodzić. Taka funkcja, może trochę przeze mnie przerysowana, pomogła mu poznać lepiej i szczegółowiej wszystkie zakamarki funkcjonowania zaplecza zarządzania Organizacją. Nadmiar takiej informacji, zaczęła przemawiać do niego innym głosem, bardzie krytycznym, a co pewnie w następstwie przełożyło się na pewien bunt, to pazerność i hipokryzja jego współ towarzyszy lub braci jak kto woli.

Jeżeli do roku 1956, Organizacja była zdana tylko na wsparcie ze strony dolnej warstwy braci z tzw. „rosy”, to już po tej dacie możliwości radykalnie poczęły się zwiększać poprzez zasilanie z zagranicy. Osobiście otwieram moje oczy ze zdziwienia, ponieważ o tym dowiaduję się dopiero z relacji K. Wróbla, i o tirach przywożących masę towarów do poszczególnych Okręgów. Tą masą dóbr dysponowali Słudzy Okręgów. Jaką masą towarów i wartością tych zasobów dysponowali okręgowi słudzy, nie mam zamiaru się rozpisywać, ponieważ zrobił to autor tych opisów, bardzo dokładnie i szczegółowo, a zainteresowanych tym opisem zachęcam do lektury skanów. Tu tkwi główny powód, dla którego, tak nie chętnie chciano rozstać się z konspiracją i tak romantycznie opisał ją mój idol, brat „Władzio” Brodaczweski. Wg relacji K. Wróbla, Brodaczewski posiadł materialną wille, brat Chodara zajął się koronkarstwem też materialnym i przymierzał się do kupna dom z dużym ogrodem, też stricte materialnym. A Andrzej Rutkowski przyrzekał jeszcze wtedy „Sławkowi” oczywiście, że gdy będzie z nim trzymał, nigdy mu niczego nie braknie –pewnie też zasobów materialnych, bo nie królestwa bożego przecież. Spieniężanie tych dóbr przynosiło krocie w tamtych warunkach, gdy takie towary były osiągalne tylko w sklepach Pewex za bony i dolary. Rozliczanie spieniężonych dóbr, był wielką fikcją, tylko na braterskie słowo, nawet nie honoru. „Sławek”, rzucany na różne „przywileje”, w tym również na wakujące stanowiska obwodowe, z łatwością miał możliwość zobaczyć przepaść dzielącą obwodowe pospólstwo gdzie istniał wyraźny trend do legalizacji, z okręgową arystokracją, której legalizacja psuła dostęp do źródła życiodajnych dóbr.

Oto tyle zostało z moich idoli, co do których jeszcze do niedawna miałem nić sympatii, widziałem w nich może naiwną, ale szczerą wiarę w wyznawane ideały, teraz już ostatecznie wygasła we mnie jakakolwiek tląca się jeszcze iskierka już nawet nie sympatii, ale nawet wyrozumienia. Tak też dosłownie zrozumiał to mój brat „Sławek”, który w dodatku to on stracił wszystko. Stracił żonę, która odeszła od niego, gospodarstwo rolne, które ostatecznie przeszło na dzierżawcę, a na koniec jego dotychczasowi bracia w wierze, puścili go z wilczym biletem. Jedynym, który mógł mu pomóc, to dotychczasowy jego prześladowca w osobie ministra sprawiedliwości PRL. Taki paradoks w historii jednego człowieka.


Poniżej zamieszczamy list, jaki napisał Kazimierz Wróbel, Nadzorca Okręgu ŚJ w 1961 roku do Ministra Sprawiedliwości.
Proszę zwrócić uwagę na opisane zaszłości które miały w tym czasie miejsce w tej niby bożej organizacji


 Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura akt IPN Ka 112/4
« Ostatnia zmiana: 14 Maj, 2016, 10:25 wysłana przez gedeon »


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #33 dnia: 14 Maj, 2016, 10:15 »
Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura akt IPN Ka 112/4
Kontakt: tel. +48 663 269 314 Tylko SMS


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #34 dnia: 14 Maj, 2016, 10:17 »
Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura akt IPN Ka 112/4
Kontakt: tel. +48 663 269 314 Tylko SMS


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #35 dnia: 14 Maj, 2016, 10:19 »
Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura akt IPN Ka 112/4
Kontakt: tel. +48 663 269 314 Tylko SMS


Offline gedeon

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #36 dnia: 14 Maj, 2016, 10:19 »
Dokumenty pochodzą z zasobów IPN, pozyskanych na podstawie kwerendy naukowej BU Po III-55110-16(5)14. Stanisław Chłościński.
Samowolne kopiowanie i upublicznianie dokumentów pod odpowiedzialnością karną zabronione.
Sygnatura akt IPN Ka 112/4
Kontakt: tel. +48 663 269 314 Tylko SMS


Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #37 dnia: 20 Maj, 2016, 05:00 »
(…) bracia nazywali mnie „szmatą brata W”


Upoważniam L******* K***** do przeglądania i komentowania pozyskanych przez Stanisława Chłościńskiego dokumentów z IPN.
Dokumentacja z IPN jest pozyskiwana przez Stanisława Chłościńskiego zgodnie z otrzymaną zgodą na kwerendę naukową w temacie Świadkowie Jehowy w Polsce w latach 1945 do 1989.
Kwerenda nr BU Po III-55110-16(5)/14 z dnia 06 03 2014



Tak naprawdę, nie znalazłem odpowiedzi, na już niejednokrotnie zadawane pytanie: -jak to możliwe, że wierny i oddany brat w różnych ciężkich dla siebie sytuacjach, bity i więziony, przetrwał mężnie i niejednokrotnie stawiany za wzór do naśladowania, nagle jak piorun z jasnego nieba, staje okoniem wobec swoich, z którymi jeszcze nie dawno było mu po drodze. W różnego rodzaju cudowne nawrócenia, a tym bardziej odwrócenia przestałem już dosyć dawno wierzyć, więc pozostaje tylko naturalne wyjaśnienie takiego zjawiska trywialnym spostrzeżeniem – niema dymu bez ognia, lub mocniejszym uzasadnieniem – niema skutku bez przyczyny.

Gdy coraz bardziej wgłębiam się w scany zeznań w procesie przesłuchań śledczo sądowych braci tych z wyższej półki oczywiście, mam wrażenie, że śnię na jawie, bo ja nie takich znałem tych moich braci. Przy odpowiedniej wyobraźni prowadzonych w tamtym czasie śledztw (czego akurat ja nie muszę sobie wyobrażać), skłonny byłbym powiedzieć, że pletli jak szlachcić Piekarski na mękach, co byłoby odpowiednim usprawiedliwieniem i na tym można by sprawę zamknąć. Jednakże lektura tych skanów nie kończy się tylko na podobnych zeznaniach. Jest jeszcze lektura pisanych listów do ostatniej instancji sprawiedliwości i tlącej się nadziei, do Brooklynu, do samego brata Knorra. Listy prawie błagalnej treści, pisane nie pod żadne dyktando, ani pod presją, ale płynęły z głębin serc, głęboko przemyślane i dodatkowo wielu autorów tej korespondencji ufało, że trafią we właściwe ręce i odpowiednio przez adresata zostaną potraktowane. Zrządzeniem losu listy te rzeczywiście trafiały do właściwych adresatów i to pod „szczególnym nadzorem” sprawowanym przez organa urzędu bezpieczeństwa PRL. Za te „usługi” S.B. w Polsce nie pobierało żadnych opłat, a jedyny profit jaki był, to kopie tych przesyłek, „dzięki”, którym teraz mamy do nich wgląd.

W ślad tych listów, lub prawie równolegle, do tychże adresatów trafiały korespondencje korygujące skargi tych pierwszych przedstawiające zupełnie odwrócone wersje tych samych wydarzeń. Z wymiany tych korespondencji nic wyniknąć nie mogło, jeżeli oddzielenie Oceanem i polityczno-państwowymi układami, na ostateczną ocenę tych różnobrzmiących elaboratów, było nie możliwe, więc układ zarządzania Organizacją w Polsce pod wszechwładną ręką W Scheidera trwał niepodzielnie. Nadmiar generałów, o których już pisałem w poprzednim wejściu, stał się kulą u nogi głównego rozgrywającego, dlatego ten, jak turecki Sułtan z filmu –„Wspaniałe Stulecie”, korzystał ze swojej niepodzielnej władzy, nagradzał i jednocześnie upokarzał kogo chciał i kiedy chciał.

Jeżeli świadkowska populacja, ta poniżej obwodów, za „rosę” i głosicieli jako tako wykupywała się spod gróźb anatemy, to już pracownicy okręgów bez względu na zajmowaną pozycję w hierarchii, mogli w każdej chwili liczyć się z najgorszym. Najwierniejszy brat będący na usługach pryncypała, z dnia nadzień, mógł stracić jego względy, a tym samym środki do życia i dach nad głową. Wstawiennictwo w sprawie objętego anatemą, sługa oddziału uznawał jako sprzeciw wobec jego autorytetu danego mu przez samego Jehowę Boga. Każdy taki śmiałek mógł podzielić los tego pierwszego. W tych szeregach hierarchii, panowała wzajemna nieufność, strach przed utratą intratnego stanowiska sługi okręgu, gdzie wszelkie dobra doczesne, nie budziły odrazy, lecz wręcz odwrotnie, stanowiły namiastkę Królestwa Bożego jeszcze tu na ziemi przed Armagedonem. Nic dziwnego, że „romantyzm” tego zawodu stawał się dla tych kilkunastu przedstawicieli pięknym przeżyciem, a jeżeli nawet przypadkiem trafił do aresztu, spadały na niego dodatkowo większe błogosławieństwa z cierpienia, że można było je wpisać w ryzyko tej romantyki. Zresztą te groźno brzmiące aresztowania były tylko pewnym kilkudniowym przerywnikiem w tej konspiracyjnej monotonii.

Los okręgowego barona zależał li tylko od kaprysu sługi oddziału, a gdy tego okresowo brakowało, od pełniącego te obowiązki. Dlatego każdy zauważony nawet cień niesubordynacji, mógł odsunąć go od suto zastawionego stołu i solidnego obrywu z niego. Trzymanie się stołu pańskiego było zasadniczym celem samym w sobie, ale to z kolei wzbudzało zazdrość też u tych, dla których pozostawały tylko resztki nie dokładnie ogryzionych tłustych kości walających się pod stołem. Nie zawsze bój o resztki spadające ze stołu, był przyczyną narastającej frustracji, jaką wielu wiązało z Organizacją. Wielu chciało widzieć w niej tą świętość która sprawiła, że chcieli z nią związać swoje życie na zawsze, ale widzieć jej oblicze tylko w boskim majestacie świętości. Ta Organizacja, jeżeli nie mogła być i rozwijać się jak by o tym marzyli, niech by była taka jaka jest postrzegana w innych krajach Europy, chociażby w Grecji czy nawet w Jugosławii, gdzie nie wszystko jest legalne, ale jednak można swobodnie jej służyć, chociażby tak, jak wiele innych grup wyznaniowych w tym samym czasie w Polsce. Kim, lub czym, jest polska Organizacja, która ma inny wizerunek swojej tożsamości? Oto skrycie nurtujące wielu wyznawców pytanie, oraz tych z grupy świecznika, podzielających ten sam pogląd:

>Dlaczego w Polsce sama myśl o legalizacji musi być pomysłem samego Szatana Diabła?<

Zadaje retoryczne pytanie w liście do brata Knorra, wyrzucony z Organizacji były sługa okręgu Czesław Stojak. Potem w tym samym liście dodaje zaobserwowane wnioski:

>Nielegalny stan naszego wyznania u nas do pewnego stopnia zdegenerował szeregi naszej Organizacji nawet powiedziałbym, że zdemoralizował. A może br. W(ilhelm) słuchał sugestii jakichś czynników, którym zależało na tym, aby wśród nas tak było?<

Brat Czesław sługa okręgu wyrzuca z siebie garść goryczy doznanych bezpośrednio od brata, któremu chciał i służył, tak jak umiał i miał ku temu możliwości.

> Ja bratu. W(ilhelmowi) usługiwałem przez ostatnie dwa lata. To jest faktem. Niektórzy bracia nazywali mnie „szmatą brata W(Wilhelma)”. Moim zdaniem wiernie służyłem br. W(ilhelmowi. mimo, że mnie ostrzegano, że mój koniec będzie taki sam jak braci, brata. Szklarzewicza, brata Jakuba i innych. Ale ja byłem sługą okręgu. Przez to okazywałem posłuszeństwo. Potem byłem zaraz świadomy, że na mnie ciąży piętno, to znaczy, że od samego wyjścia (brata Wilhelma) z więzienia miałem być zwolniony z pracy. <

Oto co ów brat pisze na temat przyczyny dekonspiracji i w końcowej fazie aresztowania sługi oddziału w roku 1960-tym. Po wyjściu br. Wilhelma z więzienia, ten oskarżył go o zdradę. Jest to bardzo długa opowieść z wieloma szczegółami. Postaram się opisać parafrazując główne myśli autora, który nie godzi się z oskarżeniami. Prawdziwe przyczyny dekonspiracji sługa okręgu relacjonuje tak:

>Ostatnią meliną dla sługi oddziału Scheiderowi, zobowiązany został wykonać sługa okręgu Czesław Stojak na jego terenie w okolicach Krakowa. Wybrano miejsce w domu u samotnej siostry. Aby ten dom przygotować do potrzeb br. Scheidera, było wymagane wykonać dodatkową inwestycję. W tym celu należało zorganizować potrzebną ilość materiałów budowlanych, z którymi w tamtym czasie było naprawdę trudno, zwieźć na miejsce i wykonać wszystką pracę budowlaną. Tego nie można było wykonać cichutko i bez rozgłosu. Sługa okr. Stojak, osobiście przywoził materiały swoim „firmowym” samochodem, a ponadto na miejscu osobiście był znany organom MO. Całą inwestycję pokrył z własnych okręgowych funduszy, ponieważ sam zainteresowany inwestycją, nie poczuwał się do wyłożenia jakiejkolwiek sumy.

Sama inwestycja w domu samotnej i leciwej kobiety, była dopiero początkiem właściwej dekonspiracji. Następny etap, to zachowanie się podczas już zamieszkania samych głównych lokatorów. Nie zachowywano podstawowej potrzeby zasłaniania okien, co w domu samotnej kobiety, oświetlenie kilku izb jednocześnie musiało wzbudzać zainteresowania. W celu zaczerpnięcia powietrza wychodzili w prawdzie wieczorem, ale przy pełnym oświetleniu podwórza lampą elektryczną. Sam br. Wilhelm miał zwyczaj chodzenia nocą po podwórzu z latarką kieszonkową. Pomoc kuchenna wprawdzie też kobieta – pionierka wychodziła po zakupy i wracała w ciągu dnia. W ciągu dnia wychodził również towarzyszący Wilhelmowi, br. Edward Kwiatosz, a ponadto, również w różnych porach dnia do Scheidera przychodzili różni jego goście przez niego zapraszani. <

Jeżeli to co powyżej sparafrazowałem, dla wielu tu czytających, ale i dla współczesnego głosiciela królestwa jest czymś oderwanym od kontekstu sprawy, uważam tych za bardzo szczęśliwych, iż nie muszą rozumieć tych moich niuansów tamtego okresu. W tamtym okresie dla nas wszystkich począwszy od podstawowego głosiciela, do każdego sługi na wyższych szczeblach, obowiązywało powiedzenie: -Nie wystawiaj Jehowy Boga na próbę! Znaczyło to dla każdego tyle, że powinien zrobić wszystko co jest w jego fizycznych możliwościach, aby zabezpieczyć się przed dekonspiracją, a potem dopiero polecić się opiece bożej.

Jeżeli to co powyżej było faktem, jak opisuje to autor, trudno nie przyznać mu racji iż do dekonspiracji przyczynił się sam zdekonspirowany, nie zachowując podstawowych zasad w tym zakresie. Na usprawiedliwienie Wilhelma S., można przyjąć jego brak elementarnej wiedzy w poruszaniu się w konspiracji, a żadnej porady by i tak nie przyjął. Brak doświadczenia spowodowany był tym, że w okresie okupacji i potem w latach 1950 do 1956, z powodu przebywania w miejscach kaźni, za co należy mu się szacunek i pochylenie przed nim głowy, ale doświadczeń konspiracji nie posiadał. Następne lata już po 1956 tym roku, to okres demoralizujący w tym zakresie jako okres „ni wojny, ni pokoju”, czyli konspiracja na pół gwizdka, a dodatkowo rozłożona na krótkie i dłuższe przerwy. Powodowało to „rozleniwienie” czujności, którą przeciwnik wykorzystał w całej rozciągłości, bo pozyskał ten wewnętrzny „rozleniwiony” materiał do współpracy (t. w.). Oddanie w tym czasie Organizacji pod kierownictwo Scheiderowi, było istotnym błędem. Nie jest wskazane powierzyć dowodzenie armią generałowi, który w okresie wojny był internowanym, a odsuwać dowódców, którzy sprawdzili się na liniach frontowych. Internowanemu należy się szacunek, ale fanfarami wita się generała zwycięzcę z pola walki na froncie. Nigdy odwrotnie!

W/g autora listu do Knorra, W. Scheider stawiał na swoją nieomylność i bezpośrednią interwencję niebios, nigdy nie przyjmował żadnych ostrzeżeń, a nawet wręcz traktował je, jako podejrzane o niecne cele. Wszędzie węszył niebezpieczeństwo czyhające ze strony swojego najbliższego otoczenia, wierzył jedynie pochlebcom, cenił sobie donosicielstwo, co ci często tę jego słabość wykorzystywali przeciw niemu. Pracował tylko na swoją własną świetność, którą widział siebie, jako przywódcę na teren wschodniej Europy. W tym miała mu pomóc cała polska świadkowska populacja przyczyniająca się do wzrostu, nawet za cenę niekoniecznie uczciwą. Cały personel pomocniczy jak sł. okręgowi, obwodowi mieli pracować na ten sukces. Jak to osiągnąć? Nie przyjmował żadnych racjonalnych sprzeciwów. Pozbywał się posłów, którzy przynosili mu złe wieści. Jednym z wielu przykładów, jest dopingowanie wszystkich do „wydajnej” pracy wieścią o zbliżającym się Armagedonie, ba nawet oficjalnie rozpoczął ją rozpowszechniać sługa okręgu br. Mieczysław Cyrański, jako już oficjalny komunikat z Brooklynu! Za ten armagedonowy incydent, nie został zgromiony prorok tej wieści, lecz sługa okręgu Stanisław Rejdych, który domagał się potwierdzenia tego od Wilhelma S. Ostatecznie wyrzucony z Organizacji jako wichrzyciel.

Wszystkie tego rodzaju niewygodne pytania i inne zmierzające w tym kierunku incydenty były traktowane jak zamach na samego przywódcę. Toteż ostatecznie wszelkie odprawy na wszystkich szczeblach były tylko ograniczane do przekazywania myśli samego brata Wilhelma. Żadna dyskusja czy wymiana myśli niezgodnej z myślą przewodnią sługi oddziału, nikt nie miał odwagi podjąć. Ile troski z tego powodu wyraża autor listu do Knorra, pisząc już prawie bez nadziei jakiejkolwiek zmiany na leprze:

>Każdy zdawał sobie sprawę, w terenie jest źle –napisz prawdę, którą br., W(ilhelm) nie chce przyjąć, będzie źle. Nie napiszesz prawdy, to kwestia sumienia i w ogóle przyszłości. Ale i w tym wypadku w nas wszystkich bojaźń przed człowiekiem zwyciężyła sumienia skrupuły, wszystko odsunęło się na bok „Bóg to rozwiąże” taka myśl chyba przychodziła każdemu. A póki nic nie rozwiązuje, będziemy kłamać<

Jak w tym samym czasie układała się współpraca na samym szczycie decydenckim Wilhelma S. z jego zastępcą Edwardem K., niech świadczy ten zapis tego samego autora

> Komu służył rzeczywiście brat Edward (jako zastępca sługi oddziału) oprócz minimalnej pracy pisania na maszynie, podliczania raportów, jego służba Bogu polegała -na pracy gospodyni domowej- ścielenie łóżka, br. W(Wilhelma), czyszczenia butów i wynoszenia „wiader”, paleniu w piecach w pokoju br. W(Wilhelma). Takim sposobem postępowania, on tracił na znaczeniu w oczach br. W(ilhelma). jako sługa od spraw Teokratycznych. To była służba od wszystkiego.
Kilka dni temu przed aresztowaniem br. W(Wilhelma), Edward w rozmowie zemną powiedział:  --„nie mam własnej woli, nie mam wolności, na rozkaz spać, wstać, jeść. Tak by się chciało człowiekowi trochę swobody, nie mówiąc o wolności”. <

I dalsze doniesienie do br. Knorra nie wymagające już żadnego komentarza:

>Bracie Knorr, stawiam sobie pytanie, kiedy przyjdzie godzina od której bracia w Polsce przestaną wprowadzać Ciebie w błąd, Ciebie i cały świat teokratyczny? (….)  Serce się kraje bracie Knorr jeżeli się czyta w Strażnicach, w listach prywatnych do braci z zagranicy, że Dzieło w Polsce jest radością wszystkich. Drogi bracie, już niejednokrotnie mówiliśmy pośród siebie, że gorzko zapłakałbyś, gdybyś dokładnie znał stan rzeczy. (…) Jaką hańbą okryliby się wszyscy bracia i cała Organizacja, gdyby bracia z zagranicy znali tą szarą prawdę. To też zupełnie słusznie powiedział brat Edward Kwiatosz, do brata Leona -„nie byłoby dobrze gdyby bracia prawdę wiedzieli”. On sobie chociaż trochę zdaje sprawę z tego, jak również z odpowiedzialności jaka ciąży przed Jehową Bogiem na nim. Przy tej okazji poproś braci Abta i Adacha aby Ci podali nazwę wioski, w której wszyscy mieszkańcy interesują się prawdą, bo do tych braci można mieć zaufanie. (…) Przecież publikacje Towarzystwa na skutek takich informacji podają nieprawdziwe dane publikując na cały świat teokratyczny. (…)<

To co wyżej napisałem, oprócz oryginalnych wypisów ze scanów, w większości są to sparafrazowane przeze mnie opisy stanu Organizacji, w okresie lat 1956 – 1960. W takiej wielostronnej scenerii, funkcjonowała Organizacja Świadków Jehowy w Polsce. Jeżeli ta najniższa zborowa populacja miała w tym czasie podstawę wyrazić się słowami Wyspiańskiego włożonymi w usta ucztujących chłopów w „Weselu…”: -my som swoi, my som zdrowi..., to już ta wyższa warstwa ze szczytu decydentów, z wyjątkiem tych odrzuconych próbujących jeszcze ją reanimować, upadła poniżej głoszonych przez siebie wartości. Jeżeli były brat „Sławek” (Wróbel), już pod swoim pełnym imieniem i nazwiskiem, wyznaje osobiście znamienne słowa: >Wszystko powiem, nikogo nie będę oszczędzał< i rzeczywiście nikogo nie oszczędzał w swoich zeznaniach przeciwko byłym swoim duchowym braciom, to miał ku temu rzeczywiste, odciśnięte we własnym wnętrzu „braterskie” przeżycia. Jeżeli jeszcze niedawno miałem co do jego osoby i zachowania pewne wątpliwości natury moralnej, po zapoznaniu się z materiałem ze scanów i jego własnych obszernych zeznań, zmieniłem swoją ocenę o nim. Mój szacunek jaki jeszcze do niedawna tlił się we mnie, co najmniej do tych już imiennie wcześniej wymienionych, zupełnie ustał, po przeczytaniu poniższego fragmentu pisanego do Knorra:

> W ostatnich tygodniach wszyscy prawie my pozbawieni społeczności byliśmy wzywani przez władze (Bezpieczeństwa PRL -dopisek mój). Rozmawiano z nami. Proponowano współprace. I ciekawe są wypowiedzi władz (oto) niektóre:
„My teraz decydujemy co ma się dziać w organizacji?”
„Nie aresztujemy was, chociaż wiemy gdzie mieszkacie i my mamy na was materiał. Bo tym, w waszym wypadku, daliśmy dowód, że jesteście niewinni” A nam chodzi o to abyście w oczach (swoich) braci byli winni”!
„Wam się zachciało czystości i macie. Mimo waszego uporu, Stawski, Rutkowski, Brodaczewski zwyciężą”.(…) Oni się sprytnie urządzają, nie stawiają wam dowodów winy, tylko mówią: - postaw nam (ty) dowody, że jesteś niewinny”.
Mnie pokazują anonim do KWMO, żeby u mnie w domu przeprowadzić rewizję i zabrać maszynopis z materiałem obciążającym Brodaczewskiego.<

Braterska miłość, która miała cementować teokratyczną wspólnotę, zbiegiem upływającego czasu w następstwie zachodzących przemian zewnętrznych i wewnątrz Organizacji, przeistaczała się systematycznie we wzajemną postępującą „szorstkość”. Jest to normalne zjawisko społeczne, któremu podlegają istoty ludzkie i nie ważne jak dana grupa chciałaby odciąć się od takiego poglądu. Warunki materialne, zawsze były czynnikiem różnicującym członków danego zespołu. Od tych warunków zależała pozycja jednostki, a ta jednostka, musiała tak umiejętnie ustawić podwładnych, aby ci uwierzyli w jego geniusz wsparty autorytetem nadziemskim. Od tego momentu, ów pośrednik, między podwładnymi, a autorytetem nadziemskim, będzie tyle znaczył, ile uległości potrafi wymusić od tych, od niego uzależnionych. Do dyspozycji posiada tylko dwa czynniki –kij i marchewkę. W pojedynkę nie ma możliwości zarządzać jednym i drugim, dlatego sowicie musi opłacić kijkowego i marchewkowego. Można by w nieskończoność opisywać szczeble tworzonych karier i zależności, ale mnie chodzi tylko o wskazanie, że Organizacja jaka jest, czy nazwiemy ją bożą, czy świecką, tu na naszej Planecie podlega tym samym zasadom i procesom pod każdą szerokością geograficzną na Ziemi. Ludzie się kłócą, nienawidzą, robią sobie krzywdy, okradają jedni drugich, zabijają, ale też pomagają sobie nawzajem, miłują się, kochają itd. itp. Po prostu taki jest rodzaj ludzki i nikt tego nie zmieni. Organizacja Świadków Jehowy, byłaby rzeczywiście Organizacją nie z tej Ziemi, jak sobie tą cechę przypisuje -gdyby taką była, ale nie jest, nie była, i nigdy nie będzie.

Tam gdzie jest dostęp do nieograniczonych dóbr i przez nikogo nie kontrolowanych, zawsze będzie pokusą zaciągnąć pojemniejszą sieć. Zazdrość rodzi zdradę, nienawiść i wydobywa z każdego coraz więcej złej woli, rodzą się frustracje. Tworzą się koterie, grupy zachowawcze, i odnowicieli. Te ostatnie, najbardziej kontrowersyjne twory, stają wręcz przeciw sobie. Rodzą się nienawiść, szukanie haków prawdziwych czy domniemanych, oskarżenia, rzucanie oszczerstw. Dotychczasowi wierni sobie bracia, jak się wcześniej mianowali, teraz toczą ze sobą „śmiertelny” bój. Pozbawiają się wzajemnie tego co jeszcze niedawno ich ze sobą łączyło: wznoszone wspólne modlitwy do tego samego Boga, gdy wszyscy uczestnicy wspólnoty wołali Amen! Amen!

Wyrzucenie „buntowników” miało być lekarstwem na całe zło. Miała powrócić braterska zgoda i powrót do wspólnej modlitwy, a chwała Pańska miała zapanować na bożą Organizacją. Tymczasem były sługa okręgu, wyrzucony z Organizacji jako największe zło, w swoim obszernym liście do największego autorytetu, samego Prezesa, do Brooklynu kończy poniższym krótkim epilogiem.

>Bracie Knorr!
Mnie, Leona, Jakuba, (i) Wiesława (Rejdychów), Nowaka, Szklarzewicza i wielu innych i Sług Obwodów w szeregach pełno czasowych, już niema. A jednak „rozróbka” wewnątrz trwa. I to kto wie czy nie większa jak za naszych czasów. Władze w dalszym ciągu wszystko wiedzą na terenie całego kraju, wola władzy w naszym kraju jest wykonywana, brat Adach, Abt, przypuśćmy, że nawet Edward, są w porządku, ale dzieje się po za ich plecami nie dobrze.
Stojak Czesław<

Wymowne jest ostatnie zdanie –tylko co do Adacha, Abta i Kwiatosza, autor niema stuprocentowej pewności, co do pozostałych, jego zdanie jest jednoznaczne: „wola władzy jest wykonywana”… Szorstka miłość braterska, jak kiedyś określiłem panujące stosunki pomiędzy grupą uczestników trzymających władzę i rząd dusz w tamtej polskiej Organizacji, to zbyt delikatne, prawie pieszczotliwe określenie. Należałoby poszukać bardziej dosadniejszego wyrazu słownego. Jak bardzo musiała upaść ta „braterska” wspólnota ludzi, którym (podobno) sprawy królestwa bożego leżały w sercu na pierwszym miejscu, jeżeli pod epitetem „ścierki brata W”, był rozpoznawalny bądź, co bądź, świecznikowa postać bo Sługa Okręgu. To grono ludzi (braci) stojących najbliżej swojego duchowego „guru” w Polsce, musiało już znacznie oberwać, jeżeli takie określenie funkcjonowało w obiegu. Takie „braterskie” stosunki musiały doskwierać, jeżeli sam wice, brat E. K. był potrzebny „guru” do ścielenia łóżka, czyszczenia butów i wynoszenia „wiadra”. No, ale też – na rozkaz spać, na rozkaz wstać i na rozkaz jeść!

Być może to wszystko mieściło się w kanonie szeroko rozumianej braterskiej miłości, ale mnie interesują też reakcje odreagowywania podwładnych od stresowo-twórczych poczynań sługi oddziału. Czytając list byłego sługi okręgu, br. Czesława, piszącego do brata Knorra, odkrywam inną naturę moich zwierzchników i byłych idoli. Piękne i wzruszające wykłady brata, „Olka” Rutkowskiego, „Władzia” Brodaczewskiego i innych. Może wtedy były szczere i wzruszające, ale w relacji Czesława Stojaka tudzież Wróbla, postacie te przygnębione ciężarem zadań na niwie pańskiej, powróciły do swojej pierwotnej ziemskiej i ludzkiej natury. Praca? Tak, ale nie za darmo! Stresy niwelować w markowych trunkach, a jeżeli nawet, te powalą na podłogę w korytarzu wagonu PKP, zawsze jeszcze można „poprosić” KWMO -anonimowo oczywiście, aby paszkwil maszynopisu br. Stojaka, nie zawracał głowy takimi drobnostkami bratu Natanowi za Oceanem.



Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #38 dnia: 08 Czerwiec, 2016, 05:48 »
Meandry


Meandry, to nie jest historia Świadków Jehowy w Polsce, to ma być tylko krótki przegląd jak ta Organizacja przekształcała się w czasie.

Od początku, gdy zapoznawałem się z jej dogmatyzmem wewnętrznym, byłem przekonany, że jest to jedyny ruch wyznaniowy (napisałem „wyznaniowy”, a nie religijny. Religia była postrzegana jako narzędzie samego Szatana, w celu odwiedzenia ludzi od prawdy), który jest święty, nieskazitelny prowadzony przez jedynego prawdziwego Boga mający imię własne –Jehowa-, a które to imię jest celowo skrywane przez religionistów (ten zwrot „religioniści” był dość mocno akcentowany), aby prawdy o tym imieniu, nie poznał nikt. Poznanie prze zemnie takiej prawdy, bardzo mnie dowartościowało, bo znałem tajemnicę, której moi rówieśnicy nie mieli pojęcia, że w ogóle i istnieje. Na ogół rzeczywiście tak było, ponieważ w tej populacji, w której się obracałem wyraz lub imię jak kto woli –Jehowa- nie funkcjonowało.

Za poznaniem takiej prawdy, były też obowiązki głoszenia wszem i wobec, co też starałem się wykonywać. Wiadomo, że Szatanowi się to moje stanowisko nie podobało, więc musiał zemną walczyć i walczył. Zbiegiem czasu, w skutek przebywania w takiej specyficznej społeczności, poznawałem coraz więcej walorów potrzebnych do podobania się prawdziwemu Bogu i negatywów, których ten sam Bóg się brzydzi, a przecież jego wierny sługa nie może przysparzać takich obrzydliwości. Poznałem, że lud boży, to lud nie z tej ziemi, a więc i to co ziemskie jest obrzydliwością bożą. Te wszystkie obrzydliwości można było omijać, ale do czasu.

Organizacja Świadków Jehowy, kierowana przez Wilhelma Scheidera, w okresie do 1939 roku zwała się również Badacze Pisma Świętego, formalnie nie istniała jako formacja, ale działała tylko na zasadzie ogólnej tolerancji religijnej w ówczesnej Polsce. Pomińmy okres wojenny, który przysparzał wiele „kłopotów”, ale nie tylko tej formacji. Po roku 1945, ruch ten wystartował już częściowo sformalizowany z oficjalną nazwą, adresem siedziby w formalnej własności Wilhelma Scheidera – Łódź ulica Rzgowska 24. Formalnie, Organizacja prowadziła działalność legalnie, ale taki tymczasowy stan prawny, dotyczył wielu innych organizacji, zrzeszeń, różnych związków itp. Taka tymczasowość nie mogła istnieć w nieskończoność. Ona musiała zostać w określonym czasie uregulowana. Nowy powojenny ład prawny zaczynał wchodzić w decydującą fazę w roku 1949. Wszystkie tego typu pozarządowe organizacje, musiały wystąpić o uregulowanie statusu prawnego. Pomińmy tu istotny szczegół, że nielubiana powojenna władza, wielu nie przypadała do gustu, ale tak to już z władzami bywa, że czy nam się ona podoba czy nie, jeżeli chcemy funkcjonować, musimy się podporządkować jej wymogom. Wszystkie zorganizowane formacje, świeckie czy religijne, podlegały takiej samej procedurze rejestracji.

Cała świadkowska populacja zborowa, nie była informowana o takich zamierzeniach, natomiast do zborów docierały jakieś niepokojące sygnały, o zbliżającej się enigmatycznej „zimie”. Opowiadano nam o zachowaniu się wobec władzy, jak wymijająco unikać odpowiedzi na konkretne zapytanie, o innych braci, zwierzchnikach, ich nazwiskach i adresach. Ustne instrukcje dotyczyły wielu dziedzin życia społecznego w zorganizowanym państwie. Wiedzieliśmy, że Świadek Jehowy nie może służyć w wojsku i innych formacjach militarnych, w tym w szpitalach wojskowych. Nie powinien służyć w formacjach Służba Polsce, należeć do Harcerstwa, w żadnych związkach młodzieżowych, nawet czysto sportowych, acha –nawet poddanie się szczepieniom ochronnym, a te w większości były przymusowe, było niezgodne z wolą bożą. Wszelkie referenda, wybory powszechne, czy złożenie podpisu pod Apelem Sztokholmskim  było naganne, ponieważ miało to związek z popieraniem bezbożnego świata i jego obrzydliwości, czym szczególnie brzydzi się Jehowa.

Świadkowie Jehowy (Badacze Pisma Świętego), bo taka była oficjalna nazwa, nie wiem czy z inicjatywy własnej, czy za aprobatą (nakazem) Brooklynu, tej procedurze się nie poddali, a przynajmniej nie zaaprobowali niektórych jej postanowień. Nie wnikając w szczegóły, Organizacja jako całość została zdelegalizowana ze skutkami o jakich już wiemy.

Represje jakie spotkały wielu wyznawców, są znane, opisywałem też w moich pisanych postach, w tym też o moich własnych. Sześć lat, bardzo drastycznych represji, niczym nie przyczyniło się do zrewidowania dotychczasowego stanowiska Organizacji do powstałych nowych zewnętrznych możliwości wyjścia, może nie na idealnych warunkach, ale sprzyjającej legalizacji. Konserwatywna postawa ścisłego kierownictwa pod kontrolą Wilhelma Scheidera, nie była wstanie zrobić kroku postępu w tym kierunku. Zarysowane śmielsze oznaki pchnięcia Organizacji w celu wyjścia z tej stagnacji, były tępione z cała stanowczością. Wiele nazwisk tych postępowców znalazło się po za Organizacją, najczęściej z wilczym biletem. Przez następne dwie dekady, Organizacja meandrowała od lewego, do prawego brzegu, bez zdecydowania się do rzucenia cum w celu zakotwiczenia się przy brzegu. Ostatecznie dla wielu z nas, których Organizacja się pozbyła, lub sami ją pozostawili odcinając dotychczasowe więzy łączące, powinno być nam zupełnie obojętne jaki dalszy kierunek obiera i w jakim kierunku podąża.

Czy zupełnie obojętne? Osobiście mam tu dylemat i zastanawiam się czy ten dylemat nie dotyczy również innych moich byłych współbraci, no chociażby, Gedeona i innych z tamtego okresu. Nie jestem znawcą statutów, którym każda organizacja musi się posługiwać w swojej bieżącej działalności. Statut określa cel działalności, sposób przyjmowania członków do organizacji, jego prawa i obowiązki, oraz przyczyny i sposób rozwiązywania członkowstwa. Statut powinien określać ciągłość organizacyjną, nawiązać do przeszłości, skąd się wywodzi, jaką ciągłość aprobuje, od czego lub od jakiego okresu się odcina, jakie wartości chce kontynuować. Jeżeli tu coś poplątałem, proszę mnie poprawić, a jeżeli piszę głupstwa, proszę mnie skrytykować. Organizacja Świadków Jehowy, jak sobie przypominam, zawsze stroniła od statutu, a jeżeli była zmuszona coś napisać, to treść była taka enigmatyczna, że oprócz posłuszeństwa do Jehowy Boga, nic więcej z treści nie wynikało. Główną przyczyną stanowiącą postawę do zdelegalizowania wyznania na terenie Polski, polegała na uporze władz związku wyznaniowego Św. J. aby w czymkolwiek nie naruszać dotąd funkcjonującego status qwo.

Wytyczne przychodzące do sług drogą nieoficjalną, w sprawie składanych wniosków, miały nas ukierunkować w wypełnianiu odpowiednich rubryk.
- Św. J. są posłuszni jedynemu prawdziwemu Bogu Jehowie
- Jesteśmy neutralni wobec panującego systemu rzeczy
- Jesteśmy obywatelami Nowego Świata, a tu na Ziemi, jesteśmy tylko przychodniami i świadczymy jako ambasadorowie
- Jako ambasadorowie, nie bierzemy udziału w żadnych strukturach politycznych kraju, w którym mieszkamy
- Nie uchylamy się przed płaceniem podatków, jako daninę na rzecz kraju, którym mieszkamy

Nie ręczę za dokładność i szczegóły dotyczące powyższych wytycznych, ponieważ cytuję wszystko z pamięci, ale mniej więcej w takim duchu przekazywano nam kierunek, który powinien nam przyświecać, w związku z powszechną akcją dotyczącą wniosków rejestracyjnych. Wypunktowałem tylko główne myśli, które wynikały z przekazanych wytycznych, ale wynikających z wykładu zręcznie popartych tekstami biblijnymi. Wszystko co potem nastąpiło, to już tylko skutki tej niechcianej rejestracji, które ogółowi wiernych przedstawiało się jako ostateczna wściekłość Szatana Diabła, którego nieunikniony koniec jest w Armagedonie, ale za to, nasze zwycięstwo, jest już na wyciągnięcie ręki.

Po słynnych zwolnieniach z więzień w roku 1956, rozeszła się wieść po zborach o złożonym nowym wniosku, o zarejestrowanie wyznania. Nie wierzę w dyletanctwo autora, lub autorów tekstu nowego statutu, jak też tych, którzy złożyli swoje podpisy pod gotowym tekstem, razem z wnioskiem. Wprawdzie nie znamy(nie znam) tekstu złożonego statutu, ale znamy przyczynę odmowy jego przyjęcia. Z urzędowego biuletynu informacyjnego dotyczącego wyznania Świadków Jehowy w Polsce dowiadujemy się że:


>”16 – 09 - 1956r  wyznanie złożyło projekt statutu wraz z wnioskiem o rejestracje. Urząd do, s. Wyznań decyzją z dnia20 10 1958 r. odmówił rejestracji z uwagi na to, że statut nie miał charakteru statutu wyznaniowego, lecz był statutem tylko związku funkcjonariuszy tego wyznania”. (podkreślenie moje) <


W maju 1962 r. złożono ponownie projekt statutu wraz z wnioskiem o rejestracje. Ale jak wskazuje to samo źródło:


>”Projekt statutu, nie przedstawiał rzeczywistych celów i faktycznego ustroju wewnętrznego wyznania”. (podkreślenie moje)<


Sługa oddziału W. Scheider, był przekonany, że taka gra z władzami pomoże Organizacji zjadać ciastko i równocześnie zachować to ciastko. Taka taktyka tylko z pozoru, dawała Organizacji pewne wytchnienie. To igranie z władzami związane z występowaniem z wnioskiem o legalizację było główną przyczyną dekonspiracji (dwa lata zwłoki z odpowiedzią). Władze wykorzystały ten stan do wewnętrznej penetracji i trzeba przyznać, że w pełni im się to udało, a do tego celu wykorzystano czynny personel organizacyjny z najwyższej półki zarządzania. Organizacja została w pełni otoczona kontrolą przez służbę bezpieczeństwa. Żeby było śmieszno i jednocześnie straszno, to te służby pomagały polskiemu kierownictwu oddziału, pozbywać się tych „buntowniczych” elementów, które chciały ten proces powstrzymać. O tym świadczy wypowiedź urzędnika S. B., skierowana do jedne z tych „buntowników” (do wyrzuconego z Organizacji sł. Okręgu, Czesława Stojaka):


>„Wam się zachciało czystości i macie. Mimo waszego uporu, Stawski, Rutkowski, Brodaczewski zwyciężą.(…)”<


Na tym etapie, jeszcze nie wiemy jaką faktyczną rolę odegrały te wyżej wymienione nazwiska, wiemy jednak, że Organizacja w odpowiednim czasie zmieniła radykalnie kurs w przypodobaniu się władzy. Nagle powstał ożywiony ruch na linii Brooklyn – Warszawa. Przybycie do Polski takich tuzów jak prezydent Franz i wice, Henschel. Rozmowy toczyły się dość sprawnie, bo w bardzo krótkim czasie, radykalnie zmienił się kurs, w stosunku do dotychczasowego. Rozmowy zakończyły się stwierdzeniem ogólnym, że:


>”Jeżeli Świadkowie Jehowy nie będą naruszali obowiązującego porządku prawnego, to stosunek na linii Państwo – Wyznanie, mogą zadowolić obie strony.” (Podkreślenie moje)<


Już w dniu 12 – 05 – 1989 roku, decyzją  -  II – 803/14/16/89   pod pozycją 39, została zarejestrowana Organizacja pod pełną nazwą:
”STRAŻNICA – TOWARZYSTWO BIBLIJNE I TRAKTATOWE Zarejestrowany Związek Wyznania Świadków Jehowy w Polsce”
na podstawie art. 107 par. 4 kpa. Podpisał :
MINISTER – KIEROWNIK  -  Urzędu do Spraw Wyznań   /-/ dr Władysław Loranc

Nie posiadam wiedzy jak to zwycięstwo zostało zarekomendowane zborom, być może była to rekompensata za nieudany rok 1975. Nie mogło to być na pewno zwycięstwo nad Szatanem, a jeżeli doszukiwać się tu zwycięstwa, to jedynie Pyrrusowego. Jak bardzo zmienił się stosunek władz z ulicy Rzgowskiej 24, w stosunku do wytycznych tych z roku 1949 i późniejszych, cytuję poniżej za biuletynem informacyjnym:


> ”Podstawowe kryteria które przyjęło wyznanie i dało podstawę do zarejestrowania związku wyznaniowego:

-wyeliminowanie przerzutu literatury do Zw. Radzieckiego
- przekazano kontroli SB MSW pełny serwis literatury z Centrali w USA
- oczyszczenie literatury Św. J. z akcentów społecznie i politycznie szkodliwych
- zlikwidowano nielegalną bazę poligraficzną /9 okręgowych drukarń/” <


Na koniec, ten sam biuletyn reasumuje te działania władz PRL, które doprowadziły do uległości dotychczasowego nieugiętego oporu kierownictwa Św. J. w Polsce.


> „Wieloletnia tolerancja wyznania św. J. w Polsce, w skutecznym stanie prawnym, oraz prowadzone dialogi polityczno – operacyjne w istotnym stopniu pogłębiły lojalizacje kierownictwa i członków wyznania w stosunku do władz państwowych. (…) Prawne uznanie związku, zobowiązuje kierownictwo wyznania do ścisłego przestrzegania statutowych obowiązków względem władz państwowych.” (podkreślenie moje) <


I co? Ano nic! Po prostu –nic się nie stało! Dotychczasowe wtłaczane w nas organizacyjne pryncypia, stały się zwykłą szmatką do wycierania sobie…

Buńczuczne wytyczne z roku 1949, które wyżej przedstawiłem, na nic się nie zdały, bo w ostatecznym bilansie, kierownictwo krajowe Św. J w Polsce, przy bezpośrednim czynnym udziale i wytycznych zwierzchnej Korporacji z zagranicy, przyjęło krajowe warunki porządku prawnego. Zwracam uwagę na bardzo ważną konkluzje. Po raz pierwszy władze korporacyjne w osobach prezydenta i jego zastępcy, podpisując się pod końcowym aktem negocjacji z polskimi władzami służby bezpieczeństwa, tym samym potwierdzili, że dotychczas Świadkowie Jehowy w Polsce, naruszali obowiązujący system prawny. Pomimo tak oczywistej prawdy, i popełnionych błędów przez rodzime kierownictwo Organizacji, przy pełnej aprobacie brooklyńskiej, nie przyjęło na siebie żadnej odpowiedzialności za trzy dekady lat niewspółmiernych cierpień i szykan. Tych cierpień i szykan, a nawet śmierci, można było uniknąć, gdyby Organizacja w roku 1949 kierowała się z takim samym realizmem jak w roku 1989. O obowiązującym duchu wszelkiego cierpiętnictwa i jego walorach wskazywanych przez Organizację jako cierpień miłych Jehowie Bogu, pisałem w poście pod ogólnym tytułem >Demonokracja Szatana i Hiobowie dwudziestego wieku<. Tam wskazałem również jako głównego sprawce w osobie Franklina Rutherforda prezesa światowej korporacji.

Pozostawmy popełnione błędy, wskutek czego były takie następstwa jakie były, ponieważ nikt już tych następstw odwrócić nie zdoła. Powróćmy jednak do zasygnalizowanego na początku statutu, na pewno przepracowanego już po 1989 roku i poszerzonego. Organizacja nie odcięła się od poprzednio popełnionych błędów, przeciwnie  -zachowała ciągłość. Wszelkie cierpienia, tudzież śmierć wielu wyznawców, potraktowała jako pewien ciąg prześladowań i cierpień z powodu przynależności do Organizacji, która została wybrana przez Jehowę Boga na tej Ziemi. Pomińmy tu złośliwe pytanie, dlaczego akurat Jahwe upodobał sobie ludzkie cierpienia za cnotę przynoszącą mu chwałę, ale skoro tak musi być, to w tej chwale dla Jehowy, wielu z nas dobrowolnych odstępców, czy z premedytacją wyrzuconych z Organizacji, ciągle tejże Organizacji przysparzamy dodatniego, czy chlubnego jak kto woli -prestiżu. Naszego współudziału w podtrzymywaniu w wierze świadkowskiej populacji w okresie wielkiego zakazu, nikt nie podważył. Byliśmy potrzebni. Nasz udział w ogólnej statystyce prześladowanych też był wliczony do „Rocznika 1994” Nikt z obecnych światowych, strefowych czy oddziałowych decydentów Organizacji Świadków Jehowy, nie podważył naszego udziału i wkładu pracy na rzecz wzrostu głosicieli, którym chlubi się Korporacja.

Poganie, czy pogańskie kraje rządzone czarną łapą Szatana Diabła, przyjmują odpowiedzialność za wkład wysiłku jednostki za włożony trud na powiększenie ich dobra, bez względu na to, czy ten wysiłek był dobrowolny, czy przymusowy (odszkodowanie za pracę przymusowych robotników). Za bezprawne uwięzienie i doznane cierpienia, rewanżują się wypłatą odszkodowań jako zadość uczynienie. Nasi, moi byli bracia nie wzbraniali (chociaż nam, to i owszem), ani nie wzbraniają się przyjmowania z rąk tych sług Szatana Diabła, tych materialnych gratyfikacji, których mól i rdza…, itd. Tak rozliczają się służący Szatanowi Diabłu jego ludzie, za swoje popełnione błędy wobec wiernych sług Jehowy Boga. Natomiast wierni słudzy Jehowy Boga, nie tylko, że zawłaszczając wypracowany dorobek, w tym również nasz wkład, a na dodatek wyrzucają tych byłych swoich pracowników na przysłowiowy zbity pysk, aby przypadkiem nie mogli roszczyć sobie jakichkolwiek przysług, broń boże rekompensat. Według współcześnie obowiązującego diabelskiego lub pogańskiego prawa, jak kto woli, gdy małżeństwo bierze rozbrat, dzielą się wspólnie wypracowanym dorobkiem, bez względu na to, jak układają się ich osobiste stosunki po rozwodzie. Wskutek doskonałego prawa Jehowy, w tym przypadku wymagano by tylko, aby wypędzonej z domu, dać list rozwodowy i  na tym zamknąć sprawę. Bardziej po „dżentelmeńsku”, zachował się Abraham, gdy po wykorzystaniu swojej niewolnicy i nałożnicy Hagar, przysparzającej mu jego dóbr, wyrzucając ją ze swojego obejścia, przynajmniej wyposażył ją w dzban oliwy na drogę. Brooklyńska Korporacja w Polsce, dała L. W. Scheiderowi przyzwolenie na teokratyczny sposób pozbywania się weteranów, a że po drodze wyprodukowano sobie dodatkowo Wróblów i całą plejadę T. W., to wiadomo, bo czas jest bliski, a Diabeł bożej Organizacji szkodzić musi! Taki jest jego obowiązek, bo taka jest przewidziana w boskim planie zbawienia i wyznaczona do spełnienia jego rola.

Pytanie: co na to byli poszkodowani przez Organizację, czy wyposażono Was chociażby w symboliczny dzban oliwy na drogę?

Moi drodzy Nadarzyńczycy, którzy z własnej nieprzymusowej woli, jak też z obowiązku służbowego, tu wchodzić i czytać musicie, jak też wielu incognito tu wchodzących, proszę -zastanówcie się nad samym sobą, abyście nie musieli w wieku poprodukcyjnym, w przenośni i dosłownie, wegetować na obrzeżach Organizacji i być traktowani jak toksyczny balast przypisany do ostatniej ławki na Sali Królestwa, albo wyrzuceni i nie mający prawa upomnienia się, o Wasz wkład w sukcesy Organizacji.



Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #39 dnia: 25 Lipiec, 2016, 05:07 »
Meandry – ciąg dalszy, czyli im gorzej tym lepiej

Trudno sobie wyobrażać jakie pomysły – przepraszam, Nowe Światła wypłyną z Warwick'u, które poprowadzą Lud Boży do Królestwa Bożego. Wprawdzie pokolenie znamiennego roku 1914, kalendarzowo dobiegło końca już w 2014 roku, ale to nic nie znaczy, bo przecież zawsze jakiś zagubiony świadek tamtego roku gdzieś się zabłąkał, a jeżeli wierzyć (w co nie wątpię) wiarygodnym Rocznikom, liczba Pomazańców rośnie. Jeżeli Pomazańców przybywa, to musi być jakieś celowe zapotrzebowanie, a cel jest  całkiem prozaiczny. Dlaczego pokoleniem roku 1914 miałby zakończyć się ten stary system rzeczy? Czyżby pokolenia późniejsze byłyby już nie godne zbawienia? Tym pokoleniom trzeba głosić! Następnym też trzeba głosić. Następne pokolenia, następnym itd. itd. Dramatycznych wydarzeń też będzie przybywać i oby więcej i bardziej spektakularnych, którymi będzie można budować wiarę i nadzieję w bliskie zakończenie tego systemu rzeczy. Nie sięgajmy tak daleko w przyszłość, bo teraźniejszość, też jest nie do pogardzenia.  Strachu i niepewności mamy pod dostatkiem, więc wykorzystujmy to co jest i nie domagajmy się o więcej. Taka refleksja przyszła mi namyśl po przeczytaniu tych bardzo ciekawych powyższych wpisów.


Dramatyczny obraz tamtego okresu lat 1989/1992 pisany przez Sebastiana, jest wyjątkowo ciekawy, bo nikt nie wiedział jak losy „tego świata” potoczą się dalej. Pomimo tak bardzo politycznie skomplikowanej sytuacji, i pomimo że z autopsji znana była mi możliwość wywołania histerii wśród zborowej populacji, zwłaszcza ze strony nadzorców, jakoś zupełnie dziwnie, nawet przez myśl mi wtedy nie przemknęło, że sytuacja może przeistoczyć się w Armagedon. Po prostu, blisko trzydzieści lat pozbawiony byłem prania mózgu, co w efekcie doprowadziło mnie do normalnego reagowania na ówczesne zawirowania polityczne. Czytając teraz relację Sebastiana, uzmysławiam sobie tak naprawdę dopiero w tej chwili ten ogrom możliwych spekulacji. Waliło się wszystko to, co dotąd było nie do obalenia. Każdy scenariusz opisany przez autora, miał szansę się spełnić. Przy wypranym strażnicowym mózgu z wszelkiego realizmu, każde wydarzenie przy odpowiedniej spekulacji myślowej miało swój odpowiedni zapis w biblii. Wystarczyło tylko wydobyć i odpowiednie wydarzenia oprawić w proroctwa, aby ciarki spływały po plecach tym mniej aktywnym głosicielom. Przecież nic się nie stało, że nie udał się rok 1975, bo w boskiej rachubie czasu, to tylko sekundy potrzebne na uratowanie sprawiedliwych. W tym duchu zawarte są myśli wyrażone przez Sebastiana:


Mniej więcej taki błąd popełniały osoby które na początku lat 90-tych XX wieku przychodziły do zboru świadków Jehowy. Owszem, w ewangelii napisano że dnia i godziny nikt nie zna, ale są też zagadkowe słowa o "pokoleniu które ma nie przeminąć". I wówczas, akurat w tamtym czasie "zepsuty strażnicowy zegarek" pokazywał (przynajmniej pozornie) właściwą godzinę. Mam na myśli to, że tłumaczono nam że Jezus co prawda nie podał dnia ani godziny ale podał znak swej obecności, a proroctwo zakończył słowami że "nie przeminie to pokolenie". Jeśli więc przyjęliśmy że początkiem znaku jest pierwsza wojna światowa, to oczekiwaliśmy że okres jednego pokolenia liczonego od pierwszej wojny światowej powinien zakończyć się w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. I właśnie dlatego wszystko nam pasowało. Wszystko (przynajmniej pozornie) wydawało się nam zgodne z Biblią.


Niby pokolenie się zgadza, -znaki: wojny i wieści o wojnie też.  Głodu też nie brakowało (przypomnijmy sobie tylko ten problem z pozyskaniem HUMANY dla niemowląt – dziewietnasto i dwudziesto latkowie dzisiejsi już odstępcy, mogło przecież was nie być) i co jeszcze najważniejsze, że wszystko dzieje się za jednego i tego samego pokolenia roku 1914. Pojedyncze jaskółki w prawdzie wiosny nie czynią, ale gdy wszystkie razem przylatują, wiosna jest tuż za drzwiami. W takiej mniej więcej formie z kalkowym plakatem „za pięć dwunasta”, przekonywałem moich braci, że „jest już bliżej niż myślisz”, które to powiedzenie tak wyraźnie funkcjonowało w początkowych latach 50-tych ub. wieku. Po drodze był rok 1975, potem wszystkie „znaki na niebie i na ziemi” wykorzystywano po roku 1989 i jak się okazuje, z pozytywnym skutkiem. Organizacji, do jej „prawidłowego” rozwoju, potrzebne są tylko złe wieści, które krzepią ducha. W roku 1953, lub 1954, pamiętam doskonale zachowane w mojej pamięci hasło roczne, które brzmiało: -„ Słysząc złe nowiny, nie boi się, stateczne serce ufa Jehowie”. Jeżeli po ponad pół wieku to hasło potrafię wyrecytować z pamięci, to proszę sobie wyobrazić jaki entuzjazm nas wszystkich porywał do pełno czasowej służby. Kto był zdolny wyprowadzić nas z tego odurzenia królestwem bożym. Doskonale rozumiem Dorkas, która opisuje ten swój zapał, dla którego była skłonna poświęci samą siebie i dziwić się, innym iż nie podzielają Jej zaangażowania. Oto jakie ma wspomnienia:


zaufałam Jehowie, przestałam pracować i podjęłam stałą służbę pionierską wierząc głęboko , że czas nagli... W tym czasie panował stan wojenny ale w zborze do którego należałam nikt się tym nie przejmował , było nas pięcioro stałych pionierów , głosiliśmy całymi dniami . Nikt nie wspominał roku 1975!!!  dla mnie jak i chyba dla reszty tematu nie było .(… ) Byliśmy młodzi pełni zapału dla dzieła .Wiedzieliśmy , że koniec będzie już wkrótce i nie można marnować czasu. Nie rozumiałam dlaczego Ci wychowani w prawdzie i Ci będący dłłłłługo w prawdzie zachowują postawę asekuracyjną …..Naszym zadaniem było głosić i rozniecać pionierskiego ducha . W tamtym czasie pionierzy to ci co budowali przyczółki , zawsze na czele , zdani na gościnność i hojność braci . Zapomniałam zaznaczyć , że wszyscy pionierzy to nowo nawróceni , ci którzy poznali prawdę !! Stąd pochodził nasz zapał !! byliśmy świeżym  narybkiem a głosy „słabych duchowo” szybko gasiliśmy .
Było to tez czas kiedy młodzi bracia stawali przed komisją poborową i tam przed sądami bronili imienia Jehowy .Były tez propozycje służby zastępczej ale niestety wtedy z rozporządzenia ck takie rozwiązanie było nie do przyjęcia !! wynagrodzenie pochodziło z wojska !


Dalej o samej sobie, Dorkas pisze tak:


Najpierw jednak musiałam udać się do WKU i oddać swoją kartę mobilizacyjną , napisałam uzasadnienie , między innymi powołałam się na list do Rzym 3:13-18 (…) Wojskowy odczytał mi punkt , że mogę zostać rozstrzelana a ja dumna ze swojej postawy , gotowa umrzeć dla Jehowy złożyłam wymówienie z sił zbrojnych .


Umieranie za „prawdę”, jest celem samym w sobie. Taki cel pełen mickiewiczowskiej romantycznej wyobraźni, nagle się kończy za sprawą brooklyńskich dygnitarzy dogadujących się z władzą. Jakiż to ogromny cios dla korporacyjnej polskiej starszyzny. Wytrącony z rąk najlepszy argument w podtrzymaniu „ducha” wiary w tej nowej świadkowskiej generacji. To była, a pewnie jeszcze nadal jest, ta nostalgia za tym pełnym widocznym prawie namacalnym w błogosławieństwa zakazem, o której wspomina Sebastian:


(…) kadra starsza wiekiem wspominała z nostalgią "stare dobre czasy" prześladowań.


Ta przeogromna tęsknota za pełnym i widocznym w błogosławieństwa w prześladowaniach była potrzebna, bo prześladowanie i cierpienie było wpisane w osobowość każdego głosiciela. Bez cierpienia nie ma upodobania u Jehowy, a brak tego naznaczenia nie daje przepustki do życia wiecznego. Stąd szukanie przysłowiowego guza, było nieodzowne. Jak dowiadujemy się z opisu Sebastiana, nadzieje pokładano nawet w konkordacie. Dlaczegoż by nie? Jeżeli z tego można coś oberwać i być naznaczonym do życia wiecznego. Oto czego się dowiadujemy:


Pokładano nadzieję np. w konkordacie (podpisany wiosną 1993 i nie ratyfikowany). Nikt w zborze (poza mną) nie wiedział co znaczy słowo konkordat ale każdy słyszał w TV że ktoś z polityków coś mówił że konkordat jest niebezpieczny dla mniejszości wyznaniowych. No i co niektórzy "marzyli" o prześladowaniach (a inni, zdroworozsądkowi, bali się tych "marzeń" i ewentualnego wcielenia ich w życie).


Jak widać, w tej nostalgicznej świadkowskiej populacji, było też jeszcze trochę rozsądnych widzących te „marzenia” w innym wymiarze. „Marzycielstwo” z końcówki lat 1990-tych, nie jest oryginalnym „pomysłem”, ono funkcjonowało w każdym okresie, a nieuctwo i pogarda dla zgłębiania chociażby podstawowej wiedzy w naszym otoczeniu, traktowano jako zaśmiecanie umysłu zbędną materią. To było i pewnie jest nadal normą, że co bardziej gorliwsi bracia, nie powinni mieć zielonego pojęcia o rzeczywistej sytuacji społeczno-politycznej, w której żyją. Znam to z własnego doświadczenia. W wieku lat 20, nie miałem podstawowego pojęcia o funkcjonowaniu struktur politycznych państwa. Nie wiedziałem czym jest Sejm i jaką spełnia funkcję w Państwie, co to jest Rada Państwa, jaką funkcję spełnia Premier, a jaką pierwszy sekretarz PZPR, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanych funkcjach państwowych, czy społecznych. Ta wiedza była zbędna dla sługi obwodu, ponieważ zaśmiecała moją głowę potrzebną dla głoszenia i zapamiętywania cytatów i wersetów z biblii, no i ile powinienem przysporzyć głosicieli na koniec miesiąca. a już broń boże iść do kina, teatru czy chociażby przeczytać bieżącą chociaż komunistyczną prasę lub normalną książkę po za Strażnicą – to było, pewnie jest też nadal wymagane od gorliwych braci na każdym szczeblu w Organizacji, ponieważ wtedy jest bardzo łatwo przemycać niezupełnie prawdziwe, ale „budujące” informacje. Na bardzo interesujący, chociaż z pozoru na mało ważny szczegół, zwróciła uwagę >Stella<. Ponieważ to spostrzeżenie jest bardzo wymowne w swojej treści, zamieszczam je w całości


Byłam dzieckiem jak w 89 świadków zarejestrował generał Jaruzelski było to przed wyborami,  w maju, fama głosiła że gdy to podpisywał powiedział ,przynajmniej wy mi nie wbijecie noża' nie wiem czy to była prawda, do kogo to powiedział, czy była przy tym jakaś szyszka WTSu.? wiem tylko że było to dość szeroko komentowane w zborach i moim domu.
Pamiętam jak na którymś kongresie brat w modlitwie niby prosił o siłe ale bardziej brzmiało to jak ostrzeżenie że mogą się zacząć potężne prześladowania bo władzę objął rząd nam nie przychylny. i tak staram sie to umiejscowić w czasie... to nie było zaraz po transformacji po 89 (byliśmy wtedy zachłyśnięci rejestracją) bardziej mi to pasuje do roku 2006 gdy wybory wygrał PiS. no taka moja dywagacja - troszku zeszła z głównego nurtu bo drogiego naszego Lebiodę interesuje okres 75-89 uw. ale to mi sie przypomniało


Mała dygresja: nie ograniczam się tylko do lat 75 – 89 ub. wieku, ponieważ każda wiadomość, nawet z ostatniej chwili (np. spotkanie natowskie w Warszawie br. i jego reperkusje, bo jakby nie było, też mowa przecież o pokoju) jest dla porównania interesująca. Wracam do powyższego wątku. >Stella< przywołuje tu rzekomą wypowiedź gen. Jaruzelskiego, która za Jej czasów krążyła w obiegu i była częścią podtrzymywania na duchu. Autorka dodaje również o sposobie przemycania „złych” wieści w modlitwie. To nie są oryginalne zachowania tamtych sług. Rzekoma wypowiedź Jaruzelskiego, miała tylko potwierdzić wobec świadkowskiego pospólstwa rangę legalizacji tej świętej Organizacji i wzniosłości tego aktu, pewnie z woli Jehowy. Podpis kierownika wydziału w Ministerstwie dr. Władysława Loranca był zupełnie wystarczający, aby ten proces wdrożyć w życie. Przywołanie tutaj gen. Jaruzelskiego, miało tylko charakter propagandowy i ośmiesza tylko samych autorów tej opowiastki. Podobną, chociaż inną gatunkowo wieść z mojego okresu rozpowszechniano, iż w noc lipcową roku 1950 wszystkie dzwony kościelnego Babilonu obwieszczały „radosną” wieść o zdelegalizowaniu Świadków Jehowy w Polsce. Przemycanie wiadomości w modlitwie, których nie było wskazane przekazywać wprost, było dość ogólnie praktykowanym zwyczajem. Wzorem moich starszych zwierzchników, też ten proceder uprawiałem. Nic nowego pod słońcem!


Czytając wpisy, wykluwa mi się sinusoidalny obraz Organizacji,polegający na cyklicznie rozciągniętych w czasie powtarzających się tych samych zjawisk. Jak sobie przypominam, już w latach mojej młodości, w końcówce lat czterdziestych ub wieku, żyliśmy w latach ostatecznych. Znaki na niebie i na ziemi o tym mówiły zupełnie wyraźnie. Nie będę tu opisywał szczegółów, ponieważ w tym temacie, wiele napisałem już w różnych miejscach. Sinusoida pięła się w górę, by w połowie lat pięćdziesiątych osiągnąć apogeum. Armagedon był tuż, tuż. Potem trwająca stagnacja na wyższych obrotach polegająca na „oczyszczaniu Organizacji”, o czym też już szczegółowo pisałem, spowodowało zejście poniżej osi sinusoidalnej. Wydarzenia lat Osiemdziesiątych, to nowy impuls aby krzywa sinusoidy pięła się w górę. Przyszły późniejsze lata. Dynamika tych lat, to nowy impuls. Znaki wskazują, że znów jest bliżej nisz myślisz, ale o tym, na tym Forum, pisze już to nowe pokolenie zawiedzionych (których fragmenty wypowiedzi tu zacytowałem). O następnych załamaniach linii sinusoidy, napiszą już następni, ale ci aktualnie tkwią jeszcze w głębokiej wierze nie wiedzą, że im przypadnie o tym napisać. Oni dopiero pną się na wyżyny w celu oglądania tych następnych „prawdziwych” znaków ostatecznych.


A cha! Gdy na przełomie lat 60-tych – 70-tych, moje pokolenie ówczesnych „młodych wilków”, powoli schodziło ze sceny nadgorliwych, pojawiły się nowe roczniki tzw. -wprawdzie urodzonych. Już w latach 50-tych przychodziły na świat -nadzieja naturalnego przyrostu głosicieli, czego nigdy nie było za dużo. Jak się domyślam, (bo w tym czasie już byłem przez moich gorliwych braci „przeniesiony” do klasy Filistynów), słynne obozy pionierskie miały szlifować nowe kadry nadzorców wyczulonych na pojawiające się nowe znaki końca tego systemu rzeczy. To nowe, już krnąbrne pokolenie pochodzące z naturalnego przyrostu, meandrując między Organizacją, a tym co było poza nią, wybierało często to drugie. Paradoksalnie najlepiej zapowiadający się narybek przyszłych nadzorców, tudzież harujących w terenie pionierek, najskuteczniej tę sinusoidalną wiązkę dołuje poniżej linii zerowej i wcześniej czy później zakotwiczają się w szeregach odstępczych. I tu jak bumerang wracam myślą do poprzedniego wątku, w którym „upomniałem” się za wszystkimi, którzy pozostawili część swojego życia, tudzież wykonaną pracę, której sukcesami chwali się w rocznikach Organizacją. Pytałem -retorycznie oczywiście, czy ktokolwiek otrzymał przykładowo wyrzuconej przez Abrahama niewolnicy Hagar -dzban oliwy. Z przykrością odpowiadam sobie i innym zainteresowanym, że nie istnieją żadne szanse. Organizacja wzorem innych świeckich opanowanych przez Szatana korporacji, przeszła już na wyższy stopień pilnowania swoich interesów. W poufnym podręczniku do wszystkich gron starszych zatytułowanym >Paście owieczki moje< znajduje się istotne pouczenie w pkt. 3:

Żyjemy w niełatwym społeczeństwie, w którym ludzie stają się coraz bardziej wyniośli, chciwi i skłonni do pieniactwa, co stanowi dodatkowe wyzwanie w Waszej pracy (2 Tym. 3:2-4). Co więcej, w odpowiedzi na narastające problemy społeczne rządy nakładają na przedstawicieli wszystkich wyznań pewne dodatkowe obowiązki. Jako chrześcijanie uznajemy zwierzchnią władzę Jehowy i stosujemy się do praw danego kraju, które nie naruszają prawa Bożego (Mat. 22:2; Rzym. 13:1, 2). Dlatego jest niezwykle istotne, byście jako starsi działali mądrze, kierując się rozeznaniem oraz zawsze postępując zgodnie z procedurami i wskazówkami organizacyjnymi dotyczącymi spraw zborowych związanych z kwestiami prawnymi (Prz. 2:6-9).


Cóż jesteśmy zaliczeni do niełatwego społeczeństwa, jesteśmy wyniośli, chciwi i pieniacze. Przed tymi „chciwcami” Organizację broni Dział Prawny Oddziału, nawet wtedy, gdyby chodziło tylko o ten symboliczny „dzban oliwy”, to znaczy uznanie naszego wkładu pracy dla Organizacji w określonym przeszłym czasie. W dalszej części instruktażowej zacytowanego wstępu, CK uczula swoich wykonawców narzuconego przez władzę obowiązku poszanowania prawa, aby ci prawo traktowali wybiórczo (w pouczeniu zamieniono słowo „wybiórczo”, słowem wytrychem - „mądrze”). Zresztą we wstępie instrukcji, niedwuznacznie wyjaśniono nadzorcom, jakim prawem powinni kierować się przede wszystkim, to znaczy procedurami i wskazówkami organizacyjnymi. Koniec, kropka! Dopiero gdy którykolwiek z tych ślepych wykonawców prawa broniącego Organizacji przed „pieniaczami”, zostanie „przekwalifikowany” na Filistyna, napisze swoją własną historię ale już z poziomu „pieniacza i chciwca”.


postscriptum

A tak już po napisaniu powyższego, zastanawiam się -skąd w Biurze Oddziału pojawili się „bracia prawnicy”. Jeżeli mnie pamięć nie myli, pobieranie wiedzy innej niż strażnicowej, zawsze należało do marnowania cennego czasu tuż przed zbliżającym się końcem tego systemu rzeczy. Czyżby dla wybrańców obowiązuje już Nowe Światło z Warwick?




Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #40 dnia: 05 Październik, 2016, 15:48 »
Nowe światło w sprawie Olka


Olek wg dokumentów dotąd nie odkrytych

Czy kiedykolwiek będziemy mieli wgląd do wszystkich dokumentów na okoliczność Aleksandra Rutkowskiego vel Olka? Trudno cokolwiek powiedzieć, ale co jakiś czas coś się pokazuje w ogólnym obiegu. To, na co się natknąłem, nie jest wielką rewelacją, ponieważ dotyczy bardzo wąskiej sprawy jego ostatecznego rozbratu z Organizacją, a konkretnie odbytego „komitetu” zorganizowanego przez Wiesbaden. Pierwszą i najwcześniejszą wiedzę na ten temat posiadamy z publikacji „Wierni Jehowie” wg Michała Bojanowskiego. Na okoliczność tej publikacji miałem już sposobność się wypowiadać, ponieważ w swoich założeniach, miała tylko i wyłącznie cel poniżanie lub nawet oskarżanie oponentów, a gloryfikowanie tylko własne ugrupowanie. Wskazywałem też na wiele niekonsekwencji wynikające z czytanego tekstu. Nie będę wracał do tych już napisanych opracowań ponieważ te nie zdezaktualizowały się, natomiast spróbuję skonfrontować z „dokumentami” najnowszego nabytku. Te najnowsze dokumenty napisałem w cudzysłowie tylko dla tego, że zostały opublikowane z nadania tzw. „Komitetu dwunastu”, co do którego nie mam wypracowanego zdania, jak to już niejednokrotnie się wypowiadałem, a tu wyraziłem się dość jednoznacznie. https://swiadkowiejehowywpolsce.org/index.php?topic=2529.0. Jednak w tym konkretnym przypadku, te ujawnione dokumenty mogą mieć znamiona autentyczności. Jeszcze jedna dość istotna rzecz, to ta, że ów „Komitet Dwunastu” przypisywany dotychczas według wszelkich najgorszych przypadków Olkowi, tutaj ten sam „Komitet Dwunastu”, zupełnie odwrotnie, razem, ramie w ramie z powstałym nowym „Komitetem Kraju”, przy osobistym wsparciu W. Scheidera, bezpośrednio po wyrzuceniu Olka z Organizacji, przechodzi do grona zwycięzców i rekomenduje się tak:

W związku z zawartym porozumieniem między Komitetem Dwunastu, a starszymi braćmi tymczasowo upoważnionymi do prowadzenia dzieła w kraju, Komitet Dwunastu, będzie publikował dotychczasową i przyszłą korespondencję z naszą Matką.
Wasi Bracia & Komitet Dwunastu

Oniemiałem z wrażenia! Jest to zupełnie nowa jakość, o której dotąd nic mi nie było wiadome, a dodatkowo zastanawiam się, czy nie będzie konieczności weryfikowania dotychczasowej płaszczyzny naszego rozumowania. Zastanawiam się, czy ta najnowsza historia Świadków Jehowy w powojennej Polsce, będzie kiedykolwiek wyprostowana? Ale puki co, zapoznajmy się z końcowym epizodem z życiorysu Olka w Organizacji według najnowszego przekazu tegoż kontrowersyjnego Komitetu! Ta nowa wiedza wprawdzie nie wywraca do góry nogami dotychczasowego znanego przebiegu wydarzeń dotycząca pozbawienia Olka przywileju jako „pierwszego”, ale bardziej uściśla nowymi szczegółami, a paradoksalnie nawet potwierdza bezpodstawność zarzutów wobec niego postawionych mu w publikacji „Wierni Jehowie”, o których osobiście już w moich wejściach wielokrotnie pozbawiłem tych zarzutów sensu. Chodzi mianowicie o zarzuty dotyczące zdrady i wszelkich w tym zakresie obwinień Olka. Ostatecznie pozostał tylko zarzut najniższej wagi - „rozporkowy”. Ten zarzut go pogrążył i ostatecznie za ten „wyczyn” został pozbawiony społeczności z Organizacją. Osobiście przekonuje mnie, że paradoksalnie, ten Olkowy „wyczyn” uratował Organizację w Polsce przed bardzo zaawansowanym rozłamem. Pewnie Niebo czuwało, aby ten olkowy „wyczyn” mógł się ujawnić we „właściwym” czasie. Zostawmy na razie owe przypuszczenia w zawieszeniu, a zajmijmy się przebiegiem samego procesu, na którym został pozwany Olek jako jedyny obwiniony.

Według tego co dotychczas wiemy, Komitet Sądowniczy zorganizowany został z polecenia Sługi Strefy – Wiesbaden, ale do tego czasu nie wiedzieliśmy, kto miał wchodzić w skład tego Komitetu Sądowniczego. Tak naprawdę, to w dalszym ciągu o stricte personalnym składzie nic nie wiemy. Na podstawie opublikowanego listu przez „Komitet Dwunastu”, wiemy tylko tyle, że ów zespół sądowniczy miał składać się z osób „neutralnych” - cokolwiek miałoby to znaczyć. Tymczasem grupa osób z ramienia obwinionego Olka obserwująca rozprawę komitetu, wysłała zażalenie do brata Knorra na przebieg tego procesu, ponieważ ich zdaniem zostały naruszone zasady jakie powinny być zachowane. Owa grupa kontestuje niezachowanie w/w „neutralności”. Oto ich zastrzeżenia opisane w zażaleniu:

(...) Ponieważ byliśmy bezpośrednimi świadkami rozpatrywania sprawy brata Olka przez tzw. „neutralny" komitet powołany przez braci w Wiesbaden czujemy się zobowiązani do poinformowania Cię o następujących wydarzeniach. Decyzją tego „neutralnego" komitetu, brat O. uznany został winnym niemoralności /nocowanie w jednym pokoju z siostrą, która nie była jego żoną/ i wykluczony ze społeczności. Na skutek tej decyzji brat O. wycofał się z dotychczasowego przywileju służby, przekazując prowadzenie pracy w kraju na ręce komitetu przez Ciebie zamianowanego. Brat O. oczekuje teraz na Twoją ostateczną decyzję. Ponieważ bracia z Wiesbaden zapewniali, że rozpatrzenie sprawy brata O. powierzyli w ręce neutralnego komitetu, byliśmy zaskoczeni widząc braci, którzy wchodzili w skład tego komitetu, a którzy od samego początku brali udział w buncie. Stąd sposób rozpatrywania sprawy oraz końcowa decyzja była stronnicza i tendencyjna. (...) Powołanie stronniczych osób do "neutralnego" komitetu jest dalszym dowodem sympatyzowania (Wiesbaden -dopisek mój) z buntownikami.(...)          Komitet Kraju        (sygnowany tu Komitet Kraju, to jeszcze nie rozwiązany komitet związany z Olkiem – dopisek mój)

Przedstawicielom powyższych zastrzeżeń, lub „pisarzom”, jak określił tych samych sam adresat - Knorr, odpowiedział tym czującym się oszukanym, w dość ostrych słowach. List z odpowiedzią miał napisać sam Knorr, lub był przez niego dyktowany, jednak z treści wynika, że pismo zostało napisane przez anonimowego osobnika, pewnie na polecenie Knorra. Podobny w treści list do tych samych adresatów, w tej samej upokarzającej formie, napisał Sługa Strefy z Wiesbaden. Obydwa listy mają dość ostrą wymowę, a nawet sugerując, iż występujący w obronie Olka napisali owo zażalenie pod dyktando „sąsiadów”. Pomijając wszelkie gorzkie w wyrazie treści, na mnie zwróciło jednak uwagę to, iż w listach nastąpiła pewna próba  usprawiedliwienia się lub wyjaśnienia dlaczego ten proces w ogóle zaistniał. Przy okazji dowiadujemy się, że Olkowy „wybryk” to nic nowego, lecz tylko odgrzany kotlet, o którym wiedziano już przed jego wyniesieniem do godności „Pierwszego”, a przynajmniej o tym wiedziano w Wiesbaden. Wiesbaden, pomimo ostrego zrugania swoich kontestatorów, wyraźnie tłumaczy się z tego, że wiedząc o Olkowym „wybryku”, pozostawiło sprawę bez dalszego biegu. Tłumaczenie jest dość mętne. Wiesbaden badało Olka pod tym względem, ale owo badanie wykazało że jest „czysty”. To badanie polegało na tym, jakby pytano złodzieja czy to czasem nie on ukradł rower, ale ten odpowiedział, że w życiu nie ukradł, więc skoro tak twierdzi podejrzany, uznano, że nie ukradł i już!

Dość dziwne jest to tłumaczenie, bowiem nawet nie pytano o potwierdzenie tego ową siostrę, chociaż z moich doświadczeń wiem, że stojący niżej w hierarchii postawionemu bratu takiego zarzutu, na sucho by nie uszło. Owa siostra w krzyżowym ogniu pytań wyśpiewałaby z nawiązką. Znam taki przypadek z autopsji -chodziło o sługę obwodu. W tym konkretnym Olkowym przypadku zadziałał odpowiedni autorytet namaszczający go na przyszłego „Pierwszego” w Polsce. Jeżeli w Wiesbaden już na początku lat 60-tych znany był ten Olkowy przypadek, i pomimo to, powierza mu się „Dzieło” w Polsce, świadczy, że namaszczający go autorytet miał bardzo duże wpływy, a tym samym, t. zwane kryteria „czystości”, którymi tak bardzo ruguje skarżących się „pisarzy” z Polski, jest tylko frazesem stosowanym wybiórczo. Teraz możemy zrozumieć potraktowanie przez ówczesny Brooklyn skarg wysyłanych tam przeciwko despotycznym traktowaniom przez Scheidera swoich „podwładnych”. Ich uzasadnione skargi trafiały zawsze na przysłowiowy „Berdyczów”.

Nic dziwnego jak wynika z pisanego listu z brooklyńskiego matecznika, że cały zespół osób przypisany Olkowi, został potraktowany tak samo chyba, że co niektórzy przywdziewając wór pokutny, zostali odesłani na okresową kwarantanne. Ale jednak nie wszystkich. Zostali wybrańcy, których „Komitet Dwunastu” wyróżnił. Są to:

W.J. Scheiderowie, Z. Adacha, J. Wasilowskiego, E. Kwiatosza, A.N. Wojtyniaka, J. Ferenca, P. Kucińskiego, R. Stawskiego, W. Kalinowskiego, E. Frąckowiaka, T. Pałki i wielu innych.

Nie wiadomo kto jeszce jest zaliczony do tych  - i wielu innych - ale następnie ów komitet dodaje:

Należy podkreślić, że bracia ci nigdy nie współpracowali z Olkiem. Natomiast tym braciom należy bezwarunkowo podporządkować się i wiernie z nimi współpracować.

Ten ostatni akapit dodany przez „Komitet Dwunastu” jest bardzo służalczy wobec swoich nowo pozyskanych przyjaciół, więc stwierdza po prostu wierutną nieprawdę. Wszyscy ci współpracowali z Olkiem, bez względu na to, czy osobiście darzyli go sympatią czy nie. Następnie jeżeli przyjąć kryteria „czystości”, o których tak czule pisał Knorr do „pisarzy” pouczając ich jak ta nieobyczajna „czystość” bardzo szkodzi Organizacji, to co najmniej dwom z w/w wymienionych z listy, taki sam komitet należałoby wytoczyć jak Olkowi. Tylko ze względu na spokrewnioną osobę, która wchodzi na to Forum, nie wymienię nazwiska, ale ich sentencja życiowa jest (była) ujmująca. Co to za grzech jak sobie włożysz, poruszasz i wyciągniesz -przecież to nie żaden grzech! Jak widać nie każda taka „nieczystość” szkodzi Organizacji chyba, że wymagają tego „wyższe” potrzeby, a wtedy również jego zasługi takiego delikwenta, trzeba koniecznie wykasować.

Listy z których tu korzystam są w moim posiadaniu. Nie mogę ich opublikować w całości, ponieważ nie otrzymałem takiego zezwolenia, ale prawdopodobnie ukażą się w publicznym obiegu.


Postscriptum

Reasumując wszystko co z powyższego wynika, wszystkie najcięższego kalibru oskarżenia wytoczone przeciw Olkowi, czego doczytujemy się z publikacji „Wierni Jehowie”, z tą wiedzą, która wynika z wymienionych korespondencji, nic się nie ostało jeno sznur – parafrazując Wyspiańskiego. W obliczu tej nowej korespondencji, wymagane jest też spojrzenie na dotychczasowy mój własny dorobek przy zmaganiu się z zawiłą postacią Olka. Potrzebna jest korekta pewnych jego zachowań i nie tylko jego, w określonym czasie. Należałoby wnieść wiele poprawek do tych już prze zemnie opisanych, przynajmniej w ujęciu chronologicznym. Na temat Olka pisałem już wiele w różnych konfiguracjach. Próbowałem zestawić go z wielu osobami i jak się potem okazało, nic z tego nie wychodziło, ponieważ nie było nigdy wyraźnego spoiwa, które mogłoby logicznie wyjaśnić te powiązania. Olek nie pasuje do Wróbla, którego z łatwością połączył autor publikacji „Wierni Jehowie”, ale też do żadnych innych postaci chociażby chcąc odpowiedzieć na pytanie, które kiedyś zadałem: czy Olek jest „kłosem”?. Już teraz wiemy dokładnie kim był Wróbel, zidentyfikowaliśmy również „kłosa”. Błąkając się między prawdą i podrzucanymi nam odpowiednio „opracowanymi” materiałami, ciągle brakuje tego właściwego spoiwa, które mogłoby umieścić tę kontrowersyjną postać we właściwym miejscu. Na przestrzeni dekady lat 1956 do 1966, Olek odegrał bardzo istotną rolę w Organizacji i tego niczym nie da się zniwelować. Proszę zauważyć, że w analogicznym czasie zaistniało wielu ważnych dysydentów, którzy odeszli w „niełasce”, bez komitetu i nikt ich nie wzywał aby cokolwiek wyjaśniali pomimo, że ich „przewinienia” dotyczyły troski pomiędzy (a może dla tego?) „pryncypałem, a podwładnymi” polegające na wewnątrz-organizacyjnych donosach. Na Olku, natomiast ciążyły zarzuty zdrady, współpracy z władzą polską i ZSRR, w tym pomoc w uśmierceniu brooklyńskiego emisariusza na radziecko-polskiej granicy. To nieważne, że tych zarzutów formalnie mu nie postawiono, ale z tych zarzutów nigdy nie został oczyszczony. Te zarzuty w publikacji „Wierni Jehowie”napisanej na zamówienie już w późniejszym okresie, krążą i obciążają go nadal. Tymczasem bardzo świeże „przewinienia” tych pierwszych przechodzą jakby niezauważone, natomiast „furorę” robi jedyny Olkowy incydent sprzed lat. I co istotne, w okresie ścisłej konspiracji, bez obawy zdrady ze strony pozwanego, tego zdrajcę zaprasza się na „Komitet”, w którym biorą udział przedstawiciele z zagranicznego Wiesbaden. Być może to ostatnie zdanie, dla młodszego czytelnika nie działa na wyobraźnię, ale ci, którzy w tamtym czasie byli jeszcze czynnymi głosicielami, wiedzą o czym piszę.

Tak spektakularne wyizolowanie Olka z Organizacji, miało najprawdopodobniej inne podłoże. Piszę warunkowo „najprawdopodobniej”, ponieważ na dzień dzisiejszy nie posiadam(my) wszystkiej wiedzy o tym, co faktycznie działo się w tym czasie w polskiej Organizacji. Postać Aleksandra Rutkowskiego vel Olka, jest wyjątkowa, aby tak po prostu przejść do porządku. Wiedza faktologiczna o nim, jaką w tej chwili dysponuję, ogranicza się tylko do tego, że taki był i może jeszcze tylko do parę mało istotnych zapisów pochodzących od t.w., wspomnianych tak jakby mimochodem. To zbyt mało jak na osobnika, z którego powodu doszło do przewrotu w Organizacji Świadków Jehowy w Polsce. Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że w archiwach państwowych powinna znajdować się obszerniejsza o nim wiedza. Wiele na to wskazuje, że służby PRL nie mogły nie zauważyć jego obecności w strukturach kierowniczych Organizacji. W opanowanej Organizacji przez tajnych wywiadowców, jest mało prawdopodobne aby tej postaci, nie było możliwości namierzyć i aresztować w każdej chwili, tym bardziej, że według naocznych świadków, nie przestrzegał on rygorystycznie warunków konspiracji. Wokół niego, na dłużej lub krócej, wielu zaliczało wpadki, tymczasem jego nie tykano. Nawet Michał Bojanowski w „Wierni Jehowie”, stawia mu pod tym względem zarzut. W tym przypadku podzielam ten „zarzut”, ale w zupełnie innym kontekst-cie, niż chciałby to widzieć autor tego opracowania. Mam wrażenie z pewną dozą prawdopodobieństwa, że jeżeli na temat Olka żadnych opracowań służb bezpieczeństwa byłej PRL nie ma, to znaczy, że takie opracowania istnieją, lub istniały. Jeżeli tylko „istniały”, to jedynie z „ważnych” powodów już ich nie ma. Ale jeżeli jednak istnieją? Wtedy moglibyśmy potwierdzić, lub zweryfikować nasze przypuszczenia!




Offline Lebioda

Odp: Na początku był Olek… Zanim rzucę ten „kamień”
« Odpowiedź #41 dnia: 12 Październik, 2017, 19:18 »
Komitet Dwunastu? - Co to za twór?


Okres historii Świadków Jehowy w Polsce po 1950-tym roku ubiegłego wieku jest ciągle do końca nie rozpoznany pomimo że już wiele szczegółów znamy, to ciągle istnieją znaki zapytania. Nigdy nie udało nam się zakończyć rozpoczętego rozpoznania ponieważ zawsze istnieją przeszkody niepozwalające postawić kropki nad „i”. Znany w tamtym okresie tzw. „Komitet Dwunastu”, jest jednym takim przykładem, który wtedy był odmieniany we wszystkich przypadkach, tudzież przyklejany każdemu – na kogo przypadnie … na tego bęc. Ponieważ pojawiła się jak gdyby nowa nieznana dotąd wiedza (?), postanowiłem powrócić do tego dziwacznego tworu. Jak zwykle bez ostatecznego rozstrzygnięcia, ze znakiem zapytania.

Działalność o takiej nazwie powstała na początku lat sześćdziesiątych ub. wieku. Twór ten był wymierzony w podziemną działalność przeciw Organizacji Świadków Jehowy. Taki przynajmniej zapis znajdujemy w „Najdłuższej Konspiracji w PRL” według Jerzego Rzędowskiego. Osobiście z tworem tej nazwy zetknąłem się w połowie lat sześćdziesiątych, gdy na mój adres pocztowy dotarły w krótkich odstępach czasu trzy zwykłe korespondencje listowne sygnowane tą nazwą jako nadawcy. Nie było to dla mnie jakimś nadzwyczajnym zaskoczeniem, ponieważ o tym enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, w zborach było już głośno. Nazwa tego komitetu była jednak kojarzona ze zdrajcą, niejakim „Jakubem”, ale Olka jeszcze nie kojarzono w tym zestawieniu.

W prawdzie Jakub Rejdych w raz ze sowim bratem Wiesławem i innymi stanął na czele komitetu, ale był to tzw. „Komitet Piętnastu” i powstał jeszcze przed późniejszą „dwunastką”, ubiegający się o zalegalizowanie zupełnie innej grupy wyznaniowej, też o charakterze „badackim”,ale bez Brooklyn-skiego namaszczenia. W jakich okolicznościach ta grupa piętnastu osób wystąpiła do władz PRL-u o tę legalizację, w miarę obszernie pisałem już w poprzednich moich wejściach na tym forum. Do „Olka” Rutkowskiego jeszcze wrócę.

Jak sobie przypominam, były ostrzeżenia, aby przypadkiem żadnej literatury od tych („dwunastu”) nie przyjmować, a szczególnie strażnicy. Były też instrukcje jak tego rodzaju korespondencje odsyłać i pod żadnym pozorem jej nie czytać. Niestety, na tę okoliczność niedawno poznałem inną opowieść pochodzącą od brata z terenu Polski Wschodniej. Nie jestem upoważniony do posłużenia się jego imieniem i nazwiskiem, który opowiada swoje przeżycia pochodzące mniej więcej około roku 1965. W tym czasie był sługą obwodu, pracował pod kierownictwem sługi okręgu Mieczysławem Cyrańskim. Na postawione pytanie: - co to był za twór „Komitet dwunastu”? Ów brat po głębokim namyśle, lub przywołaniu osobistych wspomnień, nie potrafił się do tego odnieść. Przedstawił natomiast panującą wokół niego sytuację -ciekawą zresztą.

Był to mniej więcej okres po przełomie, gdy udała się w polskiej Organizacji Św. J., rewolta związana z przejęciem kierownictwa przez scheiderowców po odsunięciu olkowców. W tym okresie utrzymywała się jeszcze krótko na niektórych obszarach Polski dwuwładza. Nasz brat w tym czasie był w okręgu olkowców i jak zrozumiałem, tym okręgiem kierował jeszcze sługa okręgu Mieczysław Cyrański. W tym gronie toczyły się dość istotne dyskusje dotyczące osoby Olka, ponieważ scheiderowcy wytoczyli już przeciw niemu szereg poważnych zarzutów dotyczących zdrady Organizacji, tudzież zarzutów obyczajowych. W/g naszego brata, sługa okręgu Cyrański będący, zresztą jak wielu innych sług okręgów, „podwładnym” Olka jako pierwszego w kraju, nic z tych krążących zarzutów nie potwierdzał, a nawet zdecydowanie opowiedział się w jego obronie. Wśród sług obwodów nastąpiła konsternacja ponieważ chcieli poznać rzeczywistą przyczynę powstałej sytuacji. Scheiderowcy przypuścili bardzo ostry atak przeciwko Olkowi i jego grupie. Nastąpił wyraźny rozłam wśród zborowej populacji, ale też wśród szeroko rozumianego nadzoru. Znający osobiście Olka, raczej nie uwierzyli w krążące zarzuty i zostali mu wierni. Scheiderowcy przypuścili niewybredne ataki na tą grupę obrzucając tych epitetami - zdrajców. Pomimo, że powstały grupy (komitety) mające łagodzić te konflikty i ukierunkowywać na pojednanie, grupa olkowców była wyraźnie ignorowana w tym zakresie i niedopuszczana do osób, którzy na miejscu mieli regulować i likwidować nieporozumienia i konflikty. Tyle dowiedziałem się z nagranych wypowiedzi brata B., nadesłanych mi przez brata Juliana Grzesika. Próbowałem nawiązać korespondencje mailową z br. B. Przy pomocy Juliana G., ale nic z tego nie wyszło. W prawdzie niewiele jest tu szczegółów, które były by przydatne, ale już z tej krótkiej relacji można pokusić się na pewne wnioski.

Analizując to opowiadanie zastanawia mnie, dlaczego pytany brat nie potrafił odpowiedzieć nic konkretnego odnośnie „Komitetu Dwunastu”. Z innych źródeł wiemy, że Scheiderowcy obwiniali Olka o bardzo dużo bezeceństw i również przypisywano mu związanie się z „komitetem dwunastu”. W takiej głośnej sytuacji brat B. powinien cokolwiek o tym wiedzieć lub słyszeć. Tymczasem o tych zarzutach wobec Olka nic nie wspomina, natomiast opowiada jak jemu zarzucano zdradę i głośno nawet na ulicy za nim krzyczały siostry ze zboru mniej więcej tak: - oto tu idzie zdrajca! Jak wyjaśnić taką niespójność? Brat B. mimochodem, jakby zupełnie bez związku opowiada, że z tego okresu niewiele wie, ponieważ w tym czasie został zatrzymany prze MO, za niestawienie się do odbycia służby wojskowej. Tu wyjaśnia się wszystko. W tym wczesnym okresie zantagonizowane grupy widziały bezpośrednich przeciwników w swoim bezpośrednim środowisku. Olka tu nie było, a gdyby nawet, to i tak nie wielu w zborach go znało, a ponadto jak znam to z autopsji, te „porachunki” z „najwyższej półki”, w bardzo okrojonej wersji były bardzo reglamentowane i docierały raczej drogą pantoflową: - ja ci coś powiem, ale nie opowiadaj tego nikomu! Wszystkie paszkwile zarzucane Olkowi, w tym jego osobisty współudział w enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, pochodzą już z późniejszego okresu i rozpropagowane poprzez publikację autorstwa M. Bojanowskiego w „Wierni Jehowie” pisanej już jak można domniemywać na zapotrzebowanie wewnętrzne. Zresztą oficjalnie nic z tych zarzutów Olkowi nie zarzucono, oprócz sprawy rozporkowej, którą można było zarzucić już nie jednemu z tego samego grona „wiernych Jehowie”.

Jeżeli wierzyć Jerzemu Rzędowskiemu, a nie ma powodu żeby było inaczej, ten „komitet dwunastu” jest zupełnie sztucznym tworem, pod którym to kryptonimem były fingowane przekazy mające na celu szerzyć destrukcje wśród całej  świadkowskiej populacji. Mając do dyspozycji w tej chwili dostęp do tych „utworów literackich” stamtąd pochodzących, można by się pokusić na charakterystykę autora, lub autorów tych wydawnictw. Każdy autor piszący w „strażnicy” sygnowanej owym komitetem, jest anonimowy, zresztą naśladując oryginał. Na pewno nikt z tych, nigdy nie był Świadkiem Jehowy, ani też bliżej nie znał sposobu bycia, życia i obyczajów obowiązujących w Organizacji. Wszelka wiedza jest tylko teoretyczna opanowana przez kursanta na przyśpieszonych wykładach teoretycznych, są widoczne braki w opanowaniu idiomów. Po niżej (próbka) krótki fragment z tzw. „strażnicy”:

>Jest faktem godnym ubolewania, że w tak ciężkich dla nas chwilach grupa prowokatorów kolportuje dokumenty, szkalujące brata Wilhelma. Nie powstrzymuje ich nawet ta okoliczność, że ten brat jest aresztowany i nie ma możliwości odpowiadać na fałszywe zarzuty. Lud Boży jednak właściwie oceni tych mącicieli i potwarców.
Wśród sług Okręgów znaleźli się również tacy, którzy się cieszą z aresztowania brata Wilhelma. Nie podobała im się poprzednio surowa dyscyplina i ład Boży, wprowadzony do organizacji przez brata Wilhelma. Będą teraz w ogólnym zamieszaniu mogli ukryć spokojnie swoje kombinacje finansowe, a przede wszystkim odpisać ze stanu martwe dusze i zmniejszyć do połowy, to jest do rzeczywistych rozmiarów, statystyki wykazujące ilość głosicieli.
Organizacja teokratyczna w Polsce nie ugięła się jednak pod żadnymi ciosami Goga z Magog. Ponieważ czuwa nad nią niezwyciężony, nieugięty król Jezus Chrystus i sam Jehowa Bóg.
Apelujemy do wszystkich głosicieli w Polsce, aby na cele obrony brata Wilhelma każdy z nich wpłacił na ręce swojego sługi Obwodu co najmniej 100 złotych w terminie możliwie najwcześniejszym.

                                     KOMITET DWUNASTU
.<

Pisownia i styl pisma, nie wnikając już w samą treść, wskazuje, że autor powyższego tekstu musiał by jeszcze dużo i długo poćwiczyć, zanim udałoby mu się tę samą treść przemycić w strażnicowym stylu. Styl pisma wskazuje, że nikt z byłych Świadków Jehowy nie brał nawet udziału w komponowaniu, tudzież korekty jego treści. Jeżeli współcześnie czytam te rewelacyjne doniesienia, tzw. komitetu dwunastu, to mogę potwierdzić, że teraz wiem o czym w tamtym czasie pisali i jaki cel chcieli osiągnąć autorzy tych sensacji. Niestety, gdybym te same teksty czytał w latach sześćdziesiątych ub. wieku, żaden z tych przekazów nie zrobiłby na mnie żadnego wrażenia, a ponadto prawdopodobnie nie doczytałbym żadnej treści do końca. Jeżeli tego rodzaju pisma nawet docierały do kogokolwiek, zawsze trafiały w próżnie. Z tamtejszej zborowej populacji, w większości nikt nic nie wiedział o wydarzeniach, rozgrywających się w Organizacji na szczeblach kierowniczych kraju, a te, które doszły co najwyżej do sług zborów, były już odpowiednio tak „zmodyfikowane”, że każdy z nas „wiedział”, kto tu praw, a kto winowat.

Autorom tych przekazów zależało, aby na dołach Organizacji wzbudzić trend do wyjścia z podziemia. Chodziło o zmiękczenie dołów aby przy ich pomocy zmusić decydentów do wyprowadzenia Organizacji z podziemia. Podsuwano nawet znane nazwiska, które mogłyby wykonać odpowiedni ruch w tym kierunku. Faworytem był Romuald Stawski (Romek), ale nie do odrzucenia był również Aleksander Rutkowski (Olek). W tym kontekście, można by się zastanowić, dlaczego nie postawiono na grupę radykała Stanisława Rejdycha (Jakuba). Grupa Rejdycha (Jakuba) w opisach komitetu 12, ale nie tylko, bo również Czesława Stojaka, tudzież Władysława Szklarzewicza, przedstawiano jako głównych zdrajców „ukochanego” brata Wilhelma, który z ich przyczyny został aresztowany i odsiaduje karę we Wronkach. To przecież od tych grup pochodzi słynne zapytanie skierowane do brata N. Knorra: „Dlaczego w Polsce sama myśl o legalizacji musi być pomysłem samego Szatana Diabła?” Oczywiście, odpowiedzi nigdy się nie doczekano. Wytłumaczenie jest moim zdanie bardzo proste. Wskazywanie na tych, jako uzdrowicieli Organizacji, gdzie w każdym zborze było przekazane drogą teokratyczną i każdy głosiciel wiedział, że ci od „Jakuba” byli „rzeczywistymi zdrajcami”, byłoby strzelanie sobie w piętę. Komitet 12, żeby uwiarygodnić swoją misję, musiał „lojalnie” być za, a nawet przeciw. Tego zwrotu klasyka L. Wałęsy, nie użyłem tu tylko dla podkreślenia swego rodzaju morału, ale chcę uzmysłowić, że w takiej formie szły w zaklejonych kopertach przekazy od tego zacnego komitetu. W tych przekazach te same osoby mogły być uświęcone łaską Boga Jehowy, i jednocześnie opętane przez Goga i Magoga tudzież przez samego Szatana diabła. Dla redaktorów tych tekstów taki galimatias słowny nie kłócił się ze zdrowym rozsądkiem. Jest jednak w tym całym galimatiasie >„za, a nawet przeciw”<, pewne nienaruszone tabu i to we wszystkich dostępnych dla mnie kopii dokumentów z IPN-u, w tym oczywiście „twórczości” „Komitetu 12”. I tu jak zwykle chodzi mi o bardzo znaną z tamtego okresu postać właśnie Aleksandra Rutkowskiego – Olka. Po prostu taka bliżej nie określona postać, bez wyrazu, ale zawsze istnieje w tle. Chociaż nie zupełnie...!

W zupełnie rzeczowym stylu, list sygnowany podpisem „Komitet Dwunastu” z roku 1966, przedstawia sprawę Olka w orzeczeniu wysłanników z Wiesbaden. Ale żeby nie było tak zupełnie klarownie, jak zwykle, ów „komitet” jest „za, a nawet przeciw”. W liście jest krytyka o nie odpowiednim potraktowaniu podsądnego i jego grupy, natomiast z treści wynika, że „komitet” ma bardzo dobre nawiązane stosunki z nową pro scheiderowską grupą po odejściu Olka. Więcej o w/w liście napisałem już wcześniej w poprzednim wejściu powyżej.

Skąd u tych autorów, taka wielka wiedza o wnętrzu organizacyjnych perturbacjach? No cóż. W tym czasie w końcówce lat 5o-tych i początku lat 60-tych ubiegłego wieku, rozkład organizacyjny na samym szczycie zarządzania w Polsce był tak rozdygotany, że można śmiało stwierdzić iż rozłaził się w szwach. Zbyt wielu „generałów”, którzy w boju zdobywali doświadczenia i awanse, zaraz po 1956 roku zostali odstawieni przez sługę oddziału br. Wilhelma. Wielu odczuwało osobistą frustrację. Nabyte doświadczenia podczas pracy w pełnej konspiracji, od tej chwili są tylko zwykłym nieużytecznym balastem. Podejrzliwość pryncypała i niepewność swojego losu, dość sprytnie została wykorzystana przez Sb. Powstanie ściśle tajnych współpracowników tych służb wewnątrz kadry zarządzającej Organizacją, spowodowało, że bez większych zabiegów Sb., mogła przejmować każdą wiadomość na każdym etapie jej powstawania. Sb. Przejmowała wszystkie ( no prawie wszystkie ) skrytki korespondencji i (prawie) wszystkie szyfry używane z biurem strefy i centralą w Brooklynie. Można podejrzewać, iż w wyjątkowych okolicznościach, nawet ingerowała w zawartą treść w celu realizacji głównych zadań dotyczącej >Dezinformacji i Dezintegracji< przydzielonych grup wyznaniowych IV Departamentu MSW – Wydziału III-go. To tam istniała komórka pod kryptonimem >Komitet Dwunastu<

Czy w tym „komitecie” zatrudniano Tw ? Bardzo w to wątpię. W tych ściśle tajnych komórkach nie było to możliwe, natomiast chętnie wykorzystywano ich donosy i chociażby pozyskiwanie adresów do których rozsyłano jakby dzisiaj można określić odpowiednio spreparowane „newsy”. O samych listach powiedzieliśmy już dużo, ale ja chciałbym się zastanowić jak pozyskiwano adresy, do których te treści dochodziły. Pozornie niby prosta sprawa, bo adresy mogły być dostarczane przez pocztę, która była penetrowana przez odpowiednie służby, Milicję Obywatelską, tudzież Urząd Meldunkowy. Niby proste jak przysłowiowy drut, ale ja jednak ten niby prosty drut trochę pokrzywię. Już kilka razy na tym forum potwierdzałem, że takie listy od tego nadawcy też otrzymałem. Adres, jak adres zwyczajny pocztowy, imię i nazwisko, miejscowość, ulica, numer domu – wszystko się zgadzało. Zwróciłem już w tamtym czasie na pewien szczegół, ale wtedy  przeszedłem do porządku jako nieistotny detal. Dziś, gdy ten temat analizuję, postanowiłem zastanowić się nad tym jeszcze raz. Ponieważ metrykalne prawidłowe moje imię to: - Leonard, i gdyby mój adres został dostarczony do tej „instytucji” przez, którykolwiek z w/w urzędów, takie imię powinno być w adresie. Tymczasem w adresie widniało imię – Leon. Na pewno nie było to imię celowo zdrobnione. Tym imieniem posługiwałem się przez cały okres mojej obecności w Organizacji, począwszy od pierwszych kroków nowicjatu, aż do samego opuszczenia, a konkretnie do chwili wyrzucenia mnie. W międzyczasie nie posługiwałem się żadnym pseudonimem, gdy przez pięć lat udzielałem się pełno czasowo w konspiracyjnej działalności, zawsze rozpoznawalny byłem pod tym imieniem. Nawet wielu w zborze macierzystym nie znało mnie pod imieniem metrykalnym, chociaż z nazwiska to już tak. Wniosek nasuwa się sam. Organizacja na każdym szczeblu była nasycona pozyskanymi tajnymi współpracownikami Sb. Stąd „komitet 12” czerpał dane o wszystkim co działo się w każdej komórce organizacyjnej i uzyskiwał wykazy adresów do potencjalnych adresatów. Pośredni wniosek byłby taki, że ów enigmatyczny „komitet dwunastu”, wbrew starszyźnie krajowej, w odpowiednim czasie, w znacznej mierze stał się późniejszym przyczynkiem wyjścia Organizacji spod ziemia.

Czy na podstawie powyższego, zbliżyliśmy się do wyjaśnienia tego epizodycznego, ale w Organizacji drażliwego wątku? - Nie wiem!