Witaj, gościu! Zaloguj się lub Zarejestruj się.

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Autor Wątek: Miłosierdzia bardziej pragnę niż ofiary.  (Przeczytany 433 razy)

Offline Tazła

  • Mistrzyni Ciętej Riposty
  • Wiadomości: 2 304
  • annamaria7504@gmail.com
Miłosierdzia bardziej pragnę niż ofiary.
« dnia: 02 Październik, 2017, 18:46 »
 
      Na początku wyjaśnię,  skąd się wziął mój nick.
Byłam już wykluczona, podczas zakupów spotkałam dwie panie, które były śJ. Gdy je minęłam usłyszałam za swoimi plecami.
- To była córka siostry Janiny
- Która, ona ma dwie?
- Ta zła.
I tak to  świadkowa mnie nazwała, a ja postanowiłam upamiętnić.


     Moja matka będąc ze mną w ciąży, zaczęła przygodę ze świadkami Jehowy. Gdy się urodziłam, jej wiara nie była jeszcze na tyle silna, aby mnie nie zanieść do kościoła i nie ochrzcić.
Po tej rodzinnej imprezie, którą krewni i znajomi długo wspominali, dostała burę od prowadzącej z nią studium siostry. Jak mogła tak postąpić, skoro wie jaka jest prawda?
Dowiedziała się też, że czarno widzą jej bycie w szeregach organizacji bo jest bardzo niestabilna. To tak podziałało na moją rodzicielkę, że postanowiła udowodnić wszystkim braciom w zborze, że ona jednak się nadaje. I ku uciesze jej opiekunki, a na moją zgubę stała się ortodoksyjnym świadkiem.
Jej parcie na raj musiało być naprawdę silne, skoro dwa razy w tygodniu pchała wózek ze mną i uwieszoną przy nim moją sześcioletnią siostrą kilka kilometrów przez las, aby jej przewodniczka duchowa nie musiała iść zbyt daleko na studium.

Dla niej to było wyzwanie, jednak dla nas jej dzieci to była prawdziwa próba sił. Wiele razy wspominała, że siostra nie chciała już iść, płakała że bolą ją nóżki. Wtedy matka straszyła ją wilkami, albo że zostawi ją w lesie. Na mnie to nie działało, niewiele rozumiałam, za to robactwo gryzło mnie niemiłosiernie, co siostra przewodniczka tłumaczyła próbą z niebios. Ponoć wydzierałam się niesamowicie, przeszkadzając w edukacji nowo zwerbowanej.  Ciekawa jestem dla kogo to była próba? Dla matki, jak bardzo jest w stanie narażać swoje dzieci? Czy dla mnie, jak wiele potrafię wytrzymać?
Dziś gdy analizuję te opowieści, widzę że świadkiem to ja od pieluch nie chciałam być.

Jak widać świadkowie Jehowy towarzyszyli mi można powiedzieć od poczęcia. Później było tylko gorzej. Byłyśmy z siostrą ciągane kilkanaście  kilometrów dwa razy w tygodniu na zebranie. Nieważne, deszcz czy śnieg, upał czy trzaskający mróz, szłyśmy, wiele razy pochlipując z zimna lub zwyczajnie z buntu. A buntować to ja się potrafiłam już od małego. Czym bardziej byłam poszturchiwana lub bita za złe zachowanie na zebraniu, tym bardziej przyrzekałam sobie, a czasem i wykrzyczałam matce, że nie będę nigdy świadkiem, głupim świadkiem. Można sobie tylko wyobrazić jakie były reakcje dorosłych. Dostawałam później podwójne manto, raz za wstyd jaki przyniosłam,  a dwa za niegodziwe zachowanie względem najwyższego.

Gdy mijała mnie złość, wtedy chciałam się podobać Jehowie, czasem nawet bardzo chciałam i  starałam się być poprawna, wręcz taka jak z obrazka w strażnicy.
 Wyrastałam w poczuciu bycia lepszym. Tak, w takim poczuciu, ponieważ to wyznanie uważa się za wybrańców Boga, jednych- jedynych. Każda inna religia jest gorsza i opiera się na bzdurnych filarach. A Kościół Katolicki to już w ogóle, oni to czczą bałwany, wierzą w matronę i wiele innych bzdur.
Pewnie, tak się mówi tylko i wyłącznie w zamkniętym gronie nigdy publicznie. Przecież ogólnie są uważani za przyjaznych i tolerancyjnych.

 Nie wiem ile miałam lat, ale pamiętam jak przez mgłę wojnę rodziców o obrazy jakie wisiały w domu. Świadkowie pociskali matkę, że powinna usunąć, bo wiadomo jeśli nie ma dość odwago aby to wywalić ze swojego domu, nie może być Świadkiem.
Ojciec się temu sprzeciwiał i tak się przepychali, aż pewnego dnia bawiłam się na podwórku i za studnią w krzaku bzu znalazłam jeden z obrazów.  I jak to dziecko wyciągnęłam i mówiłam Bozia jak babcie uczyły. O jak matka wtedy na mnie nakrzyczała, nawet mnie poszarpała, że  nie wolno mi tak mówić, bo to się Jehowie nie podoba. Później ten obraz wisiał u dziadków, rodziców mamy.
Stopniowo, stopniowo wyzbywała się z domu starego, a wprowadzała nowe. Ojciec się chyba do tego przyzwyczajał bo awantur było coraz mniej. Ja zaś sobie rosłam i rosłam i miałam nawet zadatki na bardzo prężnego ŚJ.  Czy te moje zapędy były szczere, czy też bardziej kierowane były strachem? Tego do końca nie wiem, ale wiem jedno chciałam wreszcie aby moja matka była ze mnie zadowolona i przestała mnie straszyć armagedonem. Bałam się go i to bardzo, lęk czy obawa to za mało, mnie zwyczajnie paraliżował strach przed przed zagładą. Bo jak tu się go nie bać, jak
 „ciocie i   wujkowie” w koło o nim mówią i mama straszy że w nim zginę?

   Taki mały przykład z życia, kilkuletnie dziecko broi, hałasuje jak to dziecko, matka je upomina, ale wiadomo jak to z dziećmi bywa na długo to nie pomaga. I w pewnym momencie krzyczy do pociechy, nie słuchasz mnie zginiesz w armagedonie, a my będziemy sobie żyć w raju.
Co wtedy czuje to dziecko, co sobie myśli? A to Wam napiszę: że jest złe, że na pewno niebawem umrze, a ptactwo rozdziobie go jak padlinę. Skąd takie wyobrażenia? Literatura w  organizacji jest cała naładowana albo obrazkami sielko-anielsko lub złem, bólem i śmiercią. Dużo czasu i dużo pracy nad sobą potrzebowałam,  aby się uwolnić od obaw i poczucia winy.

Byłam jak większość dzieci chętna do zabawy i psot. Jednak gdy mnie poniosło w tych zabawach, a potem  przyszło opamiętanie, nagle czułam się jak ktoś bardzo zły. Widziałam na sobie ten, karcący wzrok Boga i jego najwymyślniejsze  dla mnie kary.
Miałam może z sześć- siedem lat, mama mnie zostawiła u sąsiadki.
Były tam dwie dziewczynki, jedna w moim wieku, a druga starsza.
Poszłyśmy do sklepu i w drodze powrotnej starsza poczęstowała nas małymi ciasteczkami.
 Które jak się później okazało ukradła w sklepie.
Mój strach był ogromny przecież Bóg widział, że zjadłam kradzione. To maleńkie ciasteczko normalnie piekło mnie w  żołądku tak bardzo, że próbowałam u siebie wywołać wymioty.
Wracałam do domu i płakałam, tak bardzo się bałam gniewu z niebios.W domu oczywiście się nie przyznałam do swojego niecnego postępku. Bo przecież mama by mi tego nie puściła płazem, tak s wtedy myślałam.
Dziś z perspektywy lat, uważam, że nic by się nie stało, najwyżej by mnie uczuliła na przyszłość.
Ale ja tak bardzo bałam się jej reakcji, że chowałam przed nią usta. Jakby na nich było wypisane co zrobiłam.
I dziś właśnie zadaję sobie pytanie, kogo bardziej się bałam, czyjego gniewu, mojej matki czy Boga? Czy wtedy mając te kilka lat miałam bardziej wypaczony umysł ( a może wyprany)  czy też byłam dobrze wychowana?

Jako dziecko miałam wiele razy nieprzyjemności z powodu religii w  jakiej zostałam wychowana. Wiadomo szkoła, a tam różne uroczystości, święta, akademie. Świadkowi nie wolno brać w nich udziału bo np takie mikołajki  - to jest bałwochwalstwo. Akademia jakaś i śpiewanie hymnu  też nie wolno bo świadkowie są neutralni politycznie, a stanie na baczność to oddawanie czci godłu lub fladze (tak mnie to tłumaczono) a więc znów bałwochwalstwo. Żadne harcerstwo czy inne koła zainteresowań, to pierwsze znów oddawanie czci, a niewinne koła zainteresowań to marnowanie czasu, który można spożytkować na głoszenie lub czytanie literatury religijnej.
Gdy po takich przykrościach  wracałam zalana łzami , mama mi tłumaczyła, że ja będę żyć w raju, a ta cała reszta nie, oni zginą w armagedonie bo są złymi ludźmi. I tą nadzieją żyłam do chwili gdy znów się dowiedziałam, że zginę bo jestem złym dzieckiem.

   Co dziecko może brać do siebie i jak to odbierać? Ano wszystko, nawet zwrócenie przez nauczyciela uwagi jest przerażające, bo to oznaka że jednak jestem zła.
  Przykłady które dziś wydają się śmieszne i błahe, wtedy dla mnie były na wagę życie i śmierci. I do dziś nie rozumiem mojej matki, jak można uważać że się kogoś kocha i tak się nad nim pastwić?  Ja jako matka,  nie wyobrażam  sobie aby tak rozmawiać z dzieckiem. Dziecko się chroni, roztacza nad nim płaszcz aby mu oszczędzić przykrości. Na wszytko przyjdzie czas, jeszcze życie go dopadnie i postraszy po swojemu. Więc póki można trzeba jak ta kwoka być obok i czuwać. Zawsze powtarzałam synowi, co by się nie stało, pamiętaj możesz do mnie przyjść, a ja bez względu na wszystko będę przy tobie bo cię kocham.

Nie mogę tego powiedzieć o swoim dzieciństwie, pewnie,  nie chodziłam głodna i chłodna. Ale pełna miska i kapota na plecach to jeszcze za mało. Brakowało mi takiego zwykłego kontaktu matka – dziecko, gdzie można powiedzieć wszytko i wiedzieć, że będzie się miało wsparcie i obronę. Ja musiałam uważać na to co mówię, ważyć każde słowo i to od najmłodszych lat. Aby nic co powiem, nie było użyte przeciwko mnie.

Miałam coś około piętnastu, szesnastu  lat, gdy mama powiedziała, czas zostać pełnowartościowym Świadkiem. Co to znaczyło ? Ano przyjęcie symbolu  i zostanie takim świadkiem Jehowy na sto procent. Jesteś na garnuszku u rodziców, od kołyski masz wpajane bezwarunkowe posłuszeństwo. Jego brak równoznaczny jest z buntem względem Boga, a później to już zagłada i wieczne potępienie. Nie miałam za wielkiego wyboru.
Gdy próbowałam polemizować z  matką, zebrałam „cięgi” że młodsi ode mnie przyjęli symbol, a ja taka stara nie. To wstyd! Cóż aby oszczędzić jej wstydu, a sobie przykrości zgodziłam się.
     Było nas (tych do kąpieli)  pięć osób, cała reszta stała po kątach i śpiewała pieśni, zaraz po, składanie życzeń i ogólny zachwyt.
Jak się czułam? Dziwnie, nigdy nie lubiłam jak się na mnie skupia uwaga, a tu byłam w centrum. Chciałam aby ten dzień się jak najszybciej skończył. Kilka dni po całej fecie, spotkałam sąsiadkę też świadka i ona mi złożyła życzenia, a następnie zapytała , jak się czuję? Bo ona po swoim symbolu to była taka podbudowana jakby dostała skrzydeł i że to zasługa błogosławieństwa Bożego. Hm, wtedy po raz  kolejny pomyślałam, że ze mną coś nie tak. Ponieważ nic a nic nie czułam, mało tego, to nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Jednak strach nie pozwalał mi się do niczego przyznać. Jednak wiedziałam jedno, wcześniej czy później i tak się z tym towarzystwem pożegnam. Nie czułam jak oni, nie myślałam, zwyczajnie nie widziałam siebie między tymi ludźmi. 

Anielska cierpliwość wymaga diabelskiej siły.


Offline Tazła

  • Mistrzyni Ciętej Riposty
  • Wiadomości: 2 304
  • annamaria7504@gmail.com
Odp: Miłosierdzia bardziej pragnę niż ofiary.
« Odpowiedź #1 dnia: 07 Październik, 2017, 19:31 »

      Będąc już świadkiem, w pełnym tego słowa znaczeniu, ​ przechodziłam przez różne etapy. Od buntu, że to nie dla mnie, po chęć przypodobania się, najpierw matce, później bariom, a na końcu temu na górze. Były momenty, że za dobre słowo, małą pochwałę od niej, dałabym się pokroić. Pragnęłam tej akceptacji jak ryba wody. Wydawało mi się, że jeśli ona będzie ze mnie zadowolona, to także będą ze mnie dumne i niebiosa. A więc na przekór sobie, chodziłam głosić, choć tego nienawidziłam. Gardziłam sobą, że zakłócam ludziom czas, kiedy w niedzielę po ciężkim tygodniu chcieli zjeść śniadanie lub przygotować obiad, albo w tygodniu nękając ich popołudniami.

Mając siedemnaście lat, powiedziałam do mojej najlepszej koleżanki, że czuję się jak prostytutka, którą się zmusza do handlowania sobą.
Ona, wychowana w religijnej katolickiej rodzinie, wtedy nie rozumiała mojego dylematu. Dziś pewnie też nie rozumie, bo jest gorliwym świadkiem i ze mną nie rozmawia. Gdy kilka lat temu, mama powiedziała..Marzena przyjęła symbol, pierwsze co z siebie wyrzuciłam bez namysły..a co jej odeje...? Zgorszeniu nie było końca, jednak ja już byłam na tym etapie, że nie robiło to na mnie wrażenia, tak samo, jak i straszenie armagedonem czy porównywanie do szatana.

I gdy tak te moje starania nic nie wnosiły w nasze relacje, nadchodził czas buntu i przekory. I ten etap lubiłam bardziej, mogłam być sobą. Tzn nie musiałam się uśmiechać, kiedy się we mnie gotowało i miałam ochotę coś po swojemu odpalić. Jeśli zebrałam cięgi za małą ilość godzin w służbie, to słusznie, bo nie głosiłam i byłam tu uczciwa. Choć z domu wychodziłam dla świętego spokoju niby do służby, to szłam sobie do kina, nie wpisywałam jednak tych godzin jako wygłoszonych, żeby mamusia do końca była usatysfakcjonowana.

Czym bliżej byłam pełnoletności, coraz odważniej mówiłam, że nie będę świadkiem. Jak początkowo matka brała to jako moje złośliwości, tak przyszedł moment, że zaczęła mi wierzyć. I wtedy zaczęły się pielgrzymki starszych do naszego domu i próby mnie naprostowania.
Jednak czym oni bardziej mnie nękali i próbowali postawić do pionu, ja bardziej się buntowałam i coraz głośniej mówiłam co mi nie pasuje. Pewnej niedzieli, dwóch takich usłyszało przez uchylone okno jak mówię do mamy..egzorcyści idą co ciebie. Gdy weszli do domu, jeden z nich zachowywał się jakby miał ochotę mi przyłożyć. Oni na mnie pyskowali, a ja się niewinnie uśmiechałam i chyba to ich najbardziej irytowało.

G​dy poznałam mojego przyszłego męża, człowieka ze świata, do tego zatrudnionego w służbach mundurowych, zborowemu zgorszeniu nie było końca. ​I znów zjawili się bracia starsi z pouczaniem i wytycznymi co to mam zrobić. A dokładnie zacząć go przyprowadzać na zebrania, aby został jednym z nas, bo to jedyna szansa, abym mogła z nim chodzić. Najlepsze było to, że nikt mnie nie zapytał co ja planuję? Był gotów szablon, w który miałam się wpasować i tyle. Czas płynął, ja nawet słowem nie wspomniałam, aby szedł ze mną na zebranie i zamiaru takiego nie miałam. W domu sytuacja zrobiła się bardzo napięta, straszeniom i wyzwiskom nie było końca.

Po jednej z takich awantur przyjechał i zastał mnie zapłakaną. Fanem świadków to on nie był, ale wtedy to  stali się jego wrogami.
Szybkie zaręczyny, za kilka miesięcy ślub i wtedy poczułam się wolna. Wiedziałam, że to małżeństwo jest moją furtką do świata i wolności.
Matka próbowałam namieszać, wysłać mnie na jakieś pustkowie bym została pionierką. Próbowała też mojego narzeczonego zniechęcić do mnie, bo  mnie jako świadka obowiązują inne zasady. I tu raz jedyny w swoim życiu, na wysokości zadania stanął mój ojciec.
​Zięć mu pasował, a więc postawił się matce, po burzliwych dyskusjach, już z nami nie walczyła, objęła inną taktykę. Wbijała mi szpile, kim, czym będę bez błogosławieństwa Jehowy. ​A wszystko dawało jej powód do tego, aby mi dokuczyć.

Piątek przed uroczystością po pięknym tygodniu, totalne załamanie pogody. Moja matka, szczerząc zęby mówi..widzisz, jaką będziesz miała pogodę, Jehowa ci już nie błogosławi. We mnie to przeświadczenie siedziało, że faktycznie ta pogoda to jakaś kara, w końcu lata nauk zrobiły swoje, a raczej zryły beret. Sobota od rana pada jak na lipiec strasznie paskudnie i zimno. Smutną i zapłakaną spotkał mnie dziadek (ojciec mamy, który z nami mieszkał) i pyta..a co ty taka smutna? Mówię, że zaraz ślub, a pogoda taka paskudna. Wtedy mnie objął, pocałował w czoło i powiedział..zobaczysz będzie słoneczko. Pamiętaj dziecko, w sobotę po południu zawsze świeci słońce, Maryja musi Jezusowi wysuszyć pieluszki. Co ja sobie wtedy o nim pomyślałam, nie będę pisać. Gdy poszłam się ubierać kropił deszcz, gdy przyjechał pan młody, świeciło piękne słońce. Później kucharka, składając mi życzenia powiedziała..dziecko, jaką piękną pogodę sobie wymodliłaś. Słoneczko ładnie, ale nie za gorąco, nic ze stołów nie jedzie. Gdy zapytałam patkę..i co? Odpowiedziała mi..jednak się nad tobą zlitował i ci pobłogosławił. Nosz, jak się człowiek nie obróci d...z tyłu. Czy dobrze, czy źle zawsze jego robota, choć dziś jak na to patrzę i ich tok rozumowania, wychodzi na to, że jest strasznie złośliwym Bogiem.

Z weselnym plackiem opuściłam dom rodzinny, nie zaglądałam zbyt często, nie miałam po co. Choć tęskniłam za moim kilkuletnim bratem, to jednak wolałam sobie oszczędzić tych matczynych kąśliwości.
Święta Bożego Narodzenia, mąż mnie namówił, abyśmy pojechali z krótką wizytą. Rodzice dowiedzieli się, że jestem w ciąży, po matce nie było widać zachwytu. Stawiając obok mnie szklankę z herbatą powiedziała mi na ucho..to i tak cię nie uchroni, zginiesz w armagedonie.
Jak bardzo mnie to bolało, jak długo cierpiałam i płakałam do poduszki, pisać nie muszę. To mnie nauczyło jeszcze bardziej ograniczyć wizyty w domu rodzinnym.
Anielska cierpliwość wymaga diabelskiej siły.